Na doroczny konkurs piękności, który odbywa się w Abu Zabi, przybywają wielbłądy z całego spalonego słońcem Półwyspu Arabskiego. Tu tradycyjne zwierzęta juczne zmieniają się w rozpieszczane okazy wystawowe.

Finałowej nocy konkursu pustynię spowiła mgła – nieprzenikniona niczym burza piaskowa, przesłaniająca wszystkie gwiazdy. W mroku szpiedzy myszkowali wśród wydm, przeglądając obóz za obozem w poszukiwaniu czegoś szczególnego. Cała wyprawa nie rozpoczęła się jednak od szpiegowania w ciemnościach. Już miesiąc wcześniej z Omanu, Arabii Saudyjskiej, Kataru i każdego zakątka Półwyspu Arabskiego w daleką podróż wybrały się dziesiątki karawan.

Wszyscy zebrali się w tych odludnych okolicach emiratu Abu Zabi, by wziąć udział w wyborach najpiękniejszego wielbłąda. Przez dziewięć dni zwierzęta paradowały przed trybunami, zaś apodyktyczni sędziowie odsyłali skromniejsze okazy do domów, ku przygnębieniu ich właścicieli. Jury musiało dokonać prawdziwej czystki pośród 24 tys. kandydatów.

Dziesiątego dnia pozostało jedynie dwóch Beduinów i ich olśniewające zwierzęta. Mężczyźni – należący do starszyzny swoich klanów i noszący rodowe nazwiska Bin Tanaf i Rames – będą musieli zmierzyć się w finałowym pojedynku pełnym intryg i zaciętej rywalizacji, łączą ich bowiem więzy pokrewieństwa. Przez lata ścierali się ze sobą w mniejszych konkursach. Wynik dzisiejszego spotkania zadecyduje nie tylko o ich pozycji w świecie hodowców wielbłądów, ale także w obrębie ich własnego plemienia. Zwycięzca zgarnie kosztowne nagrody, a co ważniejsze – honory dla własnej rodziny. Dlatego też każdy z nich ma swoich szpiegów. Szukają oni najpiękniejszych zwierząt, przetrząsając obozy pokonanych konkurentów, ponieważ jeden wyjątkowy wielbłąd odkupiony od innego hodowcy o świcie, gdy rozpoczną się kolejne obrady sędziów, może dać im przewagę.

Zastanówmy się przez chwilę nad wielbłądem. Zwróćmy uwagę na olbrzymi garb, chybotliwą górę tłuszczu drżącą przy każdym kroku kościstych nóg zwierzęcia. Na koślawe kolana i płaskie stopy niezdolne do niczego więcej ponad niezdarny bieg. Spójrzmy także na szyję, wykrzywioną pod ciężarem głowy. A teraz popatrzmy na samą głowę: absurdalnie długie rzęsy, mrugające zalotnie ponad podłużnym pyskiem i mięsistymi wargami, z których ścieka długa, wąska strużka śliny. Nie można powiedzieć, by zwierzę olśniewało urodą. Wygląda raczej na pospiesznie stworzone z części zastępczych.

Sędziowie z Abu Zabi patrzą jednak na wielbłądy innym wzrokiem. Lustrują je od czubka nosa po ogon i z powrotem, stosując ścisłe kryteria do oceny każdej partii ciała zwierzęcia. Uszy muszą być proste, grzbiet wysoki, garb wielki i symetryczny, a zad na tyle duży, by można było swobodnie umieścić na nim siodło. Sierść, oczywiście, musi lśnić. Nos powinien być łagodnie sklepiony w okolicy mostka, schodząc łukiem w stronę warg, zwisających ku dołowi niczym bombki. Długa szyja podnosi ocenę, podobnie jak długie nogi. Sędziowie dokładnie przyglądają się dwóm palcom u stóp, sprawdzając, czy długość dzielącej je szczeliny zgadza się z wytycznymi w ich regulaminie. Konkursów piękności jest tak wiele, że ostatecznie wszystkie różnice zostają sprowadzone do rowka pomiędzy palcami.

Bin Tanaf, drobny mężczyzna ze szpotawą nogą i schludną czarną brodą, która maskuje jego wiek, przysiada na wydmie, przyglądając się swoim wielbłądom i wspominając życie wśród nomadów. Dorastał, podróżując wraz z całą rodziną w poszukiwaniu nowych pastwisk i wodopojów. Latem wielbłądy mogą obejść się bez wody przez pięć dni, zimą nawet kilka tygodni. – Dzięki nim udawało nam się przeżyć – stwierdził Tanaf, wskazując na zwierzęta.



Ten związek koczownika i wielbłąda rozpoczął się przed tysiącami lat w sercu Półwyspu Arabskiego. Po pierwsze – wielbłądy były środkiem transportu przez pustynię. Służyły też jako wierzchowce podczas najazdów na inne plemiona, kiedy to zdobywano kolejne stada lub odzyskiwano własne. Przez pierwszą połowę życia Bin Tanafa wielbłądy należące do jego rodziny produkowały mleko do picia oraz sierść, z której wyplatano koce i namioty. Ich odchodami palono w ogniskach, a moczem tępiono wszy.

W świecie Beduinów ziemia nie ma żadnej wartości, ich życie koncentruje się na ciągłym ruchu, dlatego to wielbłąd stał się wyznacznikiem materialnego statusu człowieka. Nic dziwnego, że stworzył on bogate słownictwo, pozwalające opisać wygląd i stan zwierząt. Asayel to szlachetne wielbłądy o czerwonawym umaszczeniu. Majahim mają ciemną sierść. Źrebię wielbłąda płci żeńskiej to houraa, a młoda matka – bikr. Samiec w okresie dojrzewania nazywany jest fahl, samica to jathaa. Jeśli miała ostatnio kontakt z samcem, a jej wymiona nabrzmiały, mówi się o niej laqha. Żaden etap rozwoju wielbłąda, zachowanie czy zmiana nie pozostały bez nazwy. Człowiek i wielbłąd zaczęły stanowili nierozłączną całość.

Później jednak, jak mówi Bin Tanaf, coś się zmieniło. Anglicy opuścili te tereny w 1971 r., oddając Beduinom kontrolę nad polami naftowymi. Emirowie poszczególnych plemion zebrali się, by utworzyć Zjednoczone Emiraty Arabskie i ustanowili Abu Zabi swoją stolicą. Od tej chwili pieniądze – olbrzymia fala pieniędzy – popłynęły na pustynię. Bin Tanaf zaczął sprzedawać samochody, które wzbogaceni na ropie mieszkańcy kupowali jak szaleni. Jego rodacy dorabiali się fortun na budownictwie, transporcie i na samej ropie. Dotychczas wielu z nich żyło w takim ubóstwie, że nie rozumieli nawet koncepcji pieniędzy i bogactwa, teraz zaś poranne promienie słońca z trudem przebijały się przez znajdujące się w ich rękach góry złota. Sami nie potrafili czytać ani pisać, jednak swoich synów posyłali na naukę do Londynu i Paryża. Namioty z wielbłądziej sierści zamienili na szklane wieżowce Abu Zabi i Dubajju.

Na początku „mieszczuchy” – sami niedawno oderwani od pustyni – traktowali sporadyczne wizyty Beduinów jako ciekawostkę. Widzieli w nich biedaków noszących cały dobytek w jednym worku. Dziś jednak obraz ten nabrał cech romantycznych: koczownik stał się kwintesencją arabskości, symbolem wolności. Taki Arab ropą się nie interesuje – wystarcza mu byle pokarm i woda dla wielbłąda, na którego grzbiecie zmierza w stronę zachodzącego słońca.

Arabski koczownik przypomina amerykańskiego kowboja. Tak jak zamożni Amerykanie uwielbiają się chwalić swoimi rasowymi końmi, tak Beduini postępują z wielbłądami. Arabski dżentelmen spędza weekendy w swoich stajniach. Dogląda zwierząt, karmi je, czyści. A jeśli czasem na nie warknie, szybko zaczyna śpiewać pieśń z prośbą o przebaczenie. Kocha swoje zwierzęta. I bez ustanku przygotowuje je do udziału w zażartej rywalizacji.

Arena konkursowa odzwierciedla koczowniczy tryb życia doprowadzony do luksusowej przesady. Beduini wznoszą namiot, pod którym budują wielopiętrową trybunę z obitymi pluszem krzesłami, otoczoną dziesiątkami ekranów, na których pokazywana jest relacja z odbywających się właśnie zawodów. Służący roznoszą herbatę i kadzidło. Znajdujące się w pobliżu lotnisko jest gotowe na przyjęcie helikopterów wiozących szejków i księżniczki. Kobiety spędzają każdy dzień, robiąc zakupy na pobliskim suku, targowisku wielkości małego miasteczka wybudowanym specjalnie na potrzeby konkursu.

Dookoła widać dziesiątki beduińskich obozowisk, z których co dnia o świcie przybywają uczestnicy prowadzący na arenę swoje zwierzęta. Na parkingu przed namiotem w rządkach stoją luksusowe samochody sportowe. Ponad 140 range roverów, nissanów, toyot stanowi nagrody w poszczególnych etapach konkursu. Sędziowie przyznają wyróżnienia dla pojedynczych wielbłądów, dla najmłodszych wielbłądów, dla samców.

Najważniejszego dnia zawodów, kiedy odbywa się olbrzymia parada wielbłądzic, Bin Tanaf i jego kuzyn Rames doglądają swoich podopiecznych. Szpiedzy spisali się tej nocy doskonale. Do świtu Rames wydał potajemnie 2 mln dolarów na kilka czarujących sztuk. Bin Tanaf za ponad milion kupił tylko jedno zwierzę. Choć słońce stało coraz wyżej na niebie, obaj mężczyźni ruszali się bez pośpiechu. W ich kulturze kazać na siebie czekać to podkreślić swoją rangę i status, każdy z zawodników chciał więc wejść na arenę jako ostatni, dodając sobie splendoru. Jeden z organizatorów konkursu przybył właśnie do obozowiska, by ponaglić Ramesa.
– Martwię się, że sędziowie wkrótce nakażą zamknięcie bram – oznajmił. Rames spojrzał na niego z niezmąconym spokojem, przybierając królewską pozę.
– Nie przejmuj się – odparł. – Na pewno tego nie zrobią.


Bin Tanaf zaś krążył nerwowo wokół swoich wielbłądów. Jest szejkiem plemienia, co dawało mu przewagę autorytetu nawet nad Ramesem. Jednak jego kuzyn przez ostatnie lata pielęgnował przyjaźń z księciem Mohammedem bin Zayed al Nahyanem (który zupełnie przypadkowo był patronem festiwalu), co przechylało szalę na korzyść jego wielbłądów i rodziny.

Koczownik wciąż czekał. Wreszcie kuzyn ruszył w kierunku areny, więc Bin Tanaf dał sygnał swoim wielbłądom. Stopniowo zbliżał się do bramy, gdy nagle... katastrofa! Ten parweniusz Rames przybrał swoje zwierzęta w olśniewające srebrzyste narzuty, sprawiając, że wyglądały niczym wychodząca na scenę grupa operowych śpiewaków. 20 tys. dolarów, które Rames co miesiąc wydawał na specjalne odżywki dla wielbłądów, okazały się udaną inwestycją. Tuż przed bramą opiekunowie stada zdjęli nakrycia ze zwierząt, odsłaniając czarujące szyje i niezaprzeczalnie symetryczne garby.

Obie grupy wielbłądów paradowały na oczach tłumu, a rywale oczekując na decyzję sędziów, zajęli miejsca na trybunie honorowej. Na arenie zgromadzili się śpiewacy. W powietrzu krążyły helikoptery przechylające się z boku na bok, tak by siedzący w ich wnętrzach członkowie rodziny królewskiej mogli dokładnie przyjrzeć się całości wyborów. Kuzyni w tym czasie rozsiedli się na fotelach, szczerząc zęby w nerwowych uśmiechach. I wreszcie ogłoszenie wyników: zwycięzcą zostaje Bin Tanaf.

W przypływie entuzjazmu mężczyźni z jego klanu wyrzucają w górę turbany i unoszą roześmianego szejka na ramionach. Wciąż nieusatysfakcjonowani wspinają się na marmurowy stół i podnoszą Bin Tanafa jeszcze wyżej. Konstrukcja załamuje się wreszcie pod ich ciężarem, a mężczyźni zwalają się na ziemię, między pomarańcze i winogrona. Szybko jednak wstają i wymachując nad głowami batami z wielbłądziej skóry, odprawiają dziki taniec radości.

Świętowanie wygranej w jego obozie trwało całą noc. Dwustu mężczyzn śpiewało, recytowało wiersze i opowiadało o wielbłądach. Bin Tanaf rozsiadł się na podłodze otwartego namiotu. W towarzystwie syna przy stole pełnym mięsa i ryżu gawędził z przyjaciółmi. – To najwspanialszy dzień mego życia – oznajmił.

Kilka minut później do namiotu wkroczyło dwóch mężczyzn, niosąc kolejne danie – charakterystyczny żółtawy wzgórek. – Ach – westchnął syn – garb. To kolejna z rzeczy, których dostarczały wielbłądy podczas długich wieków życia na pustyni. Otaczany wielką czcią garb wpierw utrzymywał przy życiu zwierzę, później zaś karmił jego jeźdźca. Dlatego też piękno wielbłąda wynika z jego cech praktycznych: dobrze ukształtowany garb oznacza wartościowe pożywienie, wąskie szczeliny nozdrzy mogły się dokładniej zamknąć przed napierającym piaskiem, a rachityczne nogi pozwalały się utrzymać wysoko ponad rozpalonym piaskiem pustyni.

Szeroka i płaska stopa wielbłąda z dwoma rozstawionymi palcami może wyglądać dziwacznie dla kogoś z zewnątrz, jednak Beduini widzą ślady w kształcie serca, które prowadzą ich przez piaski czasu i Półwyspu Arabskiego.