Fotoreportaż „10 dolar fight” został wyróżniony w ubiegłorocznej, IV edycji Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic.

Potężne kopnięcie w głowę powala zawodnika na deski. Koniec walki. Tłum szaleje, a muzyka przyspiesza. Nieprzytomny bokser leży, jego trener sprawdza mu puls i próbuje cucić. Po kilku minutach zawodnik chwiejąc się, wstaje. Z rozciętego łuku brwiowego leje się krew. Na miejscu jest człowiek, który opatruje skaleczenia. Tym razem wszystko kończy się kilkoma szwami. Dawniej walka byłaby bardziej krwawa. W tradycyjnym khmerskim boksie reguły niemal nie istniały. W XX w. trochę go ucywilizowano, wprowadzając wiele elementów z boksu angielskiego: podział na rundy (wcześniej walka trwała do czasu, aż jeden z zawodników poddał się lub nie był w stanie bić się dalej), kategorie wagowe, zamknięcie walki w ringu, rękawice dla zawodników. Zakazano też niektórych ciosów, w tym atakowania przeciwnika głową.
Nękana wojnami od blisko 30 lat Kambodża jest wyniszczona i skorumpowana. 65 proc. mieszkańców kraju to analfabeci. Większość ludności żyje w skrajnym ubóstwie, a przeciętny roczny dochód nie przekracza 250 dolarów na głowę. W latach 70. XX w. tradycyjna sztuka walki zwana Pradal Serey była zakazana przez komunistyczny reżim Czerwonych Khmerów, jednak od początku lat 90. powstaje coraz więcej aren i szkół khmerskiego boksu. Klubów funkcjonuje dziś ponad setka, a zarejestrowanych zawodników – 300. Tych nieoficjalnych jest dużo, dużo więcej. Pochodzą głównie z ubogiej prowincji, gdzie poza walką nie ma wielu innych dróg zdobycia środków utrzymania.
A pojedynki są brutalne, najczęściej kończą się nokautem. To jednak nikogo tu nie zniechęca, zwłaszcza że oprócz pieniędzy nagrodą jest szacunek lokalnej społeczności.
Walkę oglądam w otoczonej spiętrzoną masą „zaparkowanych” rowerów i motorów Arena Boxing w Phnom Penh. Cena biletu – pół dolara. W centrum hali oświetlony ring, a na nim dwaj przeciwnicy. Trybuny sięgają prawie sufitu. Z jednej strony zamiast nich jest miejsce przypominające scenę, na której siedzą VIP-y i kilkuosobowa orkiestra. „Wściekłe” bębny i tradycyjne instrumenty dęte ogłuszają. Tempo muzyki się zmienia – motywuje zawodników, to znów pomaga im w koncentracji.
Przeciskam się przez tłum, bliżej ringu. Gong! Rywale schodzą do narożników, by chwilę odpocząć przed następną rundą. Kolejni młodzi mężczyźni szykują się do starcia. Trener obwiązuje ramię boksera cienką przepaską zwaną kruang rang, która ma mu zapewnić szczęście. Zawodnicy kłaniają się swoim szkoleniowcom i wchodzą na ring. Klękają twarzą zwróconą w kierunku miejsca, gdzie znajduje się reprezentowana przez nich szkoła, i odmawiają krótką modlitwę. Potem wstają i zaczynają tańczyć. Wyglądają jak początkujący uczniowie kursu tanecznego liczący w myśli kroki. Każda szkoła ma charakterystyczny dla siebie układ ruchów. Zawodnik w ten sposób wyraża swój szacunek dla tradycji, trenera i rodziny. Poprzez taniec oddaje także cześć Bogu i przygotowuje się psychicznie do walki.
Rozpoczyna się starcie. „Bukmacherzy” przestają przyjmować zakłady. Widzowie głośno dopingują swoich faworytów. Zawodnicy zaczynają wolno, szukając słabych punktów przeciwnika. Dla kilku dolarów zaryzykują zdrowie, a może i życie.