Kulisy śmiercionośnego ataku pewnego kartelu na meksykańskie miasteczko w pobliżu granicy Teksasu – i amerykańskiej akcji antynarkotykowej, która do niego doprowadziła.

Nie można nie zauważyć, że w Allende doszło do czegoś strasznego. Całe kwartały miasta leżą w gruzach. Po rezydencjach, niegdyś pomalowanych w krzykliwe kolory, pozostały szkielety z ziejącymi w ścianach dziurami, osmalonymi sufitami, popękanymi blatami z marmuru i powywracanymi kolumnami. Między gruzami poniewierają się pokryte błotem resztki życia, które rozerwano na strzępy – buty, zaproszenia na śluby, leki, telewizory, zabawki.

W marcu 2011 r. to ciche ranczerskie miasteczko, liczące ok. 23 tys. mieszkańców, a położone zaledwie 40 min jazdy od granicy Teksasu, zostało zaatakowane. Bandyci z kartelu Zetas, jednej z najbrutalniejszych organizacji zajmujących się handlem narkotykami, przeszli przez Allende i pobliskie wioski jak gwałtowna powódź, demolując domy i firmy, porywając i zabijając dziesiątki, może nawet setki mężczyzn, kobiet oraz dzieci.

Jednak w przeciwieństwie do większości meksykańskich miejsc spustoszonych przez wojnę narkotykową to, do czego doszło w Allende, nie zaczęło się w Meksyku, tylko w Stanach Zjednoczonych. Praprzyczyną był niespodziewany sukces, jaki odnotowała Drug Enforcement Administration (DEA – agencja do walki z narkotykami). Oto pewien agent przekonał wysoko postawionego członka Zetas do przekazania numerów identyfikacyjnych telefonów komórkowych umożliwiających ich śledzenie, a należących do dwóch najbardziej poszukiwanych szefów kartelu – Miguela Ángela Treviño i jego brata Omara.

Potem DEA podzieliła się tymi informacjami z jednostką meksykańskiej policji, która od dawna miała problem z przeciekami. Bracia Treviño prawie natychmiast dowiedzieli się, że zostali zdradzeni. I przystąpili do zemsty na domniemanych donosicielach, ich rodzinach i wszystkich osobach choćby luźno z nimi związanych.

Ich okrucieństwo w Allende było o tyle zaskakujące, że bracia nie tylko prowadzili w pobliżu część swoich działań – każdego miesiąca przewożąc przez ten rejon narkotyki i broń o wartości dziesiątków milionów dolarów – ale też obrali miasteczko za swoją siedzibę.

Przez całe lata po masakrze meksykańskie władze prowadziły w tej sprawie zdawkowe, powierzchowne śledztwo. Wzniesiono w Allende pomnik ofiar, nie wyjaśniając do końca, jaki los je spotkał. Władze amerykańskie pomogły w końcu Meksykowi złapać braci Treviño, ale nigdy nie uznały miażdżącego kosztu, jaki się z tym wiązał. Mieszkańcy Allende cierpieli na ogół w milczeniu, zbyt przestraszeni, by wypowiadać się publicznie.

Rok temu organizacja ProPublica i National Geographic postanowiły zebrać informacje na temat wydarzeń w miasteczku w stanie Coahuila. Pozwolić tym, którzy odnieśli największe krzywdy, i tym, który przyczynili się do ataku, opowiedzieć historię własnymi słowami, często narażając się na ogromne ryzyko osobiste. Takie głosy były rzadko słyszane podczas wojny narkotykowej. Miejscowi urzędnicy, którzy opuścili swe placówki, rodziny stające się ofiarami kartelu i swoich własnych sąsiadów, członkowie kartelu, którzy współpracowali z DEA i zobaczyli zamordowanych swych bliskich i przyjaciół, amerykański prokurator, który nadzorował tę sprawę, agent DEA, który prowadził dochodzenie i który ma powiązania rodzinne po obu stronach granicy. Wypytywany o swoją rolę ów agent, Richard Martinez, wcisnął się w fotel, a w jego oczach zaszkliły się łzy.

– Co sądzę o wycieku tej informacji? Wolałbym o tym nie mówić, jeśli mam być szczery. Chcę raczej na tym poprzestać. Wolałbym nie mówić.