Tomasz Gudzowaty pokazuje meksykański fenomen lucha libre – walki, teatru i cyrku jednocześnie.

Nikt nie zna twarzy  kryjącej się pod maską zawodnika lucha libre. Czasem też prawdziwego imienia. To pseudonim ściąga fanów na areny takie jak La Loba w Chimalhuacán.

Meksykanie kochają piłkę nożną, corridę i lucha libre, choć w różnej kolejności. Ci, którzy lucha libre stawiają na pierwszym miejscu, na pojedynek przyprowadzają całe rodziny. Żeby zająć dobre miejsce w La Loba, czasem trzeba się tam pojawić sześć godzin przed walką. Nikt jednak nie narzeka, bo Meksykanie dla lucha libre są skłonni do poświęceń. Na walki przychodzą nawet trzy razy w tygodniu. Nieważne, czy afisz zapowiada starcie między mężczyznami, kobietami (lucha femenina), karłami (lucha de enanos) czy homoseksualistami (lucha de los exoticos).

W 2002 r. na plakatach po raz pierwszy pojawili się Los Hermanos Trauma. Kiedy do Meksyku przyjechał Tomasz Gudzowaty, w La Loba zdobywali popularność. Fotograf zaproponował im udział w projekcie Beyond the Body poświęconemu sportom odległym od głównego nurtu. – Jak sama nazwa wskazuje, w sporcie interesuje mnie to, co wykracza poza fizyczność, inaczej mówiąc: meta-fizyka – wyjaśnia Tomasz Gudzowaty.

Meksykanie sami przyznają, że lucha libre to nic innego jak circo, maroma y teatro, czyli „cyrk, fikołki i teatr”. Ciosy luchadores są przerysowane, a impet kopnięć idzie zwykle w podłogę,  a nie w przeciwnika. W walce nie chodzi bowiem o krew, lecz efektowny pojedynek. Patada voladora, filomena – każdy cios ma swoją nazwę. Każdy łączy elementy różnych akrobacji, których luchador wyuczył się w szkołach walki i udoskonalił, nadając im indywidualny charakter.

– amerykańscy wrestlerzy są komiksowo przerysowanymi osiłkami, tymczasem luchadores kojarzą się z duchami i półbogami jakiejś bliżej nieokreślonej religii – tłumaczy Tomasz Gudzowaty. – Nie chodzi tylko o maski, ale także, na przykład, o „powietrzny” styl walki.

Są więc zawodnicy, którzy do mistrzostwa opanowali rozmaite skoki z lin otaczających ring. Inni specjalizują się w efektownych saltach wykonywanych przy okazji kopnięć czy ciosów.

– Los Hermanos stosują dużo dźwigni i uderzeń otwartą dłonią. Walczą w sposób techniczny i twardo stąpają po ziemi, co przy panującej dziś modzie na ekstremalny styl „powietrzny” stanowi cechę wyróżniającą – mówi autor zdjęć.

Wszystko po to, by publiczność oszalała na ich punkcie i wstawała z miejsc, kiedy wchodzą na arenę. Podczas pojedynku rozemocjonowani kibice będą się darli, płakali, rwali włosy z głowy, patrząc na spektakl rozgrywający się na ringu.

Luchadores nie zawsze noszą maski. Nie zawsze też walki odbywają się w parach. Los Hermanos Trauma zazwyczaj występują jako drużyna, kiedy na arenie ściera się trzech zawodników, albo podczas batallas campales, kiedy walczy ze sobą nawet do 12 osób. Są jeszcze luchas de los enjaulados, czyli wszyscy okładają wszystkich we wnętrzu klatki. Niezależnie od liczby osób na ringu podstawowa zasada mówi, że w jednym czasie może odbywać się tylko jedna walka między dwoma zawodnikami. Jednym  z nich zawsze będzie tecnico, czyli ten dobry, który respektuje przepisy, drugim zaś rudo, z założenia nieprzestrzegający zasad, tak jak Los Hermanos Trauma. W każdej chwili mogą zatem włączyć się do walki na trzeciego, czwartego. Mogą okładać przeciwnika poza ringiem, co oficjalnie jest zakazane, przy żywym aplauzie publiczności. Jeśli na dodatek sędzia sprzyja zawodnikom rudo, mogą czuć się naprawdę bezkarni. Bo w lucha libre nikt nie oczekuje od sędziego bezstronności. Jest on taką samą częścią spektaklu jak zawodnicy i konferansjerzy, którzy też do obiektywnych nie należą. Ważne, by ich komentarze podkręcały reakcje publiczności. Ya no la quiero ni con pollo – krzyczą, gdy luchador zbyt długo okłada pięściami i kopie swego przeciwnika. Znaczy to, że komentator nie chce dłużej oglądać tej walki, nawet gdyby mu dali kurczaka na przekąskę.




W Lucha libre zasady są po to, aby je spektakularnie łamać, pewnych granic jednak się nie przekracza. Rudo nie może np. wykonać ciosu martinete, czyli złapać przeciwnika w pasie głową do dołu i cisnąć nim o ziemię. Sędzia, niezależnie od tego, po czyjej jest stronie, musi ratować kark zawodnika. Ale śmierć lub kalectwo może zadać całkiem przepisowy cios. Takie przypadki choć niezbyt często, jednak się zdarzają. Pojedynki bowiem nie odbywają się na czas i punkty, lecz do dwóch lub trzech upadków. Chodzi o to, by w jakiś sposób położyć przeciwnika na macie i przytrzymać przez trzy sekundy. Jako upadek liczy się też 20-minutowa nieobecność na ringu. Wojownicy lucha libre mają swoje sposoby, by wysłać tam zawodnika i zdobyć cenne punkty. W zwykłej walce nie chodzi jednak o to, by wygrać, bo zwycięzca najczęściej nie dostaje żadnej nagrody. Celem jest nie przegrać. Jeśli przegra cabellera, czyli zawodnik bez maski, zwycięzca goli mu pasmo włosów. Reszty czupryny pozbawia go dyżurny fryzjer. Przegrany człowiek w masce traci znacznie więcej. Na oczach widowni musi ją zdjąć i ukazać twarz. Zdarza się, że dopiero wtedy publiczność poznaje jego prawdziwe imię. Maskę Villano III na oczach tysięcy płaczących fanów rozsznurowywał jego ojciec, były zapaśnik. – Jak się nazywasz? – zapytał komentator. – Arturo Mendosa – odparł zawodnik. Bo wraz z maską stracił swój pseudonim. Jego maska już nigdy nie pojawi się na ringu.

Los Hermanos Trauma na razie jedynie zrywają maski innym zawodnikom. – Publiczność nie zna ani ich twarzy, ani imion – dodaje Tomasz Gudzowaty. – To, że młodszy z braci pozwolił mi się sfotografować bez maski (choć na zdjęciu nie widać za dużo, zgodnie z jego życzeniem), uważam za dowód szczególnego zaufania i sympatii.

Historia lucha libre pamięta zawodników niezwyciężonych. O El Santo Meksykanie mówią, że „umarł w masce”. Luchador postrach siał nie tylko na ringu, ale i w kinie. Czasem sam, czasem z innym niezwyciężonym, Blue Demonem, stawiał czoło wampirom, Drakuli, pokonał córkę Frankensteina... W sumie nakręcił ponad 50 filmów!  

Dzisiejsi luchadores poza ringiem występują w telenowelach, tańczą z gwiazdami jak Latin Lover, otwierają bary jak El Shocker. Również Los Hermanos Trauma żyją dzięki lucha libre.

– Lucha libre profesional to z definicji sport zawodowy i biznes – tłumaczy fotograf. – Może zawodnicy nie są w nim największymi rekinami, ale wszystko kręci się wokół nich. Federacje to dobrze zorganizowane przedsiębiorstwa, których celem jest jak najlepiej sprzedać widowisko.

Dokąd sława zaprowadzi Los Hermanos Trauma i innych zawodników z La Loba w Chimalhuacán? Czas pokaże...