Zainfekowane urządzenia z reguły się leczy lub utylizuje, ale to wyjątkowy przypadek. Anonimowy kupujący wyłożył gigantyczne pieniądze na zepsuty sprzęt? Raczej na zebraną w jednym miejscu kolekcję cyberpatogenów. Można to porównać do kupienia kolekcji najbardziej zabójczych trucizn lub hodowli czarnych wdów.

Laptop jest częścią artystycznego projektu „The Persistence of Chaos” autorstwa cyfrowego artysty Guo O Donga z Chin. Pracował on z firmą Deep Instinct zajmującą się zabezpieczaniem komputerów przed złośliwym oprogramowaniem i kodem. Zainfekowany komputer został zabezpieczony niczym hermetyczny pojemnik, nie jest w stanie połączyć się z zewnętrzną siecią i nie rozprzestrzeni dalej zawartych na nim zagrożeń. Widzowie kanału autora na Twitchu mogli śledzić pracę zainfekowanego komputera. 
 

- To oprogramowanie jest tak abstrakcyjne, że wydaje się żartem, ze swoimi dziwnymi nazwami, myślę jednak, że pokazują, że sieć i rzeczywistość nie są różnymi przestrzeniami – powiedział Guo w rozmowie z Motherboard – Złośliwe oprogramowanie to najbardziej „cielesny” sposób w jaki internet może dosłownie wyskoczyć z monitora i cię ugryźć.
 

Wśród zachowanych na laptopie wirusów znajduje się na przykład ILOVEYOU z 2000 roku, który krążył w e-mailu o podobnym tytule i kasował po uruchomieniu lokalne pliki. Ocenia się, że spowodował wielomiliardowe straty w amerykańskich firmach.
 

Kolejnym wirusem jest Sobig z 2003 roku, który miał jeszcze większy zasięgi niż ILOVEYOU i stał się najszybciej rozprzestrzeniającym się wirusem świata. Otwierał on komputery dla hackerów, którzy mogli zdalnie korzystać z nich do swoich celów ukrywając tożsamość.
 

W kolekcji znajduje się także Mydoom. W 2004 roku połączył w sobie dwójkę poprzednich i miał podobne działanie. Następny, Black Energy, pochodzi z 2007 roku i jest nie tyle robakiem rozprzestrzeniającym się przez wiadomości, lecz narzędziem do cyberataku niszczącego zdalnie komputery i infrastrukturę.
 

DarkTequila z 2013 także znalazła się w wirusowym „menu” sprzedanego na aukcji komputera. Infekował on przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej i wykradał loginy, hasła i informacje finansowe.
 

Najnowszym elementem tej kolekcji jest natomiast WannaCry. Pojawił się po raz pierwszy w 2017 roku i działa na zasadzie „ransomware”, czyli programu do wymuszania okupów. Blokuje ważne pliki na komputerze i żąda przelania pieniędzy na konto hackera. Jeśli to się nie stanie pliki zostaną bezpowrotnie skasowane. To przypomina branie zakładników i zabijanie ich w razie nie przekazania okupu.
 

Twórca projektu przekonuje, że chciał zwrócić uwagę na złożoność zagrożeń w sieci i na to jak cyfrowe potwory mogą stać się problemem realnego świata. Refleksja jest tym bardziej aktualna w czasie, gdy na całym świecie trwa dyskusja o wprowadzaniu sieci piątej generacji. Ma ona umożliwić tworzenie złożonego internetu rzeczy, kontrolować zautomatyzowane fabryki i elektrownie złożonymi systemami, rozwinie technologie sztucznych inteligencji.
 

Zadajmy sobie jednak pytanie, co będzie, gdy do tak złożonych organizmów cyfrowych, od których będzie zależało coraz więcej obszarów życia ludzi (i nie tylko) dostanie się wirus? Zabezpieczeń nie brakuje, ale porzekadło mówi, że gdy po jednej stronie globu ktoś tworzy zamek, w tym samym czasie po drugiej stronie inny pracuje nad wytrychem.