Świat chce wyszarpać choćby mały strzępek z misternej materii miasta, które Thomas Mann nazwał „pół bajką, pół turystyczną pułapką”.

Spadek wydaje się nieuchronny. Tylko w zeszłym roku populacja mieszkańców Wenecji zmniejszyła się o 444 osoby. Ortalli uważa, że w końcu miasto stanie się parkiem tematycznym dla bogaczy, którzy będą tu przylatywać samolotami, by spędzić jedynie dzień lub dwa w swoim palazzo. Jest dziesiąta rano i Ortalli udaje się do kiosku na Campo Santa Margherita, by kupić gazetę przed pójściem do biura, choć trudno jest znaleźć gazety pod górą kiczu dla turystów: miniaturowych masek, przypinek w kształcie gondoli, czapek błazna. – Wszystko jest na sprzedaż – wzdycha. – Nawet Wenecja.

Poznajcie urzędnika, na którego barkach spoczywa zadanie zarządzania niszczącą miasto turystyką. Nazywa się Augusto Salvadori, a jego wizytówka informuje, że jest to:

Dyrektor ds. turystyki, odpowiedzialny za promocję tradycji, historii i kultury weneckiej ochronę mienia i czystości miasta, zapobieganie zniszczeniom spowodowanym przez fale, oznakowanie ulic.

Miłość to nie jest dostatecznie wielkie słowo na opisanie tego, co Salvadori czuje do Wenecji. Gdyby tylko mógł wydać taki nakaz, każdy balkon byłby udekorowany geranium (rozdał w tym celu ponad 3 tys. roślin). Kiedyś podczas kolacji w restauracji nad brzegiem kanału wychylił się przez stół, żeby udzielić reprymendy gondolierowi, który śpiewał O sole mio – piosenkę neapolitańską, a nie wenecką.

Jesienią 2007 r. wysłał oddział ochotników, by głosili na Piazza San Marco ewangelię elegancji, przypominali odwiedzającym o konieczności przestrzegania przykazań dotyczących dobrego wychowania: nie należy pić, jeść lub siadać w miejscach innych niż wyznaczone.

– Walczymy o godność Wenecji – mówi Salvadori. Wiosną 2008 r. ogłosił tydzień decorum: mieszkańcom rozdano 72 tys. plastikowych torebek na odchody swoich psów. To byłby bardzo dobry pomysł, gdyby ktoś pomyślał jeszcze o dodatkowych koszach na zużyte torebki.

– Turystyka pożera to miasto – mówi Salvadori w swoim biurze w XVI-wiecznym Palazzo Contarini Mocenigo. – Co mieszkańcy dostają w zamian? – mój rozmówca marszczy brwi. – Dostęp do usług jest ograniczony. Przez część roku wenecjanie nie są w stanie wepchnąć się do środków publicznego transportu. Koszty wywozu śmieci rosną, tak jak i koszty utrzymania.

 

Jest to szczególnie widoczne w przypadku mieszkań. W 1999 r. prawo, które złagodziło przepisy dotyczące zamiany budynków mieszkalnych na miejsca zakwaterowania turystów, sprawiło, że lokali zaczęło ubywać jeszcze szybciej. Tymczasem od 1999 r. liczba hoteli i pokoi gościnnych zwiększyła się o 600 proc.


– Aby temu zaradzić, być może nałożymy podatek miejski na hotele i restauracje. Wtedy turyści nie przyjadą – mówi Salvadori. – Turyści nie przyjadą z powodu kilku euro? – powątpiewam. Wpatruje się we mnie: – Nie mogę martwić się o hotele. Muszę myśleć o wenecjanach. Toczę bitwę o miasto.

Turystyka jest częścią weneckiego krajobrazu począwszy od XIV w., kiedy to pielgrzymi zatrzymywali się tutaj na szlaku do Ziemi Świętej. Wraz z nadejściem reformacji w XVI w. podróżnych zaczęło ubywać. Ich liczba zwiększyła się ponownie w wieku XVII, kiedy to Europejczycy z wyższych sfer, złaknieni wiedzy o kulturze i sztuce, wyruszali na grand tour.

Czym więc różni się od nich dzisiejszy turysta? Pytam o to Ortalliego, kiedy już zasiadł w swoim biurze. – Tak, istniał zwyczaj zwany grand tour - odpowiada. Ale wtedy przyjeżdżający korzystali z naszej gościnności. Dziś do Wenecji przypływają gigantyczne statki rejsowe. Dziesięciopiętrowe. Nie można zrozumieć Wenecji z 10. piętra. Równie dobrze możesz być w helikopterze. Ale to nie jest ważne. Przyjeżdżasz do Wenecji, piszesz pocztówkę i potem wspominasz, jak miło upłynął ci tu wieczór.

Ta choroba jest chroniczna. Jak mówi historyk sztuki Margaret Plant: – Początek infekcji przypada na lata 80. XIX stulecia. Wenecja stała się wtedy modną, malowniczą atrakcją turystyczną. Mieszkańcy znaleźli się na drugim miejscu.

Choroba ogarnia ulice, mosty i place. – Oto odchodzi kolejny kawałek miasta – stwierdziła ze smutkiem nauczycielka Silvia Zanon, gdy La Camiceria San Marco, znany sklep z ubraniami, który ma na wskroś wenecki charakter i od 60 lat znajdował się nieopodal Piazza San Marco, musiał przenieść się do mniej prestiżowego miejsca, bo czynsz wzrósł trzykrotnie. W pracowni La Camiceria szyto na miarę piżamy dla księcia Windsoru i koszule sportowe dla Ernesta Hemingwaya. – To jak opuścić dom, w którym się przyszło na świat - powiedziała Susanna Cestari, pakując pudełka przy przeprowadzce. Susana pracuje tu od 32 lat.

W sierpniu 2007 r. Molin Giocattoli, sklep z zabawkami, który był tak popularny, że pobliski most nazwano Mostem Zabawek, zamknął swoje podwoje. Na rynku Rialto sprzedawcy pamiątek zastąpili handlarzy oferujących wędliny, chleb i warzywa. Turyści tego nie zauważą. Przecież nie przyjeżdżają do Wenecji, by kupić bakłażana.

Przyjeżdżają jednakże, by się pobrać. Śluby to jeden z trybików turystycznej machiny – w 2007 r. odbyło się ich 720. Jak łatwo można przewidzieć, stosunek obcych pobierających się w Wenecji do mieszkańców biorących tu ślub wynosi niemal trzy do jednego. Jeżeli chcesz związać się tutaj węzłem małżeńskim w dzień roboczy, urząd ślubów Miasta Wenecji zainkasuje od ciebie 2 400 dolarów. W weekendy stawka wzrasta do 5 500. Szczęśliwa para chciałaby, żeby uroczystość transmitowano w internecie? Proszę bardzo. 190 dolarów.

W czasie karnawału, który kiedyś był uroczym lokalnym wydarzeniem, a teraz stał się komercyjnym szaleństwem, rozsądni wenecjanie wyjeżdżają z miasta. Jedyne, czego wenecjanie jeszcze nie porzucili, to cynizm. Kiedy exodus się zakończy, a miasto stanie się tylko kunsztowną bombonierką, kto będzie ostatnim wenecjaninem, który pozostanie? Pewna kobieta, której rodzina mieszka tu od pokoleń, odpowiedziała: – Nie wiem. Ale z całą pewnością będzie chciał dostać za to pieniądze.

 

 

Plany ocalenia miasta pojawiają się i znikają z regularnością przypływów, jednakże gra idzie o wysoką stawkę: turystyka w Wenecji generuje 2 mld dolarów rocznie przychodu i zapewne są to dane niedoszacowane, bo spora część transakcji nie zostaje odnotowana w księgach.

Niektórzy sugerują, że Wenecja sama siebie rani, starając się wycisnąć ostatnie euro z turystyki. – Nie chcą tu turystów, ale chcą ich pieniędzy - zauważa były wenecjanin. – Najlepsi są Amerykanie, bo wydają. Turyści z Europy Wschodniej przywożą własne jedzenie i wodę. Może kupią małą pamiątkową gondolę.