W ludnym Pendżabie Zachód spotyka się ze wschodem. Talibowie chcieliby jednak zmienić status quo.

To nie bawiłoby talibów. W słoneczne zimowe popołudnie w Lahaur publiczność zgromadziła się tłumnie na dorocznym pokazie w Narodowym Kolegium Sztuki. Na głównym dziedzińcu młodzi mężczyźni i kobiety, przemieszani swobodnie, palą i piją red bulla z puszek. Niektórzy panowie mają włosy związane w kitki, a jeden – kolczyk wpięty w brew. Obok dwoje na huśtawce – rzeźba pary naturalnej wielkości trzymającej się za ręce. We wnętrzu wyobrażenie męskiego torsu płynnie przechodzi w kobiecy biust, gdy spojrzeć na nie pod innym kątem. I tu jednak subkontynent indyjski nie pozwala o sobie zapomnieć. Kobiety noszą tradycyjne tuniki do kolan, wypuszczone na dżinsy, a niektóre zakrywają włosy. Są też miniatury malarskie, zwyczajowo ujmujące sceny myśliwskie, ale tutaj portretują inne sytuacje   – na jednej brodaty duchowny spoczywa na sofie przed wysadzoną w powietrze szkołą.




Mieszanina stylów i wpływów – rozmaitość narodowości i wiar, którą Rudyard Kipling tak barwnie opisał w powieści Kim – jest cechą wyróżniającą Lahaur, drugie co do wielkości miasto Pakistanu, stolicę Pendżabu. W tej najbogatszej i najludniejszej z czterech prowincji kraju spotykają się Wschód, Zachód i wszystko to, co pomiędzy nimi. Nawet krwawy podział brytyjskich Indii w połowie XX w. nie mógł zniszczyć kosmopolitycznej werwy Pendżabu. Ale talibowie usilnie próbują. W ostatnich kilku latach wywołali tam falę terrorystycznego zamętu, można powiedzieć – na własnym boisku pakistańskiego politycznego i wojskowego establishmentu. Inwazja przemocy z odległych terytoriów plemiennych, jałowej krainy nad granicą afgańską, zszokowała mieszkańców Pendżabu, którzy do niedawna sprawę ekstremistów lekceważyli. Wzbudziła też obawy w Waszyngtonie, że Pakistan, mający broń nuklearną, niestały, lecz ważny partner w wojnie z terroryzmem, może zostać zdestabilizowany.


Parę dni po pokazie odnalazłem Imrana Qureshiego, szefa działu miniatur w Kolegium Sztuki. W nowoczesnym, piętrowym domu mieszka z żoną i dwójką dzieci. Chłopięcy 38-latek w sztruksach i blezerze wprowadził mnie do salonu udekorowanego plemiennymi dywanami. Do tego drewniane meble w stylu skandynawskim. Qureshi i jego żona Aisha Khalid, oboje uznani plastycy, mogliby bez trudu przenieść się do Londynu lub Nowego Jorku, gdzie często pokazują swoje prace. Nie mają jednak zamiaru wyjeżdżać. – Wydaje mi się, że robi się tu liberalniej – z głosu Qureshiego bije optymizm. – Ludzie rozmawiają o polityce, erotyzmie, o wszystkich sprawach. To nie to co 10 lat temu.


Dokładnie na drodze najeźdźców – Macedończyków, Turków, Mongołów, Persów, Afgańczyków – a także na ścieżkach karawan handlowych łączących Wschód i Zachód leżał Pendżab, wciśnięty między Azję Środkową i subkontynent indyjski. Pod koniec XVI w. Akbar, władca z dynastii Wielkich Mogołów rozwścieczył ortodoksyjnych mahometan, zbliżając się do hinduizmu i chrześcijaństwa. Sikhowie, którzy później władali miastem, płacili na utrzymanie nie tylko własnych gurdwarów, ale też meczetów i świątyń hinduistycznych. Brytyjczycy dodali uniwersytety i kamienne kościoły, a Pendżab nauczył się kochać krykieta i język królowej angielskiej, choć niekoniecznie nią samą.


Wszystko to zniweczył podział subkontynentu na Indie i Pakistan w 1947 r. O Pendżab, najbogatszy, rywalizowano z największą zawziętością. Lwią część, o powierzchni nieco większej niż Wielka Brytania, przyznano Pakistanowi. Towarzyszył temu paroksyzm krwawych starć, w których zginęło około miliona ludzi. 5 mln Hindusów i Sikhów uciekło do Indii, a 8 mln muzułmanów ruszyło w przeciwnym kierunku. Pendżab to obecnie prawie 60 proc. gospodarki Pakistanu. Ze 173 mln obywateli państwa tu mieszka około 90 mln. Stolica została przeniesiona w roku 1967 z Karaczi do nowo zbudowanego Islamabadu w pobliżu Rawalpindi, siedziby dowództwa armii. Jednak szalone i nadgryzione zębem czasu ośmiomilionowe Lahaur może być uważane za stolicę kulturalną.


Podobnie jak studenci Kolegium Sztuki, młodzież z Aitchison College, ekskluzywnej szkoły męskiej założonej przez Brytyjczyków w roku 1886, obrazuje wiele sprzeczności Pakistanu. Chłopcy noszą marynarki z emblematem Aitchisona („Wytrwałość przynosi powodzenie”) i codziennie o zachodzie stają na baczność przed internatem, gdy opuszcza się flagę szkoły, a trębacz piskliwie wygrywa capstrzyk. „Aitchisończycy” są świetnie zorientowani w amerykańskiej popkulturze i przy obiedzie paplają o tym, czy bardziej kręci ich Jennifer Lopez, czy Salma Hayek. Równocześnie chłopców kształtowała islamizacja pakistańskiego społeczeństwa, która rozpoczęła się przed rokiem 1980 za czasów dyktatury generała Muhammada Zia-Ul-Haqa. Zarówno uczniowie, jak i nauczyciele mają wpojone silne poczucie islamskiej tożsamości i wrogość do Stanów Zjednoczonych.


Starsze pokolenia mieszkańców Lahaur tęsknią za epoką sprzed rządów generała Zia – czasem większego liberalizmu, otwarcia na świat i doczesność. Ale życie kulturalne miasta toczy się dalej. Jedną z popularnych form rozrywki jest teatr dający przedstawienia komików i tancerzy. Brudną widownię wypełniają mężczyźni, po części pijani. Uzbrojeni w kałasznikowy ochroniarze pilnują porządku, a tancerki w atłasowych trykotach i przezroczystych tunikach kołyszą się na scenie do piskliwych piosenek z indyjskich filmów. Kawałki taneczne przeplatają się ze skeczami obfitującymi w dwuznaczności i sprośny humor. Audytorium wznosi wulgarne okrzyki, a na koniec wieczoru obsypuje ulubione tancerki zgniecionymi w kulki banknotami rupii.
Jedną z tancerek jest Nida Chaudhry. Którejś nocy przed wyjściem na scenę ostro szminkuje usta i nakłada purpurowe cienie na powieki, przez co wygląda na więcej niż swoje dwadzieścia parę lat. Słyszane niedawno uwagi o „ryzykownych tańcach” chyba nie zmienią jej stylu. – Co mam zrobić? – pyta. – Tańczyć w burce? Najdzikszy taniec w Lahaur widziałem nie w teatrze, lecz w miejscu kultu religijnego. Późnym wieczorem setki, głównie młodych, mężczyzn zgromadziły się przy grobie Shaha Jamala, sufickiego przywódcy duchowego czy świętego z XVII w. Utworzyli oni krąg wokół trzech bębniarzy i dwóch długowłosych derwiszów, którzy wirowali na posadzce dziedzińca o płytach pobłyskujących od przelotnego deszczu i rozgniecionych płatków róż. Haszyszowy dym snuł się nad tłumem wraz ze śpiewem „Allah! Allah-u!” i imionami różnych świętych. Derwisze wpadali na siebie, podsycając ogólny zapał do przepychania się. – To nasza wersja szaleństwa – wyjaśnił mi później przyjaciel z Pendżabu.


W tym jednak jest coś więcej. Sufizm skupia się na kulcie świętych uprawianym z pomocą qawwali – nabożnych pieśni, których hipnotyzujące rytmy wywołują, jak powiadają, duchową ekstazę. Sławni święci, tacy jak poeta z XVIII w. Bulleh Shah, cierpieli prześladowania za liberalne i obrazoburcze poglądy. Dziś do ich grobów pielgrzymują miliony wyznawców. Widowisko przy grobie Shaha Jamala było tylko jedną z manifestacji sufizmu. Inne widziałem w Mithankot, mieście na południowym zachodzie Pendżabu. To miejsce, gdzie pochowano XIX-wiecznego świętego Khwaję Ghulam Farida, sąsiadujące obecnie z okręgiem, do którego, jak się mówi, wchodzą talibowie. Sufi w Mithankot nie wydają się jednak w najmniejszym stopniu wystraszeni. W noc, kiedy przyjechaliśmy, parę tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci zebrało się na uroczystość przy zwieńczonej kopułą komnacie grobowej świętego, obecnie iluminowanej zielonymi światłami. Tłum krzyczał: O, Farid! Prawda! – i urzeczony słuchał poezji świętego o boskiej i romantycznej miłości, której towarzyszyła charakterystyczna muzyka qawwali. Mężczyzna z białą brodą chwycił mnie za ramię. – Lubimy Jezusa! – oświadczył po angielsku. – Jezus też jest prorokiem!


Miasto Pakpattan szczyci się grobem Baby Farida, uwielbianego sufickiego mistyka z XIII w.,   którego wielka słabość do słodyczy wciąż jest pamiętana. W niedzielne popołudnie pielgrzymi rzucają cukierki na marmury świątynnego dziedzińca, który już się lepi od tych dowodów miłości. Mężczyźni gęsiego wchodzą do grobowej komnaty, by ucałować zieloną kapę okrywającą sarkofag świętego.


Tuż przed wejściem siedziała Ashran Bibi   z 25-letnią córką – do środka dostać się nie mogły, bo w większości takich sanktuariów kobiety nie są dopuszczane bezpośrednio do grobów. Bibi, żona robotnika, opowiedziała mi, że córka ma problemy z oddychaniem od czasu, gdy, próbując popełnić samobójstwo, połknęła preparat owadobójczy. Trzy dni temu ruszyły w podróż do tej świątyni w nadziei, że Baba Farid zdoła dokonać tego, co nie udało się lekarzom. – Przychodzimy z naszymi kłopotami do niego, a on potem zabiera je do Allaha – powiedziała Bibi, wyciągając ramię ku niebu. Ochroniarz w medresie w Bahawalpur na południu Pendżabu, na skraju strefy pustynnej, nie był tak przyjazny. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, zaczął wymachiwać pistoletem, dając do zrozumienia, że zdjęć robić nie wolno. Jego zachowanie nie było zaskoczeniem. Medresa Taleem al-Kuran jest seminarium należącym do Jaish-e-Mohammed, ekstremistycznej grupy, którą łączono z Al-Kaidą. Kiedyś ta i podobne organizacje w Pendżabie działały z poparciem rządu, który wykorzystywał je w konflikcie z Indiami o Kaszmir. Po 11 września władze pod presją USA zakazały istnienia tych grup, ale ani nie ścigały ich przywódców, ani nie uregulowały kwestii medres. W Pakistanie są ich tysiące,   a wiele ideologiczne inspiracje, a czasami i pomoc finansową otrzymuje z Arabii Saudyjskiej.
Front medresy Jaish wychodzi na cichą uliczkę. Gdy tam przybyliśmy, trwał akurat ramadan. Zajęcia w seminarium nie odbywały się, postępowała natomiast budowa nowej, czwartej kondygnacji, co dowodziło, że szkoła nie cierpi na brak funduszy. W sklepie na parterze sprzedawano perfumy bezalkoholowe i książki gloryfikujące męczenników z Iraku i Afganistanu. Nie spodziewałem się, że wpuszczą mnie za bramę, toteż zdziwiłem się bardzo, gdy po jednym czy dwóch telefonach zaproszono nas na późniejszą porę na spotkanie z nazim, czyli głównym zarządcą. – W tradycji Proroka jest okazywać gościnność – powiedział Maulana Imdad Ullah, witając nas w małej poczekalni przy herbacie i cytrynowych ciasteczkach. Nazim, pewny siebie mężczyzna o zaskakująco ciepłym uśmiechu, zapewnił, że medresa jest instytucją czysto religijną. Nie robił jednak tajemnicy ze swojej sympatii do Jaishy i jej przywódcy Massoda Azhara, którego ojciec założył szkołę i nią kierował. – Naturalnym pragnieniem każdego muzułmanina jest pójść w jego ślady – powiedział. Spytałem, czy uczniów zachęca się, by szli walczyć przeciw zachodnim wojskom w Afganistanie. – Kiedy kończą szkołę, sami decydują, czy dołączą do dżihadu – oświadczył. A co rozumie przez dżihad, który może być różnie definiowany? – Dżihad to walka i zabijanie.


Szczerość nazima była uderzająca, podobnie jak oczywiste było przyzwolenie władz na jego nieskrępowane działanie. W związku z  tym   następnego ranka złożyłem wizytę Mushtaqowi Sukherze, wyższemu oficerowi policji w regionie, w  jego służbowej rezydencji. Okazał się dobrze wykształconym człowiekiem z poletkiem do golfowych wprawek na frontowym trawniku i synem na uniwersytecie w Nowym Jorku. Sukhera nie jest fanem ekstremistów i powiedział, że jego ludzie uważnie obserwują medresę, w której byliśmy. – Ale – dodał – tam uczą według normalnego programu, który jest w każdej medresie, więc co można z tym zrobić? Zwolennicy walki pojawili się w prowincji dopiero ostatnio. Żeby spojrzeć na bardziej ustabilizowany filar społeczeństwa, podróżowaliśmy do Multanu, ulubionego miejsca bogatych arystokratów ziemskich. 39-letni Faizal Abbas o krótko przystrzyżonych siwych włosach witał nas przed klimatyzowanym holem w otoczonym murem ogrodzie, po którym spacerowały pawie i miniaturowe kuce. Po klatce przechadzał się wielki lew. Gdy miasto zaczęło się rozrastać, Abbas z braćmi sprzedał część gruntów pod zabudowę. Rodzina wciąż ma kilka tysięcy hektarów najlepszej ziemi – w większości są to plantacje mango. Za ogrodem Abbasa znajduje się rekonstrukcja wioski jego przodków z glinianą plenerową kuchnią i łóżkami plecionymi ze sznura. Gospodarz sypiał na takim w dzieciństwie. Po lunchu Abbas pokazał jednego ze swych nagradzanych tańczących koni.


Jego młodszy brat Ghulam chce ubiegać się o publiczny urząd. Tego wieczoru przewodzi radzie, która ma rozsądzić spór o ziemię pewnego feudała z własnym siostrzeńcem. W konflikcie sięga się już po broń. Adwersarze zgodzili się zawiesić wrogie akcje do czasu, aż Ghulam obejrzy sporny teren. – Jesteśmy dobrze znani   – wyjaśni później. – Przekleństwem publicznego życia jest, że nie mam chwili dla siebie.


Feudałowie nie są kochani. Namiastka reformy rolnej nie zlikwidowała wielkich stref nędzy. Bieda z kolei napędza ekstremizm, bo bezrolni chłopi posyłają dzieci do medres, gdzie przynajmniej dostaną kąt i jedzenie. Z zapuszczonych ulic Multanu skierowałem samochód na północ przez pola trzciny cukrowej i ryżu. Mijałem fabryki włókiennicze i parkingi z minimarketami i salami modlitwy. W pobliżu Islamabadu dotarłem do rozległego, nieukończonego osiedla znaczonego sylwetami wież wodnych. Wille w stylu śródziemnomorskim wyglądały jak przeniesione z południowej Kalifornii lub Abu Zabi. Billboard reklamował nowy klub z pływalnią i kortem tenisowym. Osiedle należy do największego w Pakistanie dewelopera i najpotężniejszej instytucji   – armii. Oficerowie kupują grunty poniżej cen rynkowych i budują na nich, a potem sprzedają z zyskiem prywatnym nabywcom. Armia ma rozwiniętą sieć przedsiębiorstw, wśród których są m.in. cementownie, fabryki nawozów i wielka firma transportowa. Układ ten nigdzie   nie jest zakorzeniony tak głęboko jak w Pendżabie, gdzie kiedyś koncentrowała rekrutację brytyjska Armia Indii, a dziś wciąż robi to samo jej pakistańska następczyni.


Hashim Khan jest jednym z beneficjentów tego stanu rzeczy. Emerytowany brygadier pracuje dla wojskowej firmy budowlanej i mieszka na zarządzanym przez armię osiedlu. Powitał mnie koło wjazdu i czarnym lexusem podwiózł do domu o powierzchni blisko tysiąca metrów kwadratowych. W marmurowym holu wisi portret ojca oficera w złoconych ramach. Khan, typ krzepkiego wąsacza o gładko zaczesanych włosach, wprowadził mnie do gabinetu wyposażonego w humidar na cygara i lodówkę chłodzącą heinekena. W muzycznym tle śpiewał Pavarotti. Personel wojskowy nie ma jednak monopolu na ekskluzywne osiedla. W mieście Sijalkot na północnym wschodzie wzdłuż ulic biegną chodniki, jest zamknięta kanalizacja, a na skrzyżowaniach wyświetlacz podaje, ile sekund zostało do zielonego. Tak się składa, że Sijalkot jest jednym z głównych światowych ośrodków produkcji narzędzi chirurgicznych oraz sprzętu sportowego   – zwłaszcza ręcznie szytych futbolowych piłek dla takich marek jak Nike i Adidas. Niektórzy eksporterzy dokładają się do budowy obiektów komunalnych, jakie oglądają podczas podróży biznesowych za granicę. Urodzony w Sijalkot Khawar Anwar Khawaja, którego firma w partnerstwie z Brytyjczykami produkuje piłki i kije do krykieta, mówi o „złości, że jesteśmy tak daleko z tyłu”. Eksporterzy przez lata narzekali, że muszą wozić wyroby ciężarówkami na lotniska w Islamabadzie lub Lahaur. Khawaja namówił więc kolegów, ludzi, którzy coś mogą, na wybudowanie prywatnego lotniska, jedynego takiego w Pakistanie, by wysyłać stamtąd samoloty na Bliski Wschód i do Europy. Otwarcie nastąpiło w końcu 2007 r.


Khawaja nie ma jednak złudzeń. Jest sfrustrowany jak wszyscy przerwami w dopływie prądu, fatalnym stanem szkół publicznych i szpitali w regionie, nie wspominając już o  talibach. Ale żyje mu się dobrze – mieszka w obrośniętej bluszczem willi, na golfa i tenis chodzi do klubów wojskowych. Dwaj synowie uczyli się w koledżu w Kalifornii. Samozadowolenie  jest groźne w Pakistanie. Podczas tygodni, kiedy podróżowałem poza Lahaur, talibowie przypuścili serię ataków na Pendżab. Wielogodzinne oblężenie dowództwa armii w Rawalpindi spowodowało śmierć 23 osób. Gdy wracaliśmy z Sijalkotu do Lahaur, samochód został przeszukany na jednym z posterunków, które z dnia na dzień rozstawiono wokół miasta. Obraz prowincji nie malował się różowo.


To Bulleh Shah przywrócił trochę nadziei. Święty nie dzielił ludzi według kast ni wyznania, czym obraził ortodoksyjnych duchownych, którzy odmówili pochowania go na komunalnym cmentarzu. A jednak jego nauka tolerancji wydaje się jeszcze aktualniejsza dziś niż w roku 1758, gdy umierał. W dniu mojego powrotu do domu postanowiłem odwiedzić jego grób na obrzeżach miasta Kasur, godzinę jazdy samochodem z Lahaur.


Sanktuarium nie jest specjalnie piękne ani okazałe, ale jego duchowa władza jest czymś wartym uwagi. Muzycy qawwali stroili instrumenty, przygotowując się na wieczorne tłumy, a stróżka gości, głównie kobiet, w milczeniu zbliżała się do komnaty grobowej świętego. Niektóre z pielgrzymujących, by uzyskać błogosławieństwo, wiązały kolorowe nitki na filigranowych detalach kamiennej kaplicy. Kilka płakało. Niedługo po moim przyjściu podeszła starsza kobieta z tekturowym pudełkiem. – Proszę wziąć cukierka – nalegała. – To w imię świętego. – Ten gest wobec obcej osoby upewnił mnie, że jednak nauk Bulleha Shaha nie zapomniano. Może przetrwają talibów.