Michał Woroch i Maciej Kamiński, przyjaciele przemierzający Amerykę Południową na wózkach inwalidzkich i “Defem” czyli land roverem defenderem, dotarli do Limy. To już czwarta stolica na trasie ich podróży, po Buenos Aires, Santiago de Chile i La Paz.

- Panie Piotrze, mamy Panu coś do opowiedzenia! Ale mieliśmy przeżycia! – takiego entuzjazmu jeszcze nie słyszałem u Michała i Macieja. A przede wszystkim takiej chęci do zrelacjonowania wrażeń i doświadczeń z pokonanego właśnie odcinka podróży. Zwykle nie jest łatwo wyciągnąć od nich informacje o tym, co widzieli, jak się czuli, co zwróciło ich uwagę, co zaskoczyło. A tu proszę, sami rwą się do rozmowy!
 

- Chyba pierwszy raz w życiu miałem uczucie, że prawie umarłem! – dodał Michał.
 

Kierunek: Peru
 

Po opuszczeniu La Paz, przyjaciele ruszyli w kierunku granicy boliwijsko-peruwiańskiej. Od kilku tygodni niemal cały czas podróżowali po drogach górskich, na wysokości przynajmniej 3500 do 4500 metrów na poziomem morza. Chyba nawet zdążyli się już przyzwyczaić do atmosfery, w której ilość tlenu jest tak mała, że wykonywanie jakichkolwiek czynności męczy niczym ciężka fizyczna praca.
 

Na krótką chwilę dość gwałtownie zmienili jednak swoje położenie. Korzystając z zaproszenia jednego z facebookowych znajomych, dentysty Mauricio, z wysokich andyjskich szczytów zjechali w dolinę znajdującą się na wysokości zaledwie 750 metrów, do Caranavi. Surowe górskie krajobrazy przekształciły się w prawdziwą tropikalną gęstwinę. A zimno zastąpił upał.
 

- Ja lubię ciepło, więc aklimatyzacja w tych warunkach przebiegła u mnie dużo lepiej niż u Michała – opowiadał Maciej. – Potem zaczęła się walka z oblepiającym skwarem, bo na dłuższą metę nie było już tak przyjemnie. Doszło do tego, że co 10 minut na podwórku naszego gospodarza chwytaliśmy wąż i polewaliśmy się wodą.
 

To było pierwsze zetknięcie z lasem deszczowym. Następne jeszcze przed nimi.
 

Po tej małej przerwie na prawie nizinach, przyjaciele ponownie wspięli się na wysokość około czterech tysięcy metrów. Pełni oczekiwań niezwykłych wrażeń wjechali nad jezioro Titicaca. Trzecie pod względem wielkości w Ameryce Południowej, jest jednocześnie największym jeziorem położonym najwyżej w świecie – znajduje się na poziomie 3812 metrów. Zobaczenie tego słynnego akwenu było jednym z marzeń Michała.
 

- Właściwie to sam nie wiem, czego się spodziewałem. Nad jeziorem wisiały szare mgły, więc wszystko poniżej przybrało ich kolor. Chociaż ja to lubię takie szarości. Jest ogromne, to fakt, ale poza tym nie wzbudziło w nas większej ekscytacji. Ciekawe wrażenie zrobił na mnie prom przewożący autobusy na drugą stronę brzegu. Poza tym poczuliśmy się, jak w kurorcie wypoczynkowym, gdy zobaczyliśmy turystów wypożyczających łódki.
 

Pierwsza naprawa
 

Nad Titicaca podróżnicy pożegnali Boliwię i przywitali Peru, bowiem jezioro leży na granicy między państwami.
 

Od jakiegoś czasu Michała niepokoiły stuki dochodzące spod maski Defe. Im częściej myślał o tym, że przejechali bez wymiany żadnych części już dwanaście tysięcy kilometrów, tym intensywniej je słyszał. Gdy dotarli do Arequipy, auto trafiło na dwa dni do warsztatu, bo trzeba było naprawić pompę paliwa.
 

Z Arequipy przyjaciele ruszyli w kierunku Kanionu Colca. Noc spędzili niemal na krawędzi wąwozu, który w 1981 roku nasza wyprawa Canoandes’79 przepłynęła po raz pierwszy w historii. Niestety, kontemplowanie uroków tego niezwykłego miejsca zakłóciła podróżnikom mgła, która zawładnęła na wiele dni przestrzenią nad rzeką. W Chivay z kolei mieli okazję zobaczyć pomnik upamiętniający pierwszą eksplorację kanionu.
 

W pułapce
 

Pora deszczowa w Ameryce Południowej w tym roku obfituje w wyjątkowo intensywne opady. Wiele miejscowości doświadcza powodzi. Liczne drogi są nieprzejezdne z powodu podtopień, a w górach z powodu lawin, które zasypują trakty śniegiem i skałami.
 

Tego dnia akurat świeciło słońce. Było już późne popołudnie i nadszedł czas, by poszukać miejsca na nocleg. Wysokość 4500 metrów nad poziomem morza. Zgodnie ze wskazówkami tubylców, Michał i Maciej zjechali z drogi i po łące porośniętej piękną zieloną trawą pokonali jakieś 80 metrów. Mała rzeczka, która pojawiła się przed nimi, dla defendera nie stanowiła żadnej przeszkody. Podobnie jak podmokły odcinek terenu, na którym woda sięgała wysokości może pięciu centymetrów. Chciałoby się powiedzieć, że Defe szedł jak burza, gdy nagle zapadł się gwałtownie w błoto, które niemal zaczęło auto wsysać.
 

- Nawet na reduktorze, na zablokowanych mostach Defe nawet nie drgnął, koła były tak zatopione w bagnie i zaklejone – opowiadał Michał. – Maciej nauczył mnie, że w takich sytuacjach trzeba wołać Socorroooo!
 

Wołanie o pomoc usłyszał jakiś człowiek jadący drogą. Niestety, nic nie wskórał. Za to obiecał przysłać ciągnik. O piątej rano. Potem zatrzymał się kolejny miejscowy, też nic nie zdziałał.
 

Zapadła noc. Przyjaciele rozłożyli swoje namioty - jak zwykle Michał na dolnej platformie auta, Maciej na dachu – i tak nie mogli zrobić nic innego, tylko poczekać na poranek.
 

W nocy spadł śnieg. Napadało jakieś 25 centymetrów. Zrobiło się bardzo zimno. W podtopionym samochodzie nie można było włączyć ogrzewania.
 

- Obudziłem się o pierwszej. Byłem rozpalony, choć przemarznięty. Czułem się, jak sparaliżowany. Nie mogłem się ruszyć. I wtedy zaznałem uczucia, jakbym prawie umarł – z perspektywy czasu łatwo było Michałowi żartować, ale wtedy był naprawdę przerażony.
 

Michał stracił przytomność. Nie wiadomo dlaczego. Kiedy się ocknął, był skostniały. Usiadł po turecku, próbując się rozgrzać. Co chwila zapadał w sen czy raczej stan otępienia, by budzić się zziębniętym, rozgorączkowanym i wystraszonym. I tak godzina za godziną, minuta za minutą - czas wlókł się w nieskończoność.
 

- Żyjesz? – usłyszał nad ranem krzyk z góry
 

- Żyję!
 

- Gdy Michał opowiedział mi swoje nocne przeżycia, to trochę zrobiło mi się głupio, bo słyszałem na dole jakieś dźwięki, jakby postękiwania – relacjonował później Maciej. – Ale czułem też, że samochód się porusza, co znaczyło, że to Michał się rusza, czyli żyje. No to nie schodziłem w nocy na dół, zwłaszcza, że ciężko mi było wyjść z namiotu, który zawalił się pod grubą warstwą swieżego śniegu.
 

O piątej oczywiście żaden ciągnik się nie pojawił. Przejeżdżający drogą ludzie tylko machali rękami do uwięzionych w bagnie podróżników i nawet się nie zatrzymywali. Tak minęło następnych kilka godzin.
 

- Ustaliliśmy, że nie piszemy do pana Piotra, bo poruszy niebo i ziemię. Poradzimy sobie sami – opowiadali, śmiejąc się. – Doszliśmy do wniosku, że jeszcze jedną noc przetrzymamy, jak nic się nie zmieni, to wtedy napiszemy.
 

Wreszcie na łąkę wjechała biała toyota hilux. Z dyrektorem firmy specjalizującej się w budowaniu dróg – Señorem Santiago Luperdi Calderonem. Toyota nie dała rady wyciągnąć defendera. Ściągnęli drugą. Koła obu samochodów boksowały w błocie, ale Defe nadal się nie poruszył.
 

- Widzę w oczach dyrektora zwątpienie i chęć rezygnacji – relacjonował Michał. – Mówię do Maćka: musimy ich zatrzymać. Mieliśmy poduszkę, która działa jak lewarek. Trzeba było ją wsunąć pod samochód i podpiąć pod wydech, żeby podniosła przód auta. Maciek wjechał swoim wózkiem w to błoto, wpadł po środek kół i zaczął manewrować z tą poduszką. Tamci, jak zobaczyli jego starania, z podwójną energią zabrali się za wyciąganie nas z bagna.
 

Uniesiony nieco defender, ciągnięty przez dwa hiluxy, wytoczył się wreszcie z błota. A wtedy utknęła w nim jedna z toyot. To land rover ją wyciągnął. Pozostał jeszcze Maciek, który ugrzązł w bagnie ze swoim wózkiem. Tu jednak wystarczyła tylko pomoc jednego z kierowców.
 

Jak w rodzinie
 

Ubłocone wózki Michała i Macieja oraz Defe oczyściły się w strumykach, które raz po raz pojawiały się na drodze do Puente del Inca. Inkaski mostek upleciony z trawy ichu, podróżnicy podziwiali z okien samochodu. Niestety, dotarcie na sam mostek okazało się niemożliwe dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. Z niezwykłym spokojem i pokorą Michał i Maciej traktują ograniczenia, które napotykają po drodze i które uniemożliwiają im zobaczenie z bliska, a czasem zobaczenie w ogóle niektórych miejsc. Najważniejsze jednak jest bycie w podróży, możność przemieszczenia się – podkreślają za każdym razem, gdy rozmawiamy.
 

I tak, ciesząc się swoim podróżowaniem, dotarli do Cuzco, gdzie równie wielką radość sprawił im mój znajomy z okresu wyprawy Canoandes – Duilio Velutino. Przyjaciele, pod nieobecność gospodarza, zamieszkali w jego domu w Świętej Dolinie Inków.
 

- Przyjęto nas jak rodzinę – opowiadali o spotkaniu z sąsiadami i opiekunami domu, z którymi szybko się zaprzyjaźnili.
 

Niełatwo było się z nimi rozstać. Tym bardziej, że pożegnalna kolacja skończyła się dla nieostrożnych Europejczyków poważnymi dolegliwościami żołądkowymi. Po odbyciu pokuty dotarli do Limy, gdzie równie serdecznie przyjęto ich w polskiej ambasadzie.
 

Wkrótce przyjaciele ruszają do Pucallpy, aby zrealizować kolejny cel – zobaczyć Amazonkę.
 

Tekst: Piotr Chmieliński, Waszyngton, 20 luty, 2017