Mieszkańcy małej miejscowości w Słowenii są serdeczni, ale targają nimi mieszane emocje – codziennie tysiące uchodźców przetaczają się przez ich ulice.

Tekst Meghan Collins Sullivan
Zdjęcia Ciril Jazbec

 

Rigonce, małe miasteczko w Słowenii było cichym, nieco sielankowym miejscem na granicy z Chorwacją. Rolnicy uprawiali ziemię, a sąsiedzi ciepło pozdrawiali się na ulicach. To wszystko zmieniło się tydzień temu.
 

Jednej nocy muczenie krów, pianie kur i odgłosy traktorów ustąpiły rykowi silników czołgów, poleceniom wydawanym po arabsku i niekończącemu się szumowi łopat helikopterów.
 

To właśnie tędy tysiące migrantów – głównie uchodźców z ogarniętych wojną Syrii, Afganistanu i Iraku szły w kierunku Unii Europejskiej – do Niemiec i Austrii. Większość z nich w podróży była od kilku miesięcy – przemieszczali się łodziami, pociągami oraz piechotą, zanim tu dotarli. Byli też miesiące za innymi, którzy wcześniej dostali się do Europy przez Syrię i Węgry. Ale kiedy Węgrzy zamknęli swoją granicę z Serbią, migranci zmienili trasę. I tak wylądowali w Rigonce, miasteczku z 176 mieszkańcami, w większości katolikami. Jego władze przekonują, że przeszło przez nie 70 tys. migrantów.
 

– To katastrofa – powiedział 19-letni Janja Hribar. – Nasze krowy uciekły.
 

Kiedy pierwszy raz się tu pojawili, migranci przelewali się główną ulicą, która jest tak wąska, że ledwie mijają się dwa auta. Stoi przy niej około 20 domów z ogródkami, w których rośnie sałata czy kapusta. Po drodze migranci wyrzucali śmieci, przykrywając kraj warstwą plastikowych butelek, papieru, koców i ubrań.
 

Wieśniacy byli przytłoczeni. Wielu z nich mieszkało tu od pokoleń. Wychodzili z domów, stawali przy płotach i patrzyli się ze zdziwieniem.
 

– Wcześniej to było spokojne miejsce, bezproblemowe – mówi mieszkaniec Branko Proselc. - Nie zamykaliśmy domów, aut, traktorów. Mieszkamy przy granicy, ale nigdy nie mieliśmy z tym kłopotów.
 

Tymczasowy tłum zebrał się w polu, wygrodzonym barierkami i kordonem policji. Tam czekali na decyzję, czy mogą iść dalej – do obozów dla uchodźców w Niemczech i Austrii.
 

Wielu mieszkańców wsi chciało udzielić im gościny. – Widziałem pokojowo nastawione twarze, współczuliśmy rodzinom z dziećmi – mówi Proselc, który próbował razem z władzami znaleźć sposób na dostarczenie migrantom zapasów czystej wody do hydrantów na polach.
 

Ale nie było tak spokojnie. Grupa młodych ludzi ciągle wszczynała bójki.


– Byli głośni, straszyli ludzi – mówi Proselc. – Rodziny z dziećmi się ich bały.
 

Stłoczeni, migranci chowali się pod kocami, bo po zmroku temperatura spadała poniżej zera. Palili śmieci, by się ogrzać, co martwiło mieszkańców.
 

– W nocy, kiedy palą plastikiem, robi się problem – mówi 63-letni Stanko Vucajnk, lokalny emeryt. – Od tego dymu zacząłem kaszleć, musiałem brać antybiotyk. Na pewno jest sposób, by zamiast plastikiem palili drewnem.
 

Niektórzy mieszkańcy zastanawiali się nawet, czy nie ściąć wcześniej upraw zboża i kukurydzy, zanim ulegną skażeniu. – Jesteśmy rolnikami, żyjemy z tej ziemi, a to mała wieś – mówi Albin Jurkas, emerytowany żołnierz. – Niektórzy z tych ludzi są chorzy, przynoszą do Europy różne choroby. I to wszystko po nich już tu zostanie.
 

Od początku 2015 roku do Europy dostało się ponad 700 tys. migrantów i uchodźców.
 

– Nie jesteśmy niecierpliwi, nie jest dla nas problemem to, jakiej narodowości są ci ludzie, ale nie wiemy, czy oni tu zostaną, czy pójdą dalej – mówi Proslec.
 

Wielu we wsi pochodzi z rodzin, które wiedzą, co to znaczy być przesiedlonym. Najstarsi mieszkańcy Rigonce, włączając w to ojca Prosleca, mają za sobą obozy pracy w nazistowskich Niemczech.
 

Dlatego też niektórzy z nich zajęli się pomocą migrantom. Ana Petric, 57-letnia sprzątaczka, udostępniła swój ogródek organizacji pozarządowej, która gotowała dla uchodźców posiłki.
 

Anka Vucajnk zadbała o ubrania dla dzieci. Twierdzi też, że jej pięcioletni syn taszczył 11 litrów wody na pole zanim uruchomiono jej dostawy za pomocą hydrantów. Dzieci i tak nie mogły chodzić do szkoły, bo autobus nie miał jak przejechać przez główną ulicę.
 

I o ile większość mieszkańców Rigonce nie wyrażała niechęci względem migrantów, o tyle stawali się wściekli na myśl o tym, skąd ci ostatni przyszli – z Chorwacji.
 

– Słowenia i Chorwacja nie współpracują – mówi Jurkas. – Chorwacja wysyła do nas wielu uchodźców. Nie byliśmy gotowi, bo nikt nam nie powiedział, że oni tu przyjdą. To było dla nas zaskoczenie.
 

Podczas pierwszych dni napływu migrantów do wsi, przybywali w tysiącach, wylewając się z pociągów, idąc pieszo przez granicę z Choracją. Nie do końca wiedzieli, gdzie powinni iść. Wielu z nich błądziło.
 

Prezydent i rząd Słowenii zastanawiali się nad wzniesieniem płotu wzdłuż granicy z Rigonce, jednak wielu mieszkańców się temu sprzeciwiło. Niektórzy sugerowali, że takie rozwiązanie powinny zastosować raczej Grecja i Turcja. Inni przekonywali, że migrantów powinno się przepuścić do Niemiec i Austrii. Ale nawet ci ostatni zastanawiali się, co będzie, gdy Niemcy zaczną odsyłać imigrantów z Afganistanu, by zniechęcić ich przed dalszym napływem.
 

– Jeśli Niemcy i Austria zamkną granice, nie damy sobie rady z tymi ludźmi – mówi Proselc. – Od samego początki żyjemy w strachu. Jak będzie wyglądało nasze życie, gdy oni tu zostaną?
 

Martwi się też o przyszłość Europy. – Jest ich tak wielu, że boję się, iż ich dalszy napływ oznaczać będzie koniec spokoju w krajach, do których idą. Razem z nimi przyjdą rzeczy, których tu nie chcemy.