Śląsk został, dosłownie, przeorany. A to niszczące naturę wyrywanie ziemi bogactw kształtowało zarazem człowieka, dając niezwykły etos pracy.

Węgiel. Bogactwo i przekleństwo Górnego Śląska. Zapełnił krajobraz szybami kopalń, kominami fabryk i osiedlami familoków z czerwonej cegły, wprowadził nowe obyczaje.

Kazał mówić raz po polsku, raz po niemiecku. Wzbudzał strach, ale i dawał pewny chleb. Jego czas się kończy, jednak mieszkańcy tej ziemi nie powinni bać się zmian. Węgiel nauczył ich ciężko i solidnie pracować. Szacunek do pracy stanowi cenne dziedzictwo.

Giszowiec w 1936 r. to górnicze osiedle niedaleko kopalni „Giesche”. Wiejskie domki, każdy z ogródkiem. W chlewikach kury, kaczki, świnie, kozy. To tam przychodzi na świat Erwin Sówka. Matka wie, co go czeka. Porządek jest taki: jak chłopak skończy 14 lat, ojciec zabierze go pod ziemię. Nauczy syna rąbać węgiel, a on przekaże tradycję dalej.

Ale Erwin tak nie chce. Kopalnia to czarna dziura, z której wydobywa się pył i osiada na wypucowanych przez matkę oknach. Nie da się jej lubić. Na szczęście w Giszowcu remontują drogi. Erwin woli wozić taczką kostkę brukową. Zarobione grosze kładzie matce na stole w kuchni – tak samo jak ojciec, gdy przynosi wypłatę z kopalni.

Robota przy kostce szybko się kończy, ale są przyjęcia w przykopalnianej elektrowni „Jerzy”. Byda za elektryka – myśli Erwin. Przy obsłudze turbiny poznaje Teofila Ociepkę. To mistyk, okultysta, mistrz nauk tajemnych Loży Różokrzyżowców. Przez całe życie stara się odkryć prawdę o świecie. Opowiada Sówce o Saturnie, na którym po śmierci przebywają nasze ciała astralne, o bestiach, które tam mieszkają, smokach, które walczą ze sobą jak dobro i zło w człowieku.

Sówka jest zaczarowany, chce malować. Po wojnie kopalnia „Giesche” nazywa się „Wieczorek”, od Józefa Wieczorka, działacza komunistycznego. Jest robota w dziale propagandy, przy malowaniu portretów Lenina, wielkich budów socjalizmu, dodawaniu majestatu górnikom dumnie patrzącym w przyszłość. Sówka na etacie maluje transparenty i dekoruje sale na partyjne egzekutywy, a po szychcie bezwstydnie gołe święte Barbary, o obfitych kształtach, na tle familoków i kopalń. Jest szczęśliwy, ale kopalnia nie chce o nim zapomnieć. – Miałem 18 lat, jak wezwali mnie do wojska. Mnie tam wcale nie ciągnęło – mówi.

Nie trzeba iść do armii, wystarczy odpracować 20 miesięcy przy fedrunku węgla. Sówka zjeżdża więc pod ziemię. Podszybie czyste, wymurowane, wygląda jak duża piwnica. Nie będzie tak źle – myśli. Ale czuje, że kopalnia już go nie wypuści. – Już byłem jej – mówi.

W „Wieczorku” spędzi 35 lat. Zaczyna od ciskania wozów, potem dają mu łopatę i awansują na ładowacza. Starsi górnicy uczą: bezpieczeństwo na pierwszym miejscu, nie wkładaj łap, gdzie nie trzeba, co nagle, to po diable, popatrz na węgiel, czy się nie odspaja, zobacz, gdzie stoisz, żeby ci coś na łeb nie spadło, czy strop i ociosy są zabezpieczone.

Już po miesiącu Erwin jest jak z grafitu. Węgiel wgryza mu się w nos, pod język, ma go pełno w uszach. Oczy pomalowane pyłem niczym kredką. Cały pachnie węglem. Nie jest szczęśliwy. – Moja artystyczna dusza nie pasowała do tego brudu na dole – mówi. – Ciągle żech myśloł, że tam na górze świeci słońce, fajne dziołchy chodzą po ulicach, a jo tu na dole, w tym Hadesie, kąpię się we własnym pocie.

Potrzeba cynku, potrzeba węgla


Górny Śląsk 200 lat wcześniej. Koniec świata. Lasy, bagna, torfowiska. Gleba licha, piaszczysta. Chłopi przypisani do ziemi pracują „na pańskim”. Największe miasta – Gliwice i Bytom, każde ma mniej niż tysiąc mieszkańców. Zapomniały już o dawnym bogactwie, o rudach ołowiu i srebra, żelaza i cynku, które kiedyś płytko leżały pod ziemią. Trzeba po nie sięgać coraz głębiej, ale wyrobiska zalewa woda. Jak sobie z nią poradzić? Srebro płynie teraz statkami z Nowego Świata i jest tanie. Śląskiego nikt nie chce. Jest jeszcze węgiel, ale co to za kamień? Dobry do kuźni, cegielni, browaru, bo daje wyższą temperaturę niż drewno. Ale tu jest Śląsk. Ile jest takich zakładów? Wystarczy kilkaset ton na rok.

Co innego galman. Ruda cynku, prawdziwe bogactwo. Na cynk jest wielki popyt. Można nim pokryć stal, a przestanie rdzewieć. Z cynku są dachy, rynny, wiadra, garnki, maszyny i statki. Świat szaleje. Cynk jest cenny jak złoto. Trzeba wytapiać. Drewno, które ogrzewa wielkie piece, nie wystarcza. Potrzebne jest nowe paliwo. Węgiel.

Od 1742 r. Śląsk jest częścią Prus. W 1779 r. Friedrich Wilhelm von Reden, minister na dworze króla Fryderyka II, zostaje dyrektorem śląskiego Wyższego Urzędu Górniczego. Plan Redena: znaleźć więcej galmanu i węgla. W 1790 r. inżynier Salamon Isaak odkrywa, że również w okolicach wsi Łagiewniki i Zabrze są wielkie pokłady węgla. To wiadomość, na którą Reden czeka.

Na Śląsku wyrastają szyby kopalń: „Brandenburg”, „Koenigin Luise”, „Prinz Karl von Hessen”. Potrzeba rąk do pracy. W 1807 r. król pruski znosi poddaństwo i chłopi przenoszą się do osiedli budowanych przez kopalnie i huty. Przemysł zmienia ich życie. Dawniej zimą się spało, a latem pracowało. Teraz wstają na szychtę zawsze o tej samej porze. Za to co miesiąc wypłata. W mieszkaniu kanalizacja, bieżąca woda, wychodek w sieni. Płatne urlopy, zasiłki chorobowe, renty. Taka robota to skarb.

Połowa XIX w. Już trzy czwarte światowej produkcji cynku pochodzi ze Śląska. W kopalniach i hutach pracuje 23 tysiące ludzi. Górny Śląsk wydobywa 975 tys. ton węgla, 200 tys. ton rudy żelaza, 170 tys. ton galmanu oraz 800 ton rudy ołowiu i srebra. W hutach wytapia 62 tys. ton żelaza, 28 tys. ton cynku, 700 ton ołowiu i 580 kg srebra. Śląsk to cywilizacja. W Warszawie jeżdżą dorożki, a między Gliwicami a Piekarami kursuje już parowy tramwaj.
 

Sąsiadka ma brudny parapet


– Nikiszowiec za mojego dzieciństwa to była kwitnąca dzielnica, jak z filmów Kazimierza Kutza – wspomina Dorota Simonides, profesor etnologii, rocznik 1928. – Na osiedlu wszyscy się znali. Jak babka opowiadała o górniku, którego spotkało coś złego, mówiła tak: „Wiecie, to jest synek tyj Hildy, co to jest cerą Karlika Wróbla, no tego, co to se wzion za żonę ta Waleska spod gruby, tam niedaleko Sauera”. No i wszyscy od razu wiedzieli, że chodzi o Paulka od Badury.

– Właściciele kopalni „Giesche” bardzo o nas dbali – mówi Simonides. – Zbudowali karczmę, pocztę, pralnię i magiel. W 1926 r. kościół, a kilka lat później krytą pływalnię. Między szybami kopalni „Giesche” jeździła kolejka, którą nazywaliśmy Balkanem. Za przejazd nic się nie płaciło. Mieszkaliśmy w familoku z czerwonej cegły. To nie był zwykły dom. To była wspólnota. Dzieci bawiły się na placu. Jak mama wychodziła na targ do Mysłowic, uważała na nas sąsiadka. Kobiety stale zaglądały przez okna. Jak nie ta, to tamta. Jak Biolicka wolała przez okno: „Ela, Mela, Pela… do domu spać!”, to wiadomo było, że jest ósma wieczorem, moja mama zaraz otworzy okno i nas też zawoła. Porządek był. Kopalnia zatrudniała hydraulików, ślusarzy, malarzy; wystarczyło zgłosić: rura od wody się zatkała, okno się nie domyka – i kopalnia przysyłała fachowca.

W kopalni brudno, w domu czysto. Jak tata wracał z szychty oblepiony pyłem węglowym, mama szykowała kąpiel. Ojciec przebierał się w czyste ubranie. W domu wszystko musiało lśnić. Na ścianach wykrochmalone makatki z napisem: „Gość w dom, Bóg w dom” albo „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Obrusy bieluśkie, firany śnieżne. Okna pucowane co sobotę, błyszczące. Do szorowania klatki schodowej były dyżury. Dzieci czyściły sidolem klamki w drzwiach i tabliczki z nazwiskami. Kobiety wszystko widziały. I plotkowały: – Badurko, patrzcie, a ta mo niewymyty parapet. Dopiero co malowany i już taki czorny!? Brudny parapet to była sensacja i wstyd.

Jak ktoś się przyprowadził na osiedle ze wsi, to mu się wszystko pokazywało: tu pierzemy, tu szpanujemy gardiny, szyby pucujemy co sobotę. A gdy jakaś kobieta była chora albo w zaawansowanej ciąży, inne gospodynie w klatce dzieliły jej robotę. Raz Masarczyczka zaniemogła, tośmy jej od razu poszły powiedzieć: My wom okna pomyjemy. I ustalono między sąsiadkami: ta się będzie dziećmi opiekować, ta będzie gotowała, ta będzie okna pilnowała, żeby było czyste. Ludzie tak żyli. A jak się ktoś wyłamywał, to nie miał lekko na osiedlu. Musiał się wyprowadzić.
 

Każdy mężczyzna pod ziemię


Albert Badura, ojciec Doroty Simonides, zjechał pod ziemię, gdy skończył 14 lat. Został cieślą górniczym, ożenił się, urodzili mu się synowie, a on opowiadał im o podziemnych chodnikach. A sztygar już czekał i pytał: panie Badura, kiedy wasz synek przyjdzie do roboty? Skończył już 14 lat? Nie? To jeszcze poczekamy.

Górnicy to byli kamraci. Musieli na siebie uważać, bo na dole mieli swoich najbliższych. – Mój tata pracował ze swoimi synami, szwagrem i zięciem – mówi Simonides. – Wiedział, że jak coś mu się stanie, to nam wszyscy pomogą, a moja rodzina nie będzie sama.

W 1938 r. w kopalni „Giesche” było wielkie tąpnięcie. Tata ledwo przyszedł z szychty do domu. Jeszcze nie zdążył się rozebrać, a tu syreny. Karlik jest na dole, wyszeptał. A Karlik to był mąż jego siostry. Zaraz poleciał na kopalnię. Wszyscy już byli na cechowni i pytali, czy są potrzebni. Ci, co znali zagrożony pokład, zjeżdżali na dół i ratowali. Ojciec też zjechał. Nie wyszedł, dopóki nie wykopał martwego szwagra.

A jak na kopalni były zwolnienia, górnicy postanowili podzielić się chlebem. A to znaczyło, że będą się dzielić pracą. Ojciec nas zawołał i powiedział: przez kilka miesięcy będzie biedniej, bo ja będę robił tylko dwa tygodnie w miesiącu, a następne dwa tygodnie będzie fedrował mój kolega.

Pieniędzmi rządziła mama. Ojciec kładł wypłatę na stół. Mówiło się, że robi „Handstand”, to znaczy, że stoi na głowie, by z kieszeni wszystko wyleciało. Mama parę groszy dawała ojcu na spłukanie gardła, bo po szychcie górnicy szli do karczmy. A jak ktoś się tam zasiedział, kobiety wysyłały po niego dzieci. W domu było co robić – garnki ponitować, buty ponaprawiać, zwierzęta oporządzić. W chlewiku trzymaliśmy wieprzki i drób. Jedzenia się nie marnowało, resztki trafiały do chlewika.

Kopalnia to był porządek. Na dole hierarchia: pomocnicy, ładowacze, popychacze wózków. Rębacz to już był ktoś! Urabiał węgiel i nie mówiło się do niego „ty”, tylko „wy”. Nawet syn, który przyszedł do roboty na kopalni, nie mógł ojcu, z którym pracował, powiedzieć „ty”. Do sztygara mówiło się „oni”, np. „Panie sztajger pozwolą mi dzisiaj pójść na przodek”. A jak starszy górnik szedł ulicą, młodsi musieli mu się ukłonić.

– Dzieci były w ten porządek włączone – mówi Simonides. – Po szychcie górnik zostawiał na cechowni markę. To blaszka z numerem, jak nieśmiertelnik u żołnierza. Nasz tata czasem wchodził do domu, wkładał rękę do kieszeni i wołał: Jezderkusie, marka! I któreś z nas musiało lecieć na kopalnię, oddać markę, żeby taty nie szukali. Wiedzieliśmy, że jak tata nie wracał z szychty, a na cechowni nie było marki, to znaczyło, że on jest pod ziemią. A jak nie było wiadomości, że został na drugą zmianę, to już był strach, że coś złego się stało. Stąd u Badurów rytuał.

Ojciec wychodzi o świcie do pracy, a matka budzi dzieci. Ustawiają się w szeregu, a ojciec czyni im znak krzyża na czole. Żegna się, bo nie wiadomo, czy wróci. Matka pilnuje, żeby się wszyscy za ojca modlili.

Szczęść Boże, panie sztajger


W Polsce Ludowej królują hasła: „Niech żyje nam górniczy stan”, „Polska na węglu stoi”, „Chwała górnikom”. Werbownicy odwiedzają miasta i wsie, szkoły i kluby. Obiecują lepsze życie: mieszkanie, pieniądze, talon na meble. Liczy się węgiel. Na zebraniach w kopalniach – wydobycie. W komitetach PZPR – wydobycie. Na plenach partii – wydobycie. Więcej i więcej. Na etykietkach od zapałek: „Zostań górnikiem. To dobry i zaszczytny zawód”. Wincenty Pstrowski w 1947 r. wyzywa górników na pojedynek: „W lutym wyrąbałem 72,5 m chodnika, wykonując 240 proc. normy. W kwietniu 85 m, 293 proc. normy. Kto da więcej niż ja?”.

Zygmunt Strzelecki w 1952 r. mieszka na wsi pod Bydgoszczą. Obowiązuje dekret: osoby podejrzane ustrojowo można skierować do przymusowej pracy w kopalni. Brat Strzeleckiego na godle domalowuje orłu koronę i UB uznaje rodzinę za niebezpieczną dla ustroju PRL. Zbigniewa wcielają do wojska i wywożą na Śląsk. Przez dwa lata pracuje w „Wieczorku” za darmo. Nie ma odwołania. Z nim inni „ochotnicy”. – Niektórzy to byli chłopcy z dobrych domów. Bali się zjeżdżać. Płakali – wspomina Strzelecki. – Ale musieli, bo inaczej był sąd i wyrok.

Strzelecki jest twardy, ciężka robota to dla niego nie nowość: – Sprawdziłem się na dole. Po dwóch latach podpisuje umowę z kopalnią i zaczyna zarabiać. Przodownik pracy, medale, dyplomy. Dostaje mieszkanie w Nikiszowcu. Familok. Dwa pokoje i kuchnia. – Zrobili mnie strzałowym. Musieli bardzo potrzebować tego węgla, skoro takiemu podejrzanemu ustrojowo jak ja dali do ręki materiały wybuchowe – śmieje się.

Ślązakom państwo nie ufa. Mówią gwarą, w czasie wojny masowo podpisywali volkslistę. Ani to Polacy, ani Niemcy. Służyli w Wehrmachcie. Zdrajcy. Nowe kadry to ludzie zaufani, powinni należeć do partii, najlepiej żeby byli z głębi Polski. Strzelecki zapisuje się do PZPR, przyjmują go z otwartymi ramionami.

Sówka: – Pod ziemią trzeba mówić każdemu „Szczęść Boże” albo „Glueck auf”, ale partyjniaki mówią „Cześć pracy”. Starsi górnicy się śmieją i podpuszczają partyjnych: „Szczęść Boże, panie sztajger”. Sztygar ze złości odgryza się Ślązakom: – Krzyżaki!
Strzelecki: – Miejscowi nam nie ufali, dokuczali mi, wyzywali od goroli. Dostałem nerwicy. Przekonali się do mnie po czterech latach. W 1948 r. Pstrowski usuwa zęby. Nie czeka, aż się rany wygoją. Zjeżdża na dół i umiera na zakażenie krwi. Górnicy śpiewają: „Jeśli chcesz iść na Sąd Boski, pracuj tak jak Wicek Pstrowski. Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi”.
Simonides: – Komuniści kazali ludziom pracować dla Polski Ludowej. A oni są wierni swoim rodzinom i swojej kopalni. We wrześniu 1939 r. Polacy zaminowują kopalnię „Giesche”, bo nie chcą jej oddać Niemcom. Albert Badura zbiera kolegów, zjeżdżają na dół i odcinają ładunki. W grudniu 1944 r. to Niemcy minują kopalnię. Chcą ją wysadzić, żeby nie wpadła w ręce nacierających Rosjan. Badura znów zbiera kolegów. Powiada: Chopy, musimy ratować kopalnia. I znów zdołali ją rozminować.
– Dla mojego ojca nie była to ani sprawa polska, ani niemiecka. Bronił kopalni, bo to było całe jego życie – mówi Simonides.
 

Strach werbusów


Rudolf Wróbel, urodzony w Nikiszowcu, kończy szkołę w 1956 r. Pod nosem nuci: „Hej chłopcy, junacy, dziewczęta. Do roboty, do roboty. Jedno hasło jak rozkaz pamiętaj. Do roboty, do roboty”. – Podobały mi się te piosenki z radia, to żech się chycił za murarza – mówi. Ale kopalnia kusi go lepszym zarobkiem.

– Dali mnie do transportu węgla. Potem kazali czyścić taśmociągi, aż mogłech pójść na filary. Kiedyś na grubie nie było kombajnów, co kroiły pokłady. Węgiel rąbało się na filarach.
W kopalni coraz więcej werbusów z całej Polski. – Nie żyli z nami na osiedlu, ino w hotelu robotniczym, w wulcoku. Roboty trza ich było uczyć. Biedne były chłopaki, my im sznitki na dniówka przynosili – wspomina Wróbel. – A śmiechu było, bo jak wsiadali do szoli, to my godali: trzymej się chopie, bo zarozki bydzie zakrynt. I oni się trzymali mocno, choć szola jak winda, jeździ ino góra–dół – śmieje się Wróbel.
Sówka: – My tych z Polski durś robili za bozna. Godaliśmy: Podej mi tyn łon. To było takie słowo-wytrych. Kto robił na dole dłużej, wiedzioł, że potrzebny jest majzel albo łom. A oni nie. Roboty nie znali. – No pryndzyj, podej tyn łon, poganialiśmy. A te boroki nie wiedziały, o co chodzi. Boroki po szychcie wchodziły do łaźni. Na łańcuszkach, podwieszone pod sufitem, wisiały brudne ubrania. Setki. Werbusy do łaźni i patrzyli w górę. – Co to jest? – pytali.
– To rzeczy górników, którzy zginęli w kopalni – mówili im starsi. Wróbel jeszcze dziś śmieje się na to wspomnienie. – No, ale jak werbusy strach mieli już bardzo wielki, to my się im starali życie umilać – mówi.
– Na kopalni robił taki jedyn Maks, głuchy na jedno ucho. I my przy nich z Maksa żartowali. – Maks, jak zdrowie?
A on: – Kombajn gotowy w połowie.
– Maks, wybierają do rady.
– A jo pieprza na wulcu obiady.
No i już się wszyscy śmiali i było lżej.

Etos pracy w PRL-u


W 1978 r. Jan Woźniak, absolwent Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej, podpisuje umowę o pracę z kopalnią „Sośnica” w Gliwicach. I zauważa, że rodowici Ślązacy są bardziej przywiązani do pracy, a przyjezdni jak niebieskie ptaki; co rusz ktoś zapije, rzuci robotę, a za dwa dni ma nową. Widzi, że sztygarzy nie szanują górników, na odprawie przed zjazdem na dół słyszy: „Ty, chuju, pójdziesz tu, a ty zapierdalaj tam. I zabierz ze sobą jeszcze tego młodego chuja”. Poza tym władza rozdaje szpady na lewo i prawo, choć to symbol długoletniej, nienagannej pracy. Woźniak: – Dostałem białe sztygarskie ubranie, ale było mi wstyd. Chciałem się jak najszybciej pobrudzić, żeby się nie wyróżniać. Koledzy z nadzoru śmiali się, że jestem taki wrażliwy. Mówili: ludzie miękcy nie mają czego szukać na dole. Nam trzeba ludzi twardych, odważnych, podejmujących szybkie decyzje.

Jan Gerlich, inżynier z kopalni „Pokój” w Rudzie Śląskiej: – Było jak w obozie pracy. Ministerstwo opieprzało tych ze zjednoczenia, ci ze zjednoczenia ochrzaniali dyrektorów kopalń, a oni z kolei wyżywali się na dozorze. Uważali, że jak nam nie dadzą w dupę, to nie będzie wyników. Robota w świątek piątek, soboty i niedziele. Po szychcie obowiązkowe odprawy, ale dozór bał się zdawać raport, jak urobek był za mały. Siedzieliśmy pod ziemią, dopóki nie było nafedrowane zgodnie z planem. Ledwo człowiek wszedł do domu, znowu go wzywali. Wieczne napięcie. Dobrze zarobić można było tylko w nadgodzinach. Górnicy na normalnej dniówce słabo fedrowali – a to kombajn się zepsuł, a to taśmociąg się zerwał. Plany robili w nadgodzinach i kasa leciała.
 

Socjal kłuje Polskę w oczy


Bronisław Michalewicz z kopalni „Wieczorek” o tamtych czasach mówi z nostalgią: – Jestem z Kaszub, z wykształcenia technik budowy okrętów. Przyjechałem na Śląsk ponad 30 lat temu i zostałem „kaowcem” w hotelu robotniczym dla górników. Organizowałem im dyskoteki, wycieczki, kino. Piłem z nimi. O socjalu wiem wszystko. Jak górnik robił w soboty i niedziele, nie dostawał pieniędzy do ręki. Zarobek za te dni miał wpisany do książeczki „G”, a potem hulaj dusza w sklepie górniczym. Tam towary niedostępne gdzie indziej: narty, dywany, sokowirówki. No, wszystko. Kto nie ma książeczki „G”, może poprosić górnika, by coś mu kupił. Ale nie za darmo. Pralka Amica kosztuje 1 119 zł – górnik sprzeda za nie mniej niż 4 400 zł, bo złotówka górnicza jest warta 4–5 razy więcej.
– Moi znajomi z Kaszub, którzy wyjechali na Śląsk, chcieli się pokazać – mówi Michalewicz. – Przysyłali do domów lodówki, telewizory, pralki automatyczne. Pokazywali rodzinie złote sygnety. Opowiadali o ośrodkach wczasowych w Bukowinie, Tresnej, Jaworzu i o wczasach w Bułgarii, bo raz na trzy lata mieli prawo wyjazdu do demoludów. Każdy Polak, który jechał na Zachód, mógł kupić w banku 100 dolarów.
– A górnik dodatkowe 150 – mówi Michalewicz. – Kopalnie utrzymywały kluby sportowe i wyciągi narciarskie. Wystarczyło powiedzieć i podstawiali autobus na narciarski wyjazd. Nasza kopalnia miała dwa lodowiska. Biletów na mecze zawsze był gruby plik. Wiadomo, klub dał bilety, a kopalnia za nie płaciła, ale górnicy zawsze szli za darmo. Ach, jak Polska zazdrości górnikom! Na węglarkach, które wracają puste na Śląsk, można przeczytać: „Masz zabić świniaka, lepiej zabij Ślązaka”.
 

Za Gierka tu było eldorado


– To tylko tak pięknie wyglądało – mówi Andrzej Ciok, wiceprzewodniczący „Solidarności” w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Do Jastrzębia Zdroju przyjechał w 1976 r., zatrudnił się w kopalni „Borynia”. – Na Śląsk uciekało się przed wojskiem. Ilu było takich, co planowali odrobić i wrócić? Ale kopalnia szybko dawała mieszkanie. Za Gierka tu było eldorado. Tyle że komuna zaczęła szaleć. Na „Boryni ”pracowało 9 tys. osób, a co roku było do podziału tylko sto talonów na auto. Nawet dyrektor się nie liczył, talony dostawali działacze partii. Sekretarz pojeździł polonezem dwa lata, a potem sprzedał z zyskiem, bo auto na giełdzie było droższe niż nowe. Zresztą, sekretarz zaraz dostał nowy talon. Na najlepiej płatnych stanowiskach pracowali członkowie partii. Kto chciał iść do technikum, musiał należeć do ZMS-u albo partii. Nawet przy flaszce z kolegami nie mówiło się o poglądach. Każdy się starał uszczknąć jak najwięcej z pańskiego stołu. Widziałem, jak na zabawie oddziałowej podpity górnik proponował: „Panie sztajger, weźcie moja baba, skorzystajcie, bo ona dzisiaj bez majtek”. Ludzie nie mogli już znieść tego gnojenia.

Ciok wciąż się wzrusza, gdy wspomina górnicze strajki z 1980 r. Stanęły wtedy jastrzębskie kopalnie. – Komuniści się tego po nas nie spodziewali. Wszyscy mówili, że jesteśmy pieszczochami PRL-u. Ale nawet pieszczoch nie zgodzi się na upodlenie – mówi Ciok. – Na „Boryni” wybuchł strajk, bo dyrektor protestującym górnikom obiecał, że im przyśle trzy wozy siana. A my nie byliśmy bydłem. Tak to się zaczęło.

– Ludzie mieli też dość systemu czterobrygadowego – dodaje Roman Brudziński, szef „Solidarności” w kopalni „Zofiówka”. – Pracowali przez sześć dni pod rząd, nawet w niedziele i święta, a potem dwa dni odpoczywali. Wolna niedziela wypadała raz na siedem tygodni. A górnicy to tradycjonaliści, przywiązani do Kościoła. Bolało ich to, że nie mogli chodzić na niedzielne msze. Nikomu nie mogli się poskarżyć, chyba tylko księdzu w konfesjonale.
 

Koniec przywilejów


W wolnej Polsce ma być inaczej, ale już w połowie lat 90. Śląsk słyszy: kopalń jest za dużo, trzeba zamykać. Znikają: „Jowisz”, „Saturn”, „Silesia”, „Czeczott”… Kopalnia ma działać na zasadach rynkowych.

W 1998 r. reforma. Ludzie mogą sami odchodzić z kopalń. Dostaną odprawę, nieco ponad 30 tys. zł na rękę, ale już nigdy nie będą mogli wrócić. Wielu się decyduje. Po Śląsku krąży dowcip: „Wpada górnik do salonu samochodowego i pyta: – Są peugeoty? – Są – odpowiada sprzedawca. – A są zielone? – Tak. – To wezma dwa”.

– To nieprawda – mówi prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. Górników, którzy wzięli odprawy, podzielił na grupy. – Najmniej liczna, bo dwuprocentowa, to desperados. Za pieniądze z odpraw jeździli na Karaiby albo „na balety” do Krakowa. Wszystko przehulali. Konsumenci (40 proc.) kupili meble, auta, telewizory. 10 proc. zainwestowało w małe firmy – pijalnię piwa, tor gokartowy, parking. Pozostali dali pieniądze na lokaty, nazywam ich rentierami. Aż 7 proc. trzymało kasę w skarpetach. – Ci, co wzięli odprawy, spotykali się szybko w kolejce do pośredniaka – mówią górnicy.

– „Wieczorek” jest jedyną kopalnią, która jeszcze daje pieniądze na rekreację – mówi Michalewicz. – Mamy klub emeryta, proponujemy wczasy w Tunezji albo wyjazdy na grzyby. Ale płatne. Jak rodzinie górniczej dają medal za długotrwałe pożycie małżeńskie, to do Urzędu Stanu Cywilnego jedzie poczet sztandarowy. Orkiestra dęta zagra też górnikowi na pogrzebie. To chyba wszystko. „Tata” – barczysty, silny, z wąsem. Wzbudza zaufanie. – Zwą mnie „Tata”, bo każdemu pomogę – mówi z dumą. Na Śląsk przyjechał w latach 70. z Poznania, z kolegą. Po pierwszej dniówce w bytomskiej kopalni „Rozbark” kolega się spakował i uciekł. „Tata” ma żal do rządzących, bo zamknęli „Rozbark”. – Węgiel tam był niesamowity. Wysokokaloryczny! Mój „Rozbark” był w środku listy do zamknięcia. Przed nami była „Andaluzja”. Robiliśmy jak głupki, żeby nas tylko oszczędzili. A potem było oszustwo. Zamknęli „Rozbark”, bo przy „Andaluzji” było wielkie osiedle, które żyło z kopalni. Byłaby rozróba. A my, w środku miasta, rozparcelowani, nie mieliśmy nic do gadania – mówi. – „Andaluzja” weszła na nasze pokłady i fedruje. A nasze szyby zasypali.

„Tata” musiał się przenieść do „Pokoju” w Rudzie Śląskiej, ale tęskni za „Rozbarkiem”. – Tam ludzie byli inni. Wszyscy się znali, był mannschaft, męska sztama. Tutaj jest inaczej. Ludzie liczą pieniądze. Brakuje rąk do pracy, przychodzą młodzi. Nic nie potrafią. Dyrekcja chucha na nich i dmucha, bo jak odejdą, nie będzie komu robić. Denerwują mnie. Ja takiemu nie mogę nawet powiedzieć „ty chuju”.

Gdy Michał Pawlik przeszedł na emeryturę, kopalnia „Wieczorek” zaproponowała mu miejsce w poczcie sztandarowym. To wielki honor, choć Pawlik wie, że czasy są już inne. – Nikt już nie patrzy na tradycje. Dzisiaj liczy się tylko pieniądz. Kopalnia ma tylko wydobywać węgiel. Resztę robią firmy zewnętrzne, które zabierają górnikom miejsca pracy. Górnika dzisiaj nikt nie ceni. I atmosfera w kopalniach jest inna. Kiedyś oddziały się spotykały, kuligi wspólne robili. Przy piwku usiedli, pogadali. Teraz każdy po szychcie zamyka się w swoich czterech ścianach.

Ciok: – Nikt o nas nie dba. Wszyscy powtarzają, że górnicy najwięcej zarabiają, że mają przywileje, że do górnictwa trzeba dopłacać, a to bzdura i kłamstwo. Nikt nie pamięta, że w latach 90. ceny węgla były urzędowe, a kopalnie musiały kupować stal, drewno, maszyny po cenach rynkowych. Za AWS-u rząd raz wpompował do kopalń pieniądze, bo to była rekompensata za lata strat. Tylko raz! Kopalnie zarabiają na siebie i górnika boli, że przyprawia mu się gębę pasożyta. Nie mogą nam darować tych sklepów „G”, a zapominają, że to my wywalczyliśmy wolne soboty. Straciliśmy prestiż i zarobki. Na liście najbardziej poważanych zawodów jesteśmy na 70. miejscu! Chyba niżej niż zamiatacz ulic. Jak człowiek jedzie w Polskę, widzi w oczach ludzi pogardę. Do pracy w kopalni wstyd się przyznać.
 

Który zakład tyle daje?


Stanisław Rowiński ma 46 lat i 53 kilo wagi. Chudziutki jak patyczek. Do „Pokoju” trafił ze zlikwidowanej kopalni „Powstańców Śląskich”. – Robię tylko na pierwszej zmianie – zastrzega. Codziennie wstaje o 3.30 rano i tramwajem jedzie do kopalni. Zaraz po szychcie do domu. Zadowolony. Wylicza korzyści, jakie ma z pracy w „Pokoju”: – W „Powstańcach” miałem 1 600 zł na rękę, tu zarabiam 2 500 zł. Z działu socjalnego od razu dostałem bon na zakupy do sklepu. Na 200 złotych, i to do Tesco! W „Powstańcach” dawali po 50 zł, do realizacji w Społem. Córka do Włoch jedzie z wycieczką. Płaci kopalnia, ja tylko 338 zł. Wypłata jest zawsze na czas. Wystarczy pokazać pasek z kopalni, a w każdym banku dadzą mi kredyt. Ludzie przychodzą, patrzą, jak mam zrobione mieszkanie, i zazdroszczą. Który zakład tyle daje? – pyta.

Prof. Szczepański obliczył, że w ciągu ostatnich 20 lat z polskich kopalń odeszło prawie 300 tys. górników. Zostało 115 tys., ale to wciąż wielka siła. Boją się zmian. Na stu górników aż 16 skończyło tylko podstawówkę. Mają dzieci na utrzymaniu, a żony aż połowy górników nigdy nie pracowały. Śląsk tęskni za latami świetności, bo nikt głośno nie powiedział, że przyszłości tego regionu nie da się budować na węglu. Zawód górnika nie niesie już ze sobą cywilizacji, a kopalnia przestała być centrum ustalonych wartości i ładu. Zdaniem profesora przyszłość regionu to usługi.


Nikiszowiec leży na szlaku zabytków. Nieliczni turyści wysypią się z autokaru, popatrzą, pstrykną zdjęcia i odjeżdżają. Nie zostawiają złotówki, bo nie mają gdzie. – No, chyba że w budce z napojami koło szpitala albo w barze za torami w stronę Janowa – radzą nikiszowianie.

Ewa Gryt ma w Katowicach firmę cateringową. Wierzy w Nikiszowiec. Kupiła cztery mieszkania w familokach. Jedno już gotowe. W kuchni wystrój tradycyjny – byfyj, piec węglowy. W oknach zazdroski. W sypialni stara szafa i święty obraz nad małżeńskim łożem. 150 zł za dobę, w weekend – 180 zł. Na rynku Gryt postawiła letnią kawiarenkę.

Mieszkańcy osiedla założyli stowarzyszenie. Zbierają na kamery, które będą śledziły kiboli w kapturach. Kolejki Balkan nie da się ożywić, ale może uda się sprowadzić jej kopię? Jeździłaby na kołach i woziła turystów. Z rynku trzeba usunąć samochody, by ludzie mieli się gdzie spotykać. – Może jeszcze będzie tu eldorado, jak dawniej? – marzy Wróbel. Prof. Szczepański nie daje szans: – Do tego, co było, nie ma powrotu.

Ale Nikiszowiec nie wierzy. Do dziś wspominają tu górnika, który na emeryturze zrobił sobie minikopalnię w piwnicy. Ładował węgiel, wnosił na górę i przez pochylnię w oknie wrzucał znów do piwnicy, aż żona z góry wołała: – Fajrant! Był rytuał mycia się, przebierania na czysto, zasiadania do stołu – tak, jak to robił przez całe swoje życie. Ale umarł.

Jan Woźniak: – Na „Sośnicy” był facet, który 40 lat pracował jako pompiarz. Koledzy z pracy zrobili mu kawał. Zadzwonili w nocy, że woda zalewa kopalnię. Wsiadł w auto i przyjechał, choć już od półtora roku był na emeryturze.

Strzelecki: – Na emeryturę poszedłem w 1985 r. Ciągle śni mi się kopalnia. Jak zjeżdżam, jak strzelam, jak fedruję. To lubię. Ale jak śni mi się inspekcja z urzędu górniczego, to się budzę nerwowy.

Dorota Simonides: – Prawdziwy górnik nigdy nie odejdzie z kopalni. Dla niego kopalnia to nie jest sposób zarabiania na życie. Dla niego kopalnia to jest życie.

Dariusz Kortko, 2009