Rola dziecka w ludzkiej społeczności zmieniała się na przestrzeni wieków. Nigdy jednak nie była tak znacząca jak dziś. Świat wyraźnej opozycji dziecko – dorosły odchodzi w przeszłość. Granice pomiędzy tymi dwoma etapami życia człowieka powoli się zacierają.

Co dzieci muszą robić? Można zapytać o to je same:
 

Dzieci muszą jeść zupę, to ich obowiązek; a jeść słodycze to prawo (Kacper, 6 lat). Lepiej spytaj, co to znaczy opiekować się dzieckiem. To dawać mu się bawić (Ida, 4 lata).I dawać mu jeść, zmieniać pieluchy, chodzić na lody, pizzę, do kina (Ewelina, 10 lat). Dorośli muszą dzieciom kupować ubrania, dawać pieniążki (Łukasz, 13 lat).No i lekarstwa, gdy są chore (Kacper, 6 lat). Jak dzieci są chore, jeden dorosły musi z nimi zostać, a drugi iść do pracy (Ida, 4 lata).
 

Takich odpowiedzi udzieliły polskie dzieci na pytania o ich prawa oraz o obowiązki dorosłych wobec nich. Dziś już trzyletnie dzieci uczone są w przedszkolach, co im wolno. W listopadzie 1989 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Konwencję o prawach dziecka, ratyfikowaną także przez Polskę. – W naszym kraju, podobnie zresztą jak i w całej Europie, dzieci zyskują coraz bardziej znaczącą pozycję w rodzinie – mówi dr hab. Beata Łaciak z Uniwersytetu Warszawskiego, socjolog, która bada świat społeczny dzieci we współczesnej Polsce. – Są traktowane osobowo, mają więcej praw, otacza się je dobrami. W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, a w efekcie dorośli coraz bardziej się na nich skupiają. Kierują do nich reklamy, przekonują o wartości zakupów i wszechstronnie edukują. Dzieciństwo jest bardziej komfortowe, ale jednocześnie coraz mocniej obciążone obowiązkami. Edukacja zajmuje dziś 10–12 godzin dziennie! Zastraszająco duża jest liczba dodatkowych zajęć. I to wprowadzanych bardzo wcześnie. Dzieci szybko wkraczają w świat dorosłych. Ten proces zaczął się już w okresie PRL-u, ale gwałtownie przyspieszył po roku 1989, gdy wprowadzono kapitalizm.
Ile więc trwa dzieciństwo dziś, a ile trwało kiedyś? Według ONZ „dziecko” oznacza każdą istotę ludzką w wieku poniżej 18 lat, chyba że zgodnie z prawem odnoszącym się do dziecka uzyska ono wcześniej pełnoletność. W rzeczywistości ta definicja nie jest przyjmowana tak rygorystycznie.
 

– Polskie prawo karne traktuje jak dorosłych osoby, które ukończyły 17 lat. A rozpatruje się projekt obniżenia tej granicy do 15 lat – mówi Beata Łaciak. – Zakazane jest współżycie seksualne z osobą poniżej 15. roku życia. Jeśli sąd zezwoli, kobieta może jednak wyjść za mąż już w wieku 16 lat, zyskując pełnię praw obywatelskich. Ja na użytek badawczy określam jako dziecko osobę przed okresem dojrzewania, czyli 11–12-letnią.
 

Inni naukowcy za kres dzieciństwa uznają osiągnięcie samodzielności. W takim ujęciu dzieckiem może być nawet 40-letni kawaler, który wciąż pozostaje na garnuszku mamusi.
– Dzisiaj obserwuję dwa przeciwstawne procesy – opowiada Beata Łaciak. – Z jednej strony wydłuża się okres niesamodzielności. Ludzie bardzo długo są na utrzymaniu rodziców. Z drugiej jednak dzieciństwo zrobiło się bardzo krótkie, ponieważ małe dzieci bardzo szybko wkraczają w świat dorosłych. Właściwie to zaciera się granica między tymi sferami. Jeszcze do niedawna dzieci chroniono np. przed przemocą czy erotyką. Dziś takie wątki pojawiają się w bajkach. Można wręcz mówić o powrocie do punktu wyjścia, do czasów, gdy światy dziecka i dorosłego nie były oddzielone.
 

W starożytności, najogólniej rzecz biorąc, okres przed pełnią dorosłości dzielono na: niemowlęctwo, dzieciństwo i młodzieńczość. Niemowlęta zazwyczaj nie miały żadnych praw.  – W starożytnej Sparcie kobiety myły nowo narodzone dzieci nie wodą, lecz winem, aby sprawdzić ich kondycję. Uważano, że dzieci chore na epilepsję po zetknięciu się z czystym winem dostawały konwulsji – opowiada dr Jerzy Sulim, etnograf. – Jeśli dziecko nie przeszło pozytywnie drobiazgowych badań przeprowadzanych przez konsylia starszyzny, jeśli źle wyglądało, było zniekształcone i pomarszczone, skazywano je na śmierć przez zrzucenie z wysokiej skały.
 

W całej starożytnej Grecji przyjmowano, że syna wychowuje się zawsze, nawet jeśli jest się biednym, córkę zaś można porzucić, nawet jeśli jest się bogatym. Bardzo często zdarzało się, że niechciane bobasy wkładano do glinianych naczyń i wynoszono do lasu. Podobna sytuacja panowała w Egipcie. Tu istniała pewnego rodzaju „reguła urodzin” polegająca na tym, że jeśli dziecko nie rodziło się w określonym terminie, zaraz po porodzie można się go było pozbyć tak jak wybrakowanego przedmiotu. Zachował się list z 1 r. n.e., w którym Egipcjanin Hilarion pisał do żony: musisz wiedzieć, że jestem jeszcze w Aleksandrii. Nie niepokój się! (…) gdybyś urodziła, to jeśli będzie chłopiec, zostaw, jeśli dziewczynka, wyrzuć.
 

– Dziecko było całkowicie zależne od ojca – mówi prof. Dorota Żołądź-Strzelczyk, historyk wychowania z Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu i autorka książki Dziecko w dawnej Polsce. – On miał prawo przyjąć je do rodziny lub odrzucić, ukarać je, a czasem nawet zabić. Już w starożytności przyjął się – dla nas trudny do zaakceptowania – zwyczaj krępowania niemowląt powijakami. Wełnianymi opaskami owijano: palce, ramiona, nadgarstki, klatkę piersiową, nogi najpierw osobno, a potem jeszcze raz razem, stopy, kostki... – Niejednokrotnie dziecko było tak mocno skrępowane, że nie mogło się ruszać – mówi prof. Żołądź-Strzelczyk. – W założeniu miało to chronić przed skrzywieniem różnych części ciała. Często jednak prowadziło do wywichnięcia stawów.
 

Zwyczaj ten był popularny jeszcze w XVIII-wiecznej Francji. Skutki takiego opakowania były jak najgorsze – pisze Elisabeth Badinter w Historii miłości macierzyńskiej. – Pasy okrężne wbijają swoje ostre brzegi w skórę niemowlęcia i kiedy się je rozwija, całe ciałko okazuje się poorane, zaczerwienione i poranione. Zwoje bielizny wpychane między uda powodują to samo i przeszkadzają w odpłynięciu moczu i ekskrementów od ciała. Stąd zaczerwienienia i skrofuliczne wrzody. (...) Tak opakowane dziecko przez większość czasu zanosiło się od płaczu i dostawało konwulsji.
 

– W Polsce ten zwyczaj nie był tak powszechny – opowiada prof. Żołądź-Strzelczyk. – Zachowała się nawet relacja podróżnika francuskiego, który pisze, że polskie dzieci rzadko płaczą i zdaje się, że to dlatego, że się ich nie obwija powijakami. Mają wielką swobodę ruchów, podczas gdy we Francji są jak spętane. – Wśród niemowląt panowała ogromna śmiertelność. Wiele umierało z braku higieny i leków. Szacuje się, że w dawnej Polsce dorosłość osiągało średnio co trzecie dziecko. Maria Kazimiera, słynna ze swej urody Marysieńka, pierwszemu mężowi, Janowi Zamoyskiemu, urodziła trzy córeczki – wszystkie zmarły w dzieciństwie. Z Janem III Sobieskim miała czternaścioro dzieci, z których do dorosłości przeżyło jedynie czworo.
 

Elisabeth Badinter twierdzi, że śmierć dziecka była w dawnych czasach odbierana jako niemal banalny wypadek, który zrekompensują następne narodziny. A w księgach, w których ojciec rodziny spisywał i komentował wszystkie wydarzenia dotyczące swoich bliskich, zgony dzieci są albo odnotowane bez komentarzy lub przy akompaniamencie pobożnych formułek, inspirowanych, jak się wydaje, bardziej przez uczucia religijnie niż przez rozpacz.
 

Tymczasem w historii Polski, jak udowadnia prof. Żołądź-Strzelczyk, można odnaleźć przykłady prawdziwego smutku po śmierci dzieci. – Najsłynniejsze są Treny Jana Kochanowskiego, który opłakuje śmierć swej 2,5-letniej córeczki:
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.
 

Mamy też zapiski w prywatnych pamiętnikach. Z XVII w. znane są np. refleksje Chrapowickiego po śmierci córki: O dzień nieszczęśliwy w domu naszym, któregośmy najmilszą córeczkę naszą Ludowisię przebyli, jedyną pociechę rodziców nas utrapionych, o czym pisać żal nie dopuszcza niewymowny. Wydaje się, że jak zawsze, bywało różnie. Wszystko zależało od rodziców, ich uczuciowości, stosunku do dziecka.
 

Jeśli dziecko przetrwało okres niemowlęcy, dość szybko wchodziło w świat dorosłych. W starożytności i średniowieczu obie sfery  nie były wyraźnie od siebie oddzielone. – Nie istniały zabawy dziecięce – tłumaczy prof. Żołądź-Strzelczyk. – Proszę pamiętać, że wówczas ludzie nie chodzili do kina, teatru, nie słuchali radia, nie oglądali telewizji, większość też nie czytała książek. Długie zimowe wieczory dorośli wypełniali wspólną zabawą. Czasem włączali do niej dzieci. To samo dotyczy zabawek.
 

Jedną z najstarszych zabawek na ziemiach polskich jest grzechotka. Początkowo miała ona wyłącznie funkcję magiczną. Pomagała odstraszać złe duchy. – A ponieważ najbardziej narażone na ich ataki było słabe dziecko, grzechotkę wkładano do kołyski – wyjaśnia prof. Żołądż-Strzelczyk. Jeśli już robiono dzieciom zabawki, to naśladowały one elementy ze świata dorosłych. Mogły to być drewniane koniki czy lalki. – Również dziecięce stroje były odwzorowaniem ubrań dorosłych – dodaje badaczka. – Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki biegali w sukienkach. Dopiero później młodzieńcy przebrali się w spodnie. Na ziemiach polskich za czasów pogańskich istniał zwyczaj postrzyżyn siedmioletnich chłopców. Miał on być społecznie przyjętym kresem dzieciństwa. Chłopca zabierano od matki i oddawano pod całkowitą opiekę ojca. Gdy nasz kraj przyjął chrześcijaństwo, obyczaj ten zaczął stopniowo zanikać. Ale wiek 7 lat, znaczony wypadaniem zębów mlecznych, nadal stanowił pewną cezurę. Mniej więcej od 7. roku życia [dzieci] wkraczały do wielkiej ludzkiej wspólnoty, z młodymi i starymi przyjaciółmi dzieliły powszednie prace i zabawy – pisał Phillippe Aries w Historii dzieciństwa. – W społeczeństwie feudalnym dzieci bardzo wcześnie włączano do życia dorosłych – potwierdza prof. Żołądź-Strzelczyk. – Nie widziano niczego nagannego w wykorzystywaniu pracy dzieci, nawet kilkuletnich. Był to najczęściej wysiłek ponad ich siły. Tak właśnie było na wsi, gdzie dzieci bardzo wcześnie przyuczano do prac domowych i gospodarczych. Córki i synowie chłopów paśli zwierzęta i drób, pomagali w ogrodzie, obejściu i domu. Kręgi bogatsze najczęściej bardziej chroniły dzieci mniej więcej do 7. roku życia. Ale i to nie zawsze.
 

Wśród arystokracji panował zwyczaj zawierania małżeństw dziecięcych. Jadwiga Andegaweńska już w wieku 4 lat zaręczyła się z Wilhelmem Habsburgiem. Gdy jako dziesięciolatka została królową Polski, związek ten anulowano. W zamian, gdy skończyła ledwie 12 lat, nakazano jej poślubić 35-letniego Władysława Jagiełłę.
 

– Przeciętnie za czas dojrzałości do małżeństwa uważano 14–15 lat w przypadku chłopców i 12 lat w przypadku dziewczynek – mówi prof. Żołądź-Strzelczyk.
 

Dopiero w XVI w. nastąpił zwrot w podejściu do dzieciństwa. Elity zaczęły dostrzegać wagę edukacji. Powstałe wtedy zakony jezuitów i oratorian zajmują się nauczaniem, i to nie dorosłych, jak zakony żebracze czy dominikanie w średniowieczu, lecz głównie dzieci i młodzieży – pisze Aries. – Ta literatura i propaganda wpoiła rodzicom poczucie odpowiedzialności przed Bogiem za dusze, a nawet i ciała swoich dzieci. Od tej chwili uznaje się, że dziecko nie jest dojrzałe do życia, że trzeba je poddać specjalnemu reżymowi, swoistej kwarantannie, zanim pozwoli mu się wejść w świat dorosłych. Ta zmiana była jednak dopiero początkiem drogi. Polegała raczej na zyskiwaniu świadomości, że dzieciństwo jest odrębne niż na przyznaniu maluchom praw.
 

Szkoły bywały okrutne. W XVI-wiecznej Anglii nauczyciele sprawowali nad dziećmi całkowitą kontrolę. Kary cielesne uważano za coś zupełnie normalnego. – Zdaniem dzieci szkoła była więzieniem, a nauczyciele bestiami – twierdzi dr Sulim. – Zdarzały się przypadki śmiertelnych pobić chłopców przez opiekunów, którzy nie znali umiaru w wymierzaniu kary. Podobnie sytuacja przedstawiała się w XVII-wiecznej Holandii. Jeśli chodzi o samo nauczanie i kompetencje nauczycieli – nie stawiano im dużych wymagań. – Nikt nie sprawdzał wykształcenia ani poziomu moralnego kandydata na belfra. Bardzo często „nauczyciel” nie potrafił wymienić liter alfabetu ani objaśnić uczniom ich prawidłowej wymowy. Dopiero w 1655 r.wyszło rozporządzenie, które wymagało od nauczycieli umiejętności pisania, czytania, pisma drukowanego i odręcznego, czterech działań matematycznych, śpiewania psalmów i „dobrej” metody nauczania. Oczywiście, szkoły nie były sobie równe. W biednych dzielnicach miejskich była jedna, wspólna klasa, a dzieci kucały na gołej ziemi lub się na niej kładły. W bogatych dzielnicach szkoły składały się z kilku klas, nauczyciel siedział za pulpitem, a dzieci w ławkach – opowiada dr Sulim. Podobnie jak w Anglii, nauczyciel dysponował bardzo bogatym zestawem kar. W szkołach, do których uczęszczały dzieci biedne lub sieroty, w użyciu był pręgierz albo drewniany klocek z odpowiednim otworem, w którym za karę umocowywano nogę malucha. Często musiał chodzić z tym ciężarem po ulicy przez kilka dni.
 

Niemal do końca XVIII w. we Francji  modne było wysyłanie zaraz po porodzie dzieci do mamek na wieś lub na obrzeża miast, by odebrać je stamtąd dopiero po 4–5 latach. Elisabeth Badinter podaje, że w r. 1780 na 21 tysięcy dzieci urodzonych w Paryżu aż 19 tysięcy zostało wywiezionych na prowincję. Najbiedniejsze z nich przechodzą od razu okrutną próbę podróży na wieś – pisze autorka książki Historia macierzyństwa – (...) przewożone są w ścisku, zaledwie nakrytymi wózkami, w takiej liczbie, że nieszczęsne mamki muszą iść za nimi pieszo. Dzieci te, wystawione na zimno, upał, wiatr i deszcz, ssą wyłącznie mleko marnej, wskutek zmęczenia i niedożywienia karmicielek, jakości. Najsłabsze z maleństw nie wytrzymywały takiego traktowania i często przewoźnicy już po kilku dniach wracali, by oddać je martwe rodzicom. (...). Po dotarciu na miejsce były źle karmione, rzadko przewijane, usypiane syropem z maku, brudne i chore.
 

– W Polsce mamki częściej trzymano w domach – prof. Żołądź-Strzelczyk podaje kolejny dowód na nieco lepsze traktowanie dzieci w naszej części Europy.
 

Ale i we Francji nadchodziła przemiana. Co najdziwniejsze, sprawcą jej był człowiek, który własną piątkę dzieci oddał do sierocińca. Nazywał się Jean Jacques Rousseau i w 1762 r. opublikował książkę Emil, czyli o wychowaniu, w której położył podwaliny pod ideę rodziny opartej na miłości macierzyńskiej. Francuskie arystokratki pod jej wpływem zaczęły same karmić piersią swe dzieci. Zaprzestano też krępowania niemowląt powijakami.
 

Stopniowo w całej Europie, w tym i Polsce, górę wzięła nowa koncepcja dzieciństwa. – Kulturowo wydzielono je jako okres niezależny od dorosłości – mówi dr hab. Beata Łaciak. – Uznano za czas niewinności, swobody, który należy chronić. Tematy takie jak przemoc czy seks stały się niewłaściwe dla dzieci. Powstała literatura dziecięca. Wprowadzono obowiązek szkolny.
 

W 1900 r. Ellen Key, Szwedka, opublikowała książkę Stulecie dziecka, w której postulowała, by nadchodzący wiek XX stał się okresem dzieci. Pisała: (...) nowe pokolenie, jego powstanie, pielęgnacja i wychowanie stanie się pierwszorzędnym zadaniem społeczeństwa, że wkoło tego zadania skupiać się będą prawa i obyczaje, urządzenia i instytucje społeczne, że z tego stanowiska wreszcie rozstrzygać się będą wszelkie zawiłe kwestie i uchwalać wszelkie rezolucje. I cytowała słowa współczesnej jej dramatopisarki: Wiek przyszły będzie wiekiem dziecka (...) Gdy zaś dziecko zdobędzie przynależne sobie prawa, moralność się udoskonali.
 

Książka Ellen Key jest dziś uważana za kamień milowy nowoczesnej pedagogiki. Choć bowiem dwie wojny światowe, które zdziesiątkowały ludność Europy po wydaniu Stulecia dziecka, nie oszczędzały również najmłodszych obywateli, to jednak wiek XX rzeczywiście przyznał maluchom takie prawa, jakich nigdy w historii nie miały. W krajach rozwiniętych niemal wszystkie dzieci uczą się w szkołach, a wiele również w przedszkolach. Znęcanie się i wykorzystywanie seksualne są karalne. Maluchy mają zapewnioną bezpłatną opiekę medyczną. Nowe leki zdecydowanie zmniejszyły ich śmiertelność. W Polsce nie przekracza ona już 0,7 proc. (w porównaniu do 65 proc. w dawnych czasach!).
 

– Można też mówić o procesie „wyzwalania się” dzieci – twierdzi Beata Łaciak. – Badani przeze mnie rodzice mówią, że swoje dzieci wychowują bardziej liberalnie, niż sami byli wychowywani. Twierdzą też, że więcej rozmawiają i mają z nimi lepszy kontakt. Dzieci jest coraz mniej, przez co zyskują coraz bardziej znaczącą pozycję w rodzinie.
 

Współczynnik dzietności – czyli liczba nowo narodzonych dzieci przypadająca na jedną kobietę – systematycznie się zmniejsza. W dawnej Polsce rodziny miały średnio 3–5 dzieci (nie licząc tych, które zmarły). W roku 1960, gdy prowadzono już oficjalne statystyki, na jedną kobietę przypadało 2,98 dziecka. W roku 1990 liczba ta spadła do 1,99, a w 2005 – do zaledwie 1,24! Kobiety później też decydują się na pierwsze dziecko.
 

Wiek pierwiastek w r. 1970 wynosił średnio 22,5 roku, a w 2005 – 25,4. W dużych miastach, wśród inteligencji, jest on jeszcze wyższy. Kobiety często decydują się na dziecko, gdy skończą studia, parę lat popracują, kupią mieszkanie. – I to też może być przejawem troski o potomstwo – mówi Beata Łaciak. – Rodzice chcą zapewnić dziecku wszystko, co możliwe: lepsze warunki mieszkaniowe, edukację. Są przekonani, że nie mogą mu niczego odmówić. I dlatego odkładają decyzję o powiększeniu rodziny, aż będą „ustawieni”. Nie twierdzę, że to dobrze. Tak po prostu jest. Ponieważ coraz więcej pieniędzy jest przeznaczanych na jedno dziecko, zostało ono dostrzeżone przez rynek jako konsument. Nie dość bowiem, że rodzice sami dużo wydają na zabawki, że niejednokrotnie pozwalają pociechom na wybór tego, co im się podoba w sklepie, to jeszcze od najmłodszych lat dają im kieszonkowe. – Dzieciństwo się komercjalizuje – podsumowuje Beata Łaciak. – 13-latek ma już prawo założyć konto bankowe. Zabawki coraz bardziej przypominają rzeczy ze świata dorosłych. Są dziecięce kosmetyki – kremy, szminki, cienie do powiek. Chłopięce samochody są dziś odwzorowaniem prawdziwych modeli. Swoją ofertę dla maluchów przygotowują już firmy odzieżowe, bary szybkiej obsługi, kina. Przed wypuszczeniem produktu dziecięcego na rynek prowadzone są specjalne badania, tak samo jak w przypadku rzeczy dla dorosłych. – Nawet w kreskówkach są dziś poruszane takie same problemy jak w filmach dla starszych – twierdzi Beata Łaciak. Czasem nie sposób odróżnić produktu dla dzieci od tego dla dorosłych. Dzieci chętnie oglądają serial M jak miłość, a dorośli Shreka. Na pierwszą komunię standardowym prezentem jest dziś w Polsce laptop lub telefon komórkowy. Na 30 przebadanych dzieci z klas II–IV tylko dwoje nie miało swojej „komórki”. A dla niektórych to był już drugi model, lepszy, bardziej modny. – W środowisku starszych dzieci panuje kult marek – opowiada Beata Łaciak. – Gadżety konkretnej firmy stają się wyznacznikami pozycji społecznej młodego człowieka w jego środowisku.
 

Tę koniunkturę napędzają sami producenci zabawek. Lalki często mają dżinsy z wyraźną marką Levis. Na słoiczkach z jedzeniem dla plastikowych dzidziusiów widnieje etykieta Bobofruit. „Doroślenie” świata dzieci objawia się też poprzez nakładanie na nie obowiązków. – Rodzice obciążają maluchy ponad siły – dodaje Beata Łaciak. – Z jednej strony to efekt edukacji, która stawia coraz wyższe wymagania, z drugiej – skupienia na dziecku, traktowania go jak inwestycji.
 

– Często poprzez potomstwo chcą spełnić własne ambicje z młodości. Zdarza się, że dzieci nie są w stanie sprostać zbyt dużym oczekiwaniom – mówi dr Ewa Wojdyłło, psycholog. – Ciągła krytyka i niezadowolenie zabijają w nich poczucie własnej wartości, a to może doprowadzić do stresu lub patologii. Proszę mnie źle nie zrozumieć – ja nie namawiam do braku ambicji. Od dziecka trzeba wymagać. Chodzi tylko o zachowanie harmonii i umiejętność dostrzeżenia w nim cech indywidualnych, które pomogą mu się zrealizować.
– Zawsze byli źli i dobrzy rodzice – komentuje prof. Żołądź-Strzelczyk. – Być może kiedyś mniej kochali swoje pociechy, być może inaczej miłość wyrażali, ale mimo wszystko potrafili o nie dbać. A czarny obraz dzieciństwa nie całkiem należy do przeszłości. Spójrzmy dookoła…
 

Dzisiejsze dzieci uciekają przed złym lub zbyt wymagającym światem w narkotyki. 14-letnia Dominika z jednego z warszawskich ośrodków pogotowia opiekuńczego ma na swoim koncie sześć ucieczek z domu – coraz dłuższych i coraz dramatyczniejszych. Nie pochodzi z rodziny patologicznej, gdzie ojciec bije, a matka pije lub odwrotnie. Przeciwnie: jedynaczka, bogaty dom, pełna rodzina. Matka Dominiki spytana na rozprawie, czy to prawda, że pierwszą nieobecność córki zauważyła dopiero w trzy dni po jej zniknięciu, stwierdziła, że owszem, ale nikt ze służby nie poinformował jej o tym fakcie wcześniej.
 

Osoby, które w pierwszym okresie swojego życia doświadczyły psychicznego i fizycznego okrucieństwa oraz braku miłości, łatwiej mogą stać się oprawcami. W chwili obecnej najwięcej takich dzieci znajduje się w Afryce, gdzie ciągle dochodzi do krwawych konfliktów i wojen, a dzieci porywane są z rodzinnych domów i siłą wcielane do rozmaitych rebelianckich armii. Mali wojownicy przechodzą drobiazgowe szkolenie, które polega na tresurze i terrorze. Odcięte od rodziny, przyjaciół i znajomych, z dala od ludzi, jeśli nie nauczą się zabijać, to same zostaną zabite. Maczeta i karabin to przyjaciel, który pomaga przeżyć. – Brałem udział w kilku bitwach w Sudanie. Staliśmy pierwsi, za nami byli dowódcy. Kazano nam biec w stronę lecących kul. Bałem się, koło mnie koledzy padali martwi. Nie wiem, jak przeżyłem. Dowódcy bili nas za to, że kucaliśmy ze strachu przed kulami przeciwnika. Mówili, że jeśli jeszcze raz ktoś z nas podczas ataku padnie na ziemię, sami nas zabiją. W Sudanie walczyłem przeciwko Dinkom i innej ludności cywilnej. Nie wiem, dlaczego z nimi walczyliśmy. Tak mi kazano – wspomina Timothy, lat 14.
 

Dzieci z krajów Trzeciego Świata borykają się jeszcze z niedożywieniem, brakiem wody pitnej, opieki medycznej. W Polsce dorosłość nie wkracza w dzieciństwo w aż tak brutalny sposób.
W świecie Zachodu plagą stały się rozwody. David Blankenhorn – autor książki Ameryka bez ojców – twierdzi, że w USA 40 proc. dzieci dorasta w domach bez ojców. – W krajach Europy Zachodniej, gdzie jest dużo rozwodów i rodzin rekonstruowanych, dzieci mają więcej dziadków, zarówno od swych biologicznych rodziców, jak i przybranych. Jednocześnie coraz rzadziej zajmują się oni wnukami – mówi Beata Łaciak.
 

– U nas wciąż są włączani w opiekę nad dziećmi. Odgrywają ważną rolę w świecie maluchów, ale jednak inną niż dawniej.
 

– W czasach mojego dzieciństwa maluchy nigdy nie zostawały same – wspomina 97-letnia pani Barbara, która doczekała się pięciorga dzieci, sześciorga wnucząt i czworga prawnucząt.
 

– Gdy mama z tatusiem wyjeżdżali do stolicy, zajmowały się nami moja babka i ciotki. Wszystkie były już w podeszłym wieku, więc jedne nie dosłyszały, inne nie dowidziały, ale zawsze można było na nie liczyć. Najważniejsze dla nas były lojalność i bliskość. Teraz właściwie nie ma już dużych rodzin. Duża rodzina odchodzi w zapomnienie.  
 

Dzisiaj dziecko nie mieszka z dziadkami, a raczej ich odwiedza. – Póki jest małe, świat dziadków jest dla niego atrakcyjny – twierdzi Beata Łaciak. – Ale gdy dorasta, kontakt z nimi staje się coraz trudniejszy. Ich światy są zbyt różne.
 

Niegdyś starsze pokolenie odgrywało rolę nauczycieli, przekazywało wiedzę.
 

Dziś to młodzi uczą dziadków, jak używać komórki czy wysłać e-maila. 6-letni Kacper i 4-letnia Ida tak daleko nie zaszli w swojej edukacji. Uwielbiają spędzać wakacje u dziadków. I to tam, na wsi, odpowiadali na pytania o swoje prawa. Do zebrania przyłączyło się też ich rodzeństwo cioteczne, 4-letnie bliźniaki Maja i Marek oraz sąsiedzi: 10-letnia Ewelina i 13-letni Łukasz. Kolejne pytanie brzmiało: Co to jest dziecko? My jesteśmy dzieci! (marek, 4 lata) Dziecko to mały człowiek. (Łukasz, 13 lat).