Na Zachodzie ponownego przyjścia Jezusa na ziemię nie traktuje się już poważnie. W Rosji przeciwnie. W żadnym innym kraju Chrystus nie objawiał się tyle razy co tutaj

W Nowym Jeruzalem jest rok 52. Nie ma prądu, bieżącej wody ani sklepów. W centrum znajduje się plac modlitewny, od którego promieniście biegnie 14 uliczek. Przed domami zadbane ogródki, każdy dzieli się na część uprawną i kwiatową. Życie reguluje 60 przykazań. Jest wśród nich zakaz plotkowania, obrażania i jedzenia mięsa, który obowiązuje również zwierzęta. A co niedzielę, bez względu na pogodę, wszyscy wchodzą na górę po instrukcje od nauczyciela. – Bóg nie może rozmawiać ze zwykłymi śmiertelnikami, to dla nich zbyt niebezpieczne – wyjaśniają. Pytać można tylko o konkretne rzeczy. Jak postępować z żoną, ile mieć dzieci, jak należy gotować wodę na herbatę, czy najpierw nakarmić kozę, czy gospodarza i co jeśli kobieta zakocha się w żonatym mężczyźnie? Osada leży w sercu Syberii, na południu Kraju Krasnojarskiego, 200 km od najbliższego miasta i 100 km od asfaltowej drogi. Zbudowali ją ludzie, którzy na początku lat 90. uwierzyli, że nadchodzi koniec świata i przetrwa go jedynie grupka wiernych skupiona wokół Siergieja Anatoljewicza Toropa, byłego milicjanta, malarza samouka. Niewiele o nim wiadomo poza tym, że pracował jako inspektor ruchu drogowego. Został zwolniony po upadku ZSRR. Objawienie przeżył w trolejbusie. Chrystusem ogłosił się na placu Czerwonym, przybrał imię Wissarion i stworzył Kościół Ostatniego Testamentu. Uznał, że silną wspólnotę najlepiej tworzyć z dala od cywilizacji. Nowy Jeruzalem - osada leży w sercu Syberii, na południu Kraju Krasnojarskiego.
 

Święty Sybir
 

Na początku lat 90. zamieszkał w wiosce Pietropawłowka, na nową osadę wybrał polanę wokół Suchej Góry, do której dojechać można tylko zimą, gdy zamarzną otaczające ją bagna. Pionierzy zgromadzili zapasy, zamieszkali w namiotach, karczowali tajgę i stawiali domy. U stóp góry powstała osada zwana Miastem Słońca, gdzie żyją wybrańcy – najwierniejsi z wiernych. Na szczycie mieszka Jezus z drugą żoną i ośmiorgiem dzieci. Jego sąsiadem jest ewangelista (dawniej muzyk) oraz duchowny – były pułkownik wojsk rakietowych. – Wszyscy wyglądają jak postaci z katechizmu. Chodzą w ciżmach i chitonach, ale wbrew pozorom tworzą bardzo nowoczesną sektę. Mają własną stronę internetową, studio nagrań, agencję turystyczną i wewnętrzną sieć telefoniczną. Posłańcy roznoszą po okolicznych wioskach kazania na kasetach wideo. Nauczyciel posyła też filmy science fiction, zaleca: Matrixa, Facetów w czerni i Piąty element – opowiada dr Jędrzej Morawiecki, socjolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, który kilkakrotnie odwiedził wspólnotę i napisał o niej w książce  Łuskanie światła. Reportaże rosyjskie.
 

Wissarionowcy w niczym nie przypominają oderwanych od rzeczywistości totalitarnych wspólnot. Nikt im nie pierze mózgów i nie odbiera pieniędzy za sprzedane w miastach mieszkania. Wykorzystują je do urządzenia się w nowym miejscu. Od 20 lat budują ekologiczną społeczność i próbują być samowystarczalni. W kilku wioskach energię czerpią z baterii słonecznych. Jedzą to, co wyhodują na własnym poletku lub zbiorą w tajdze. Sami robią naczynia, meble i ubrania. Nie piją, nie palą, nie jedzą mięsa ani ryb. Nabiał nie jest zabroniony, ale jedzą go tylko dzieci, i to niewiele. Pochodzi od kóz, a gdy te padną, zjedzą je psy niewierzących sąsiadów, bo psy i koty wissarionowców także są wegetarianami. Wszystkie nauki wspólnoty zawiera opasły Ostatni Testament, który na bieżąco spisuje Wadim Redkin. Przez wieki staraliście się wznieść swe imię ku niebu, ale tylko w gnojówce nurzaliście twarz swoją – pisze na wstępie. – Wspólnota przypomina grupę psychoterapeutyczną. Nie wolno im nikogo skrzywdzić ani nawet źle o kimś pomyśleć. Spotykają się codziennie i wszystkie problemy roztrząsają na forum– opowiada prof. Włodzimierz Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. W szkole program historii pomija wojny, rewolucje i wszystko, co związane z przemocą. W matematyce nie ma zadań typu: „Jaś zabrał dwa jabłka Staszkowi”, w geografii – eksploatacji złóż i ekonomii, a w rosyjskim – lektur wojennych. Dzieci uczą się, że chłopcy należą do świata ducha, a dziewczynki – przyrody i mają duchowi służyć. W przyszłości powinny raz w tygodniu umyć mężowi nogi i unikać obrażania się, bo z tego się biorą choroby onkologiczne. Państwo zaakceptowało program, co pół roku przyjeżdża egzaminator i wystawia oceny. Na nauczycieli i duchownych wszyscy płacą 30 proc. podatku, niezależnie od państwowego, który wynosi 13 proc. Dochody uzyskują z firm, które prowadzą. Rąbią tajgę, mają swoje tartaki i budują z drewna domy i cerkwie w całej Rosji. Chcą odejść od pieniędzy, ale wciąż są od nich zależni. Każdy mieszkaniec bez względu na to, czym się zajmuje, dostaje od wspólnoty 2 tys. rubli (200 zł). Za to codziennie mężczyźni pracują cztery godziny dla wspólnoty, a kobiety trzy. Obecnie tworzy ją ok. 4–5 tys. osób. Dwie trzecie wiernych to inteligencja, która mieszkania w Moskwie i Petersburgu zamieniła na chaty w zapadłych wioskach: Pietropawłowce, Guriajewce, Czermieszance i Żarowsku. Są przestępcy i artyści, byli wojskowi, inżynierowie, nauczyciele i lekarze. Przyjechali głównie z Moskwy i Petersburga, uciekając przed kapitalizmem, którego nie znali, i gangsterką z czasów Jelcyna. Wissarion stworzył im bezpieczny świat, w którym rządzą jasne zasady. Gdy o wspólnocie zrobiło się głośno, zjechali cudzoziemcy. Są też Jakuci, Kirgizi, Łotysze, Niemcy, Amerykanie, Żydzi z Izraela, Bułgarzy, Belg, który uczy grać w szachy, i Kubańczyk, ale ze Szwecji – pisze Jacek Hugo-Bader w Białej gorączce.
 

Kultura metafizyczna
 

– Dla obywateli ZSRR upadek imperium był potężną katastrofą. Posypał się cały system. Nikt nie wiedział, co się stanie następnego dnia. Inflacja galopowała, ludzie chodzili do pracy, choć miesiącami nie otrzymywali zapłaty. Masowo się chrzcili, ale po 70 latach przymusowego ateizmu nie wiedzieli, w co właściwie wierzyć. Kiedy trafiał się ktoś z charyzmą, kto chciał im cokolwiek tłumaczyć, szli za nim, a nie za księdzem, którego widzieli jedynie w cerkwi, gdy odprawiał nabożeństwo, którego zupełnie nie rozumieli – wyjaśnia dr Elżbieta Przybył-Sadowska, religioznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorka książek o prawosławiu.
 

– Apokalipsa zawsze była na Rusi jednym z najważniejszych tekstów i nie rozumiano jej symbolicznie. Katolicy ponownego przyjścia Jezusa na ziemię nie traktują już poważnie, choć to przecież najważniejszy element wyznania wiary. W samej tylko Moskwie po upadku ZSRR objawiło się co najmniej 12 Jezusów. W ciągu pierwszych siedmiu lat zarejestrowano aż 13 tys. nowych ruchów religijnych. Oprócz wszystkich światowych wyznań działa tam obecnie 80 dużych sekt, do których należy ok. 800 tys. ludzi. Kościół Matki Bożej Dzierżawnej z patriarchą Joannem na czele głosi, że ofiarę Chrystusa zastąpiła męka i śmierć milionów ofiar systemu sowieckiego. 400 km od Moskwy działa żeńska sekta, która czci Władimira Putina jako reinkarnację św. Pawła Apostoła. Jej członkinie ubierają się jak zakonnice i modlą o sukcesy prezydenta. W lasach Uralu żyje Władimir Sobolew, który jako zmartwychwstały Konfucjusz przewodzi neopogańskiemu kultowi Królowej Góry Copper. Fani książek Władimira Megre zakładają na Syberii ekologiczne wioski, sadzą drzewa cedrowe służące jako anteny łączące „miejsca miłości” i medytują pod nimi nago. 
 

– W Rosji religii uczy się w szkołach dopiero od dwóch lat, a lekcje zawężone są zwykle do prawosławia i islamu. Socjalizacja odbywa się więc poprzez kulturę, zwłaszcza literaturę, – to ona jest przesycona metafizyką, a nie kościół, do którego ich prowadzano. Do wyboru mają całą paletę możliwości. U nas wejście do sekty rozumie się jako bunt przeciwko Kościołowi, wystąpienie z niego i wstąpienie do jakiejś wspólnoty. W Rosji jest to po prostu jedna z opcji – wyjaśnia Jędrzej Morawiecki. Na Wschodzie chodziło się do cerkwi. Rodzice uczyli podstawowych modlitw i na tym nauka religii się kończyła.  Ludzie wierzyli w to, co usłyszeli od księdza, szanowanego we wsi człowieka lub wędrownego mnicha. I nikt z tych ludzi nie był teologiem w zachodnim znaczeniu. Ich autorytet brał się z tego, że byli uważani za pobożnych. Niektórzy podawali się za Jezusów, więc szły za nimi tłumy.
 

Rosja pełna Chrystusów 
 

Chłop Daniło Filipowicz ogłosił, że jest Bogiem Wszechmogącym, gdy zdezerterował z wojska w 1645 r. Przekonywał, że Bóg może się wcielać nieskończoną ilość razy w godnych tego ludzi. Twierdził, ze przybył na ziemię, by przekazać ludziom nowe 12 przykazań w miejsce dawnych 10. Nawoływał do abstynencji seksualnej i alkoholowej. Został uwięziony i zmarł w wieku stu lat. Najważniejszym źródłem nauki dla jego wyznawców, zwanych chłystami, były wypowiedzi jego następców, kolejnych Chrystusów. Biczowali się i kręcili w ekstatycznym tańcu, śpiewając: „Duch, Duch, Duch Święty, ho, ho, ho!” póki nie padli na ziemię. Po inicjacji sypiali tylko z partnerkami duchowymi. Seks z żoną uważali za kazirodztwo, a dzieci poczęte w ten sposób – za „koci pomiot”. Na czele gminy, którą nazywano okrętem, stał sternik, zwany nauczycielem, prorokiem lub Chrystusem. Sto lat później Kondratij Seliwanow głosił, że genitalia wyrosły pierwszym rodzicom jako oznaka grzechu pierworodnego. Uwolnić od niego mogła tylko kastracja. Mężczyznom ucinano je nożem lub siekierą. Kobiety pozbawiano piersi, warg sromowych i łechtaczki. Aby Jezus ponownie przyszedł na ziemię, liczba kastratów musiała osiągnąć 144 tys. Dzięki poparciu cara Aleksandra I sekta skopców szybko się rozwijała, a Seliwanow otrzymał kilka klasztorów i luksusowy dom, również nazywany przez wyznawców Nowym Jeruzalem. Przykłady można mnożyć. Imiesławcy głosili, że imię Jezusa to hipostaza, którą trzeba czcić;  wozduchańcy (wzdychacze) wielbili Boga jedynie przez wzdychanie; fiodorowcy (od twórcy Fiodora Rybałkina), zwani też krestonscami (nosicielami krzyża), rozpoznawali się po krucyfiksie z napisem Oto prawdziwy paszport, poświęcony w Jeruzalem, ich ideałem było życie w puszczy, w ciągłej pielgrzymce. Duchoborcy (bojownicy ducha) odrzucali Kościół, dogmaty i służbę wojskową, w Rosji nadal jest ich 30 tys. Z nich wydzielili się swobodnicy, którzy na znak protestu przeciwko materializmowi i przymusowej edukacji chodzili nago. Mołokanie zaś nie zachowywali prawosławnego postu, pijąc wzbronione w tym czasie mleko. – Tego typu zjawiska są typowe w czasach chaosu, gdy rozpada się tradycyjny system wartości. Ludzie starają się wówczas jakoś uporządkować rzeczywistość, której nie rozumieją. Wiara w proroków bierze się stąd, że oni znają wszystkie odpowiedzi, nie mają wątpliwości, wiedzą, jak żyć i potrafią życiu nadać sens – wyjaśnia prof. Włodzimierz Pawluczuk, socjolog i religioznawca. – Ich gorliwa wiara bierze się stąd, że zaczynają tworzyć wspólnotę, jednoczą się i wspierają. Rzeczywistość staje się bardziej zrozumiała, gdy sami zaczynają ją tworzyć, np. budując nowe centrum świata. Tak właśnie było we wsi Grzybowszczyzna na polsko-rosyjskim pograniczu, gdzie w latach 30. niepiśmienny chłop, Eliasz Klimowicz, ogłosił, że nadchodzi koniec świata, a on jest prorokiem Ilją. Szybko zgromadziła się wokół niego gromadka samozwańczych świętych: kilka Matek Boskich,  Jan Chrzciciel, Archanioł Gabriel, którzy mieli wybudować nową stolicę świata w wiosce Wierszalin (stoją tam dzisiaj trzy domy). Przed wojną Ilję brano za Chrystusa. Ludzie wierzyli, że jeśli powtórzą wydarzenia z Jerozolimy, to nastąpi zbawienie i postanowili go ukrzyżować. (...) podobno gdy Judasz, zaczynając ewangeliczne misterium, przystąpił, aby ucałować proroka w policzek, Ilja zdzielił go pięścią, roztrącił osłupiałych wiernych i jak strzała pomknął w las – pisze Włodzimierz Pawluczuk w książce Wierszalin. Reportaż o końcu świata.
 

Dobry wujek Wasyl
 

– W Rosji znacznie rzadziej niż na Zachodzie nazywa się jakieś ruchy czy prądy mianem herezji. Wynika to z innej struktury Kościoła – tłumaczy dr Elżbieta Przybył-Sadowska, religioznawca, autorka książek o prawosławiu. – W cerkwi nie ma czegoś takiego jak Magisterium Kościoła, ani też jednego zwierzchnika, który strzeże czystości doktryny. Odpowiadają za nią biskupi. W sprawach, które nie były omawiane na siedmiu soborach powszechnych, każdy może mieć inne zdanie i póki nie zostanie ustalona oficjalna doktryna, może je głosić bez problemów. W ujęciu rosyjskim ortodoksja to odpowiedni sposób oddawania czci Bogu, a nie drobiazgowa znajomość teologii. Andriej Konczałowski, rosyjski reżyser, uważa, że żelazna kurtyna po upadku ZSRR wcale nie zniknęła. Coś na jej kształt dalej oddziela Rosję od Europy. Są to dwa zupełnie inne poczucia porządku i stąd się biorą różnice w mentalności. Europa to świat katolicki, apolliński, opiera się na prawie rzymskim i żelaznej logice. Rosjanie zaś należą do świata prawosławnego, czyli dionizyjskiego, który jest chaotyczny, nie uznaje praw i zakazów. Dr Przybył-Sadowska uważa, że ruch Wissariona wykazuje wiele podobieństw do dawnych religijnych ruchów społecznych, które w Rosji zawsze miały wielu zwolenników i były dość radykalne. Jednocześnie jednak wiele jego cech przypomina nowoczesne religie New Age, modne dziś na Zachodzie (nacisk na ekologię, rola „guru” przejęta z religii hinduistycznych itp.). A przy tym jest dość elastyczny i potrafi dostosować się do nowych warunków. Gdy okazało się, że dieta wegańska nie służy wyznawcom, przeszli na wegetariańską. – Wissarion mówi czasem do swoich wiernych: „Żyjecie w bajce”. Kiedyś poproszono go, by wytłumaczył, co miał na myśli, mówiąc, że kłamstwo w imię zła jest złem po stokroć, a kłamstwo w imię dobra, dobrem po stokroć – opowiada Jędrzej Morawiecki. – Jednym słowem chcieli, żeby powiedział, jak można kłamać. I on odpowiedział, że jeśli do waszego dziecka przychodzi św. Mikołaj to nie odklejacie mu brody i nie mówicie, że tak naprawdę to wujek Wasyl się przebrał. Zostawiacie dziecko w bajce. Wtedy pomyślałem: facet właśnie sugeruje, że zrobił ludziom bajkę, a tak naprawdę jest wujkiem Wasylem z doklejoną brodą.