Śląsk został, dosłownie, przeorany. A to niszczące naturę wyrywanie ziemi bogactw kształtowało zarazem człowieka, dając niezwykły etos pracy.

Reportaż Dariusza Kortko, 2009

 

Węgiel. Bogactwo i przekleństwo Górnego Śląska. Zapełnił krajobraz szybami kopalń, kominami fabryk i osiedlami familoków z czerwonej cegły, wprowadził nowe obyczaje.

Kazał mówić raz po polsku, raz po niemiecku. Wzbudzał strach, ale i dawał pewny chleb. Jego czas się kończy, jednak mieszkańcy tej ziemi nie powinni bać się zmian. Węgiel nauczył ich ciężko i solidnie pracować. Szacunek do pracy stanowi cenne dziedzictwo.

Giszowiec w 1936 r. to górnicze osiedle niedaleko kopalni „Giesche”. Wiejskie domki, każdy z ogródkiem. W chlewikach kury, kaczki, świnie, kozy. To tam przychodzi na świat Erwin Sówka. Matka wie, co go czeka. Porządek jest taki: jak chłopak skończy 14 lat, ojciec zabierze go pod ziemię. Nauczy syna rąbać węgiel, a on przekaże tradycję dalej.

Ale Erwin tak nie chce. Kopalnia to czarna dziura, z której wydobywa się pył i osiada na wypucowanych przez matkę oknach. Nie da się jej lubić. Na szczęście w Giszowcu remontują drogi. Erwin woli wozić taczką kostkę brukową. Zarobione grosze kładzie matce na stole w kuchni – tak samo jak ojciec, gdy przynosi wypłatę z kopalni.

Robota przy kostce szybko się kończy, ale są przyjęcia w przykopalnianej elektrowni „Jerzy”. Byda za elektryka – myśli Erwin. Przy obsłudze turbiny poznaje Teofila Ociepkę. To mistyk, okultysta, mistrz nauk tajemnych Loży Różokrzyżowców. Przez całe życie stara się odkryć prawdę o świecie. Opowiada Sówce o Saturnie, na którym po śmierci przebywają nasze ciała astralne, o bestiach, które tam mieszkają, smokach, które walczą ze sobą jak dobro i zło w człowieku.

Sówka jest zaczarowany, chce malować. Po wojnie kopalnia „Giesche” nazywa się „Wieczorek”, od Józefa Wieczorka, działacza komunistycznego. Jest robota w dziale propagandy, przy malowaniu portretów Lenina, wielkich budów socjalizmu, dodawaniu majestatu górnikom dumnie patrzącym w przyszłość. Sówka na etacie maluje transparenty i dekoruje sale na partyjne egzekutywy, a po szychcie bezwstydnie gołe święte Barbary, o obfitych kształtach, na tle familoków i kopalń. Jest szczęśliwy, ale kopalnia nie chce o nim zapomnieć. – Miałem 18 lat, jak wezwali mnie do wojska. Mnie tam wcale nie ciągnęło – mówi.

Nie trzeba iść do armii, wystarczy odpracować 20 miesięcy przy fedrunku węgla. Sówka zjeżdża więc pod ziemię. Podszybie czyste, wymurowane, wygląda jak duża piwnica. Nie będzie tak źle – myśli. Ale czuje, że kopalnia już go nie wypuści. – Już byłem jej – mówi.

W „Wieczorku” spędzi 35 lat. Zaczyna od ciskania wozów, potem dają mu łopatę i awansują na ładowacza. Starsi górnicy uczą: bezpieczeństwo na pierwszym miejscu, nie wkładaj łap, gdzie nie trzeba, co nagle, to po diable, popatrz na węgiel, czy się nie odspaja, zobacz, gdzie stoisz, żeby ci coś na łeb nie spadło, czy strop i ociosy są zabezpieczone.

Już po miesiącu Erwin jest jak z grafitu. Węgiel wgryza mu się w nos, pod język, ma go pełno w uszach. Oczy pomalowane pyłem niczym kredką. Cały pachnie węglem. Nie jest szczęśliwy. – Moja artystyczna dusza nie pasowała do tego brudu na dole – mówi. – Ciągle żech myśloł, że tam na górze świeci słońce, fajne dziołchy chodzą po ulicach, a jo tu na dole, w tym Hadesie, kąpię się we własnym pocie.

Potrzeba cynku, potrzeba węgla


Górny Śląsk 200 lat wcześniej. Koniec świata. Lasy, bagna, torfowiska. Gleba licha, piaszczysta. Chłopi przypisani do ziemi pracują „na pańskim”. Największe miasta – Gliwice i Bytom, każde ma mniej niż tysiąc mieszkańców. Zapomniały już o dawnym bogactwie, o rudach ołowiu i srebra, żelaza i cynku, które kiedyś płytko leżały pod ziemią. Trzeba po nie sięgać coraz głębiej, ale wyrobiska zalewa woda. Jak sobie z nią poradzić? Srebro płynie teraz statkami z Nowego Świata i jest tanie. Śląskiego nikt nie chce. Jest jeszcze węgiel, ale co to za kamień? Dobry do kuźni, cegielni, browaru, bo daje wyższą temperaturę niż drewno. Ale tu jest Śląsk. Ile jest takich zakładów? Wystarczy kilkaset ton na rok.