Dzikie, wietrzne pustkowia i zdziczałe bydło – oto naturalne dekoracje, w jakich z życiem zmagają się patagońscy bagualeros.

Posłuchajcie opowieści o przelanej krwi, odwadze i sile tradycji. Jak w większości tego typu historii występują tu konie oraz powściągliwi mężczyźni o nieprawdopodobnych umiejętnościach. Nie muszę chyba dodawać, że ryzykują swoim życiem i zdrowiem. Krajobraz również nie odbiega od narracyjnego standardu – jest mitycznie dziki. Tylko wtajemniczeni odnajdą na mapie Sutherland – obszar lądu wrzynający się w chilijski fiord Ultima Esperanza w południowej Patagonii. Nie ma tu dróg ani osad. Obszar od północy sąsiaduje z Parkiem Narodowym Torres del Paine. Dalej na północ rozciągają się już tylko dzikie i niedostępne lodowce, które oddzielają chilijską Patagonię od reszty kraju. Na zachodzie dziesiątki wysepek osłaniają ląd od Pacyfiku, na wschodzie jego granicę stanowi fiord, często wzburzony złowrogim wiatrem. Po jego drugiej stronie leży malownicze miasteczko Puerto Natales.

Sebastián García Iglesias to 26-letni inżynier rolnik z zawodu i gauczo (południowoamerykański kowboj) z powołania. Jego legendarny przodek ze strony matki, Arturo Iglesias – którego Sebastian rzekomo przypomina do złudzenia – urodził się w Puerto Natales w 1919 r. Rodzina Iglesiasów osiedliła się na tych terenach 11 lat wcześniej jako jedna z pierwszych. Otworzyli sklep, w którym zaopatrywali się inni pionierzy. Wkrótce potem założyli gospodarstwo Estancia Mercedes na kawałku ziemi położonym malowniczo na tle morza, u podnóża gór. W 1960 r. Arturo nabył Estancia Ana Maria – ranczo, na które można dotrzeć tylko łodzią albo po 10 godzinach w siodle i przeprawie przez bagna sięgające końskiego brzucha. Wydawałoby się, że to koniec świata, lecz Arturo stworzył w rejonie Sutherlandu osadę.

W chatce w Sutherlandzie mieszkał kiedyś pracownik rancza z żoną i dwójką dzieci. Kobieta nie wytrzymała izolacji i uciekła z rybakiem, a samotny ojciec wyprowadził się z chatki – popędził bydło z powrotem do cywilizacji.

Niektóre osobniki opuszczały stado Artura i dziczały – dobór naturalny tylko je wzmocnił i zahartował. Każdego lata Arturo zaganiał je, wyruszając z rancza Ana Maria w towarzystwie psów pasterskich i sprawdzonych koni. Wysyłał baguales – co dosłownie znaczy „zdziczała rogacizna” – na targ w Puerto Natales łodzią, ale czasami przepędzał je wzdłuż klifów, urwisk, przez torfowiska. Zapasy ładował na wierzchowca, do którego uwiązany był też dziki byk.

Tymczasem rodzina Iglesiasów – czyli rzesza ciotek, wujków i kuzynów, którzy mieli z ranczem niewiele wspólnego – postanowiła sprzedać tereny Any Marii. Nowy nabywca pozwolił Sebastiánowi ostatni raz przepędzić baguales. Sebastián ruszył do Natales w poszukiwaniu najlepszych bagualeros – lokalnych gauczów – do pomocy. A ponieważ najwyraźniej ma nadzieję, że pewnego dnia będzie zabierał turystów szlakiem bagualeando i podtrzymywał rodzinną tradycję – zgodził się, byśmy się przyłączyli.

Nie miałam złudzeń: wyprawa do Sutherlandu to nie jest beztroska przejażdżka.

To tylko fragment artykułu Alexandry Fuller z grudniowego wydania "National Geographic Polska" – już w kioskach!