Świat chce wyszarpać choćby mały strzępek z misternej materii miasta, które Thomas Mann nazwał „pół bajką, pół turystyczną pułapką”.

Czy zamknąłby Wenecję dla turystów? – Tak. Albo, po zastanowieniu, wprowadziłbym nieco selekcji przy wjeździe i małą opłatę. Zamyślił się. Dodajmy niewielką opłatę do i tak już absurdalnie wysokich cen. Turyści płacą 10 dolarów za przejazd vaporetto, 13 dolarów za napój bezalkoholowy w Caffe Florian, 40 dolarów za plastikową karnawałową maskę, prawdopodobnie wyprodukowaną w Chinach.

Możesz też kupić sobie palazzo. – Canal Grande to najlepszy punkt – stwierdził Eugenio Scola, kiedy usiedliśmy w jego wykładanym orzechową boazerią biurze agencji nieruchomości z widokiem na Plac Św. Marka. Miał na sobie pięknie skrojoną czarną marynarkę, białą koszulę, dżinsy z paskiem z krokodylej skóry oraz błyszczące skórzane mokasyny. Przez wiele lat kupujący pochodzili przede wszystkim ze Stanów, Wielkiej Brytanii i innych krajów Europy, wyjaśnił Scola. – Ale teraz pojawiło się wielu Rosjan. I Chińczyków – dodał.

Wśród ofert jego agencji znajduje się odnowiony apartament z trzema sypialniami na piano nobile, czyli głównym piętrze, niewielkiego XVIII-wiecznego palazzo. – Molto bello – mówi Scola, rozkładając plany. Są tam: gabinet, biblioteka, salonik muzyczny, dwa pokoje dzienne i pokój dla służby. Do tego doskonały widok na trzy strony świata. Wszystko za jedyne 9 mln euro. Gdybym wolała cały palazzo, w ofercie jest Palazzo Nani, 5 600 m2, z zezwoleniem na zmianę sposobu użytkowania. – Prawdopodobnie ktoś otworzy tam hotel – przypuszcza Scola. Gdy zapytałam o coś w bardziej przystępnej cenie, pokazano mi 36-metrową kawalerkę. Kosztowała tylko 260 tys. euro. Ktoś kupi ją w celach inwestycyjnych albo jako pied-a-terre (mieszkanie wakacyjne). Ale prawdopodobnie nie będzie to wenecjanin.

Jeżeli jesteś wenecjaninem, a nie kimś, kto tylko – jak to ujął Henry James - ogląda widoczki turystycznej Wenecji w podniszczonym fotoplastykonie, jeżeli mieszkasz na 5. piętrze bez windy (windy w Wenecji to rzadkość), jeżeli tutaj się budzisz, chodzisz do pracy, wracasz do domu, Wenecja jest całkowicie innym miejscem. To, co nienormalne, jest normalne. Powodzie stają się rutyną. Słychać dźwięki syren, opuszczane są stalowe zapory, wenecjanie zakładają kalosze. W mieście montuje się czterokilometrowy passerelle, specjalny chodnik na metalowych podporach. I życie toczy się nadal. Tu, gdzie wszystko, co potrzebne do życia i śmierci, musi przypłynąć na statku, być wciągnięte na wąskie mostki, wniesione po schodach, czas mierzony jest oddechem przypływów, a przestrzeń rozdzielona połaciami wody.

Gdy Silvia Zanon idzie na Campo San Provolo, gdzie uczy w szkole średniej, wie, że dotarcie tam z jej mieszkania przy Calle delle Carrozze zajmie jej 23 minuty. Wychodzi z domu o 7.35. Wtedy Memi, właścicielka trattorii w sąsiedztwie, która siedzi przy stole, czytając gazetę, podnosi znad niej wzrok i kiwa głową. Młody mężczyzna zabierający śmieci na barkę z odpadami mamrocze słowa powitania. Silvia skręca na Campiello dei Morti i mija ścianę, po której pnie się biała dzika róża; most, dwa place, skręt w lewo przed budynkiem, w którym kiedyś było kino, a teraz jest modna restauracja, i już jest na Calle Frezzeria. Przed nami Museo Correr i kobiety sprzątające na czworakach, z wiadrami i szczotkami. Przechodzi przez Plac Św. Marka, na którym wczesnym rankiem panuje błogi spokój. – Z każdym krokiem, który stawiam na placach tego miasta, zakochuję się w nim od nowa – mówi. Jeszcze jeden mostek, szybki spacer przez Campo San Filippo e Giacomo i jest na miejscu. Dokładnie o 7.58.

Słuchajcie! Wenecja to nie tylko obrazy, ale także dźwięki. W nocy blask pozłacanych sklepień nie rozprasza naszej uwagi. Ucho może wychwycić trzaski drewnianych okiennic, stukot obcasów na kamiennych schodkach mostów, fragmenty prowadzonych szeptem rozmów, odbijające się od brzegu fale wywołane przez przepływające statki, staccato deszczu na markizach i ciężki, smutny dźwięk dzwonów. Dźwięk Wenecji to przede wszystkim kompletny brak dźwięku… samochodów.

 



Franco Filippi, właściciel księgarni i pisarz, często miewa problemy z zaśnięciem, więc wstaje i rusza przez labirynt ulic, z latarką w ręku, zatrzymując się to tu, to tam, by rzucić strumień światła na kamienne fasady ozdobione sztukaterią, aż światło latarki wychwyci rzeźbiony ornament z kamienia, zwany patera, na którym fantastyczne zwierzęta czołgają się, polują lub latają. To właśnie wtedy, kiedy miasto śpi, a Franco jest pogrążony w kontemplowaniu jego przeszłości, odzyskuje swoją Wenecję wolną od tłumów, które wypełniają ulice, place i kanały za dnia.

Gherardo Ortalli, profesor historii średniowiecznej, opisuje sytuację w mniej poetycki sposób. – Kiedy wychodzę z przyjaciółmi na campo, muszę się zatrzymywać, bo ludzie robią nam zdjęcia, jakbyśmy byli aborygenami – mówi. – Być może pewnego dnia nimi będziemy. Kiedy przyjechałem tutaj 30 lat temu, populacja wynosiła 120 tys. Obecnie jest nas mniej niż 60 tys.