W historii człowieka bieganie na golasa było normą, pot lał się strumieniami i niebagatelną rolę odegrały wszy. Brzmi niesmacznie?

Autor: Izabela Filc-Redlińska

Z takimi problemami borykali się nasi przodkowie, tracąc gęste owłosienie. Jak będzie dalej? Skoro dzisiaj tak chętnie się depilujemy, to czy w przyszłości nasz gatunek  stanie się bezwłosy? Nieważne, co robisz – śpisz, pracujesz czy jesz – pod skórą twojej głowy nieustannie postępuje potężna produkcja keratyny, białka, z którego zbudowane są włosy. Produkcja tak wydajna, że tylko w ciągu jednego miesiąca przyrastają one łącznie na długość kilometra! W sumie na całym twoim ciele znajduje się 4–5 mln mieszków włosowych.

Choć z większości nie wyrastają twory dłuższe niż kilkanaście milimetrów. Rozwój i utrzymanie włosów wymaga od organizmu nie lada wysiłku. Natura nie lubi marnotrawstwa, stąd wniosek, że muszą być człowiekowi do czegoś potrzebne. Tym bardziej że wbrew pozorom mamy ich tyle samo co nasi najbliżsi genetyczni krewniacy – szympansy. Tak, to nie pomyłka. W głośnej książce Naga małpa pisze o tym Desmond Morris. W procesie ewolucji nie tyle straciliśmy owłosienie, co po prostu wyrosły nam włosy drobne – tłumaczy brytyjski zoolog. Pod tym względem stanowimy ewenement wśród ok. 200 gatunków naczelnych, których ciało pokrywa gęsta sierść. – Dzięki jej brakowi Homo sapiens może się pochwalić wyjątkowym systemem schładzania organizmu. Chodzi o pocenie się, pod względem obfitości którego nie dorównuje nam żadne stworzenie na ziemi – mówi prof. Michał Caputa, kierownik Zakładu Fizjologii Zwierząt UMK w Toruniu.

W ciągu godziny jesteśmy w stanie wylać z siebie do 2 litrów potu! To, co upalnym latem w zatłoczonym tramwaju bywa źródłem przykrości, w rozwoju gatunku okazało się zaletą. – Uzyskanie zdolności pozbywania się nadmiaru ciepła za pomocą gruczołów potowych pozwoliło na istotne powiększenie rozmiarów narządu najbardziej wrażliwego na wysoką temperaturę, mózgu – twierdzi prof. Nina G. Jablonski, kierownik Wydziału Antropologii na Uniwersytecie Stanowym Pensylwanii. Innymi słowy, pojawienie się drobno owłosionej skóry odegrało kluczową rolę w ewolucji innych, typowo ludzkich cech. Zdaniem prof. Jablonski nie tylko dużego mózgu, ale nawet mowy. Skoro tak, to warto wiedzieć, jak doszło do tego – cytując Morrisa – wielkiego striptizu. I dlaczego nasze ciało nie zostało jednak całkowicie pozbawione włosów.

 

Futro do lamusa

 

Ta historia na pewno rozpoczęła się na kontynencie afrykańskim, z którego wywodzi się człowiek. Stało się to dawno, dawno temu, choć naukowcy nie są zgodni, kiedy dokładnie. Próżno przecież szukać zachowanych śladów po tak nietrwałej tkance, jaką jest skóra. Uczeni zaczęli więc rozglądać się za dowodami pośrednimi. Za taki posłużył gen MC1R, który odpowiada za pigmentację skóry. W 2004 r. dr Alan R. Rogers z Uniwersytetu Utah opublikował badania, w których udowodnił, że specyficzna wersja tego fragmentu DNA, obecna niezmiennie u czarnoskórych mieszkańców Afryki, pojawiła się ok. 1,2 mln lat temu. Na tej podstawie wyciągnął wniosek, że co najmniej od tamtego czasu nasi przodkowie żyli już pozbawieni gęstego owłosienia. – Jest to prawdopodobne o tyle, że w parze ze zrzucaniem futra musiało iść ciemnienie skóry – przyznaje prof. Bogusław Pawłowski, szef Katedry Biologii Człowieka na Uniwersytecie Wrocławskim. Wzrost w niej ilości barwnika, melaniny, zapewniał ochronę przed ostrym afrykańskim słońcem, której funkcję do tej pory pełniła sierść. A pod nią, podobnie jak u szympansów, także i u hominidów skrywała się prawdopodobnie jasna, różowawa skóra. Z tego wynika, że pierwszym niemal bezwłosym przodkiem człowieka był Homo erectus. Ale dlaczego wyliniał? W tej sprawie naukowcy są jeszcze bardziej podzieleni. Elaine Morgan, brytyjska popularyzatorka nauki, w książce Blizny po ewolucji wymienia aż siedem hipotez.

Do braku owłosienia mogła przyczynić się potrzeba wyplenienia pasożytów, które przenoszą choroby i łatwiej zadomawiają w gęstej sierści. Według anachronicznej już dziś teorii Karola Darwina zadecydował o tym... seks. Nagość skóry musiała stać się synonimem atrakcyjności seksualnej dla płci przeciwnej. Zdaniem ewolucjonisty trudno inaczej wytłumaczyć rozwój tak niedogodnej cechy; przecież futro miało chronić przed urazami czy nocnym chłodem. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych hipotez, promowana przez samą Morgan, zakłada, że nasi przodkowie przeszli przez etap rozwoju w wodzie – wydaje się bowiem, że to jedyne środowisko, w którym nagość jest zaletą. Tak też po zejściu z drzew zaczęli brodzić nad zbiornikami w poszukiwaniu jedzenia. Wreszcie, zgodnie z jedną z najczęstszych interpretacji, chodziło o to, by zapobiec przegrzewaniu się ciała podczas polowania na gorącej sawannie. Ale podobnie jak każda z hipotez, ta również ma swoje manowce. Po pierwsze, skoro polowały samce, to one powinny być bardziej bezwłose, a tak się przecież nie stało. Po drugie, czy ktoś widział łysego lwa lub geparda?

 

Dlaczego tylko człowiek?

 

– Przyczyn mogło być wiele. Tak już w biologii jest, że na rozwój jednej cechy wpływa kilka czynników, choć ja największą rolę przypisywałbym termoregulacji – tłumaczy prof. Caputa. Zgadza się z nim prof. Jablonski. Jej zdaniem celem zrzucenia futra było poprawienie systemu chłodzenia organizmu. Dowód? Słabo owłosiona ludzka skóra jest lepsza pod względem pozbywania się nadmiaru ciepła niż skóra całkowicie zarośnięta. Znajduje się w niej więcej, 2–5 mln tzw. gruczołów ekrynowych. W przeciwieństwie do gruczołów apokrynowych, które dominują u reszty ssaków, te „ludzkie” położone są blisko powierzchni i nie przylegają do mieszków włosowych. Dlatego wydobywający się z ich porów pot jest wodnisty i łatwo paruje z rozgrzanej skóry, szybko odprowadzając nadmiar ciepła. Tymczasem gruczoły zwierząt nie dość, że produkują oleistą wydzielinę, to jeszcze czym więcej wydzielają potu, tym sierść jest bardziej posklejana, co zmniejsza efektywność parowania. Mało tego, w przeciwieństwie do zwierząt pocimy się nie tylko podczas wysiłku, ale też w spoczynku. To wszystko sprawia, że według wyliczeń naukowców człowiek biegnący w maratonie w środku upalnego dnia jest w stanie pokonać konia! Tak świetnie działający system chłodzenia mógł uwolnić od funkcji termoregulacyjnej układ oddechowy – uważa prof. Dean Falk z Uniwersytetu Stanowego Florydy. Chodzi o zianie, a więc pozbywanie się ciepła za pomocą szybkich, płytkich oddechów, tak jak robią to psy i drobne małpy. Wprawdzie jest ono efektywne, ale uniemożliwiałoby posługiwanie się mową, której istotą jest arytmia oddechowa.

Kiedy nasi przodkowie zaczęli się pocić w spoczynku, mechanizm oddawania nadmiaru ciepła przez oddech stał się bezużyteczny, a to mogło otworzyć drogę do powstania mowy. O istnieniu związku między nagością skóry a posługiwaniem się językiem jest też przekonana prof. Jablonski, choć tłumaczy to inaczej. Po zrzuceniu futra, które służyło także komunikowaniu się (najeżone sygnalizuje atak, umaszczenie wskazuje przynależność do stada itd.), jego funkcje przejęło ozdabianie ciała, rozbudowana mimika twarzy, wreszcie zależność od porozumiewania się w sposób werbalny. Nieprzypadkowo zgubienie przez naszych przodków owłosienia zbiegło się też z okresem burzliwego rozwoju mózgu. Kwestie te jako pierwsza powiązała prof. Dean Falk z Uniwersytetu Stanowego Florydy. Zainspirowała ją wizyta w warsztacie samochodowym, w którym usłyszała, że wstawienie do auta większego silnika jest możliwe jedynie pod warunkiem wymiany chłodnicy na wydajniejszą. Zasada ta musiała także rządzić ewolucją ludzkiego mózgu, narządu podatnego na przegrzewanie. Dlatego prof. Jablonski stwierdza wręcz, że nagość skóry uczyniła nas ludźmi.