Przez 50 tys. lat Aborygeni niepodzielnie panowali nad kontynentem. Dziś stanowią niewiele ponad 2 proc. jego populacji, a ich tradycje zanikają. Na szczęście nie wszędzie

Dwaj mężczyźni sięgają po włócznie wykonane z eukaliptusa i boso ruszają po czerwonej ziemi w stronę brzegu. Wskakują do aluminiowej łódki, odpalają silnik i wypływają na płytkie wody Morza Arafura.

Na dziobie Terrence Gaypalwani lustruje wodę i włócznią wskazuje kierunek. Ma 29 lat i jest średnio zaawansowanym myśliwym. Silnik obsługuje doświadczony czterdziestolatek Peter Yiliyarr. Brzeg porastają gęste namorzyny, z nieba leje się żar. W zasięgu wzroku nie ma żywej duszy. Minęło pół godziny, a mężczyźni nie zamienili ani słowa. Członkowie ludu Yolngu często porozumiewają się na migi, nawet gdy nie polują. Nagle Gaypalwani unosi włócznię i napręża ramię. Za burtą dostrzegam jakiś wielki ciemny kształt i włócznię mknącą w jego kierunku.

Trafiony żółw natychmiast nurkuje. Ma ponad metr długości i pewnie jest starszy od obydwu myśliwych. Metalowy grot utknął w jego ciele i oddzielił się od drzewca, który teraz dryfuje. Wrócą po niego później. Do grotu przymocowana jest natomiast lina, która hałaśliwie rozwija się z kołowrotka pod kontrolą Yiliyarra. Ciała  obydwu mężczyzn pokryte są długimi, cienkimi bliznami – lina zakończona jest co prawda białą bojką wielkości piłki, ale zanim się napręży, śmiga na wszystkie strony. Wreszcie cała znika pod wodą. Mężczyźni lustrują powierzchnię.

Po chwili boja wypływa. Yiliyarr znów ciska włócznię. Kolejny grot utknął w ciele żółwia i druga lina zaczyna się rozwijać. Gaypalwani chwyta pierwszą. Mężczyźni powoli przyciągają żółwia do łódki. Chwytają go za kończyny, zapierają się stopami o burtę i odchylają. Żółw zwala się na łódkę, a mężczyźni upadają na pokład.

Wizyta w Matamacie – zagubionej w buszu osadzie zamieszkanej przez mniej więcej 25 osób – wymaga zgody matki Gaypalwaniego, Phyllis Batumbil. To ona dowodzi całą Matamatą – ma wyrobioną opinię na każdy temat, donośny śmiech i przeszywający krzyk. W osadzie są dwa telefony: jeden należy do Batumbil, drugim dzielą się pozostali mieszkańcy.

Udało mi się do niej dodzwonić. Posługuje się kilkoma dialektami yolngu matha, języka ludów Yolngu, i płynnym angielskim. Zgodnie z powszechnym wśród Yolngu zwyczajem ma dwa imiona – angielskie i aborygeńskie – ale woli posługiwać się tym drugim. Batumbil jest artystką. Pędzlem wykonanym z własnych włosów na korze i pniach maluje przesycone symbolizmem płaszczki, jaszczurki i inne zwierzęta. Spytałem, czy mógłbym spędzić w Matamacie dwa tygodnie. Zgodziła się. Czy mam przywieźć coś konkretnego? – Kolację dla 25 osób – rzuciła moja rozmówczyni.