Jak starożytne chińskie lekarstwa zmieniają współczesną opiekę zdrowotną.

Ta część Chin jest płaska jak stół i jak okiem sięgnąć pokrywają ją schludnie uprawione pola. Ale pomiędzy pszenicą, ryżem i rzepakiem widać zagony ziół uprawiane przez tysiące rolników. W miarę wzrostu światowego popytu na leki ziołowe chińscy farmerzy przeznaczają coraz więcej ziemi pod uprawę setek gatunków leczniczych roślin. W roku 2017 tamtejsza branża uprawy ziół wygenerowała ok. 25 mld dol.

Zanim jednak rzucisz pracę, by hodować zioła, weź pod uwagę jedno: produkcja roślin klasy medycznej jest wyjątkowo trudna. Siła chemiczna każdego zioła może być bardzo różna, w zależności od wielu czynników – minerałów zawartych w glebie, wysokości nad poziomem morza, terminu i metody zbiorów. No i jest jeszcze sprawa podgatunków, które mogą wyglądać bardzo podobnie, ale mają nieco odmienne składy chemiczne.

Po części właśnie z uwagi na te problemy FDA zaaprobowała dotąd tylko dwa leki ziołowe na receptę – środek do leczenia kłykcin kończystych z zielonej herbaty i lek przeciwbiegunkowy z soku smoczej krwi. Oba specyfiki są robione z jednej rośliny, a w skład PHY906 wchodzą cztery, co oznacza, że dla uzyskania jednolitego produktu trzeba kontrolować więcej zmiennych.

– Ta złożoność jest poniekąd przyczyną faktu, że nie ma żadnych wieloziołowych leków zaaprobowanych przez FDA – mówi Peikwen.

Kiedy w końcu docieramy na jedno z pól, które dały PHY906, jestem, szczerze mówiąc, trochę rozczarowany. Farmer Chen, pomijając fakt, że mówi po mandaryńsku, mógłby równie dobrze pochodzić z Kansas. Ma zabłocone buty, grubą kurtkę i baseballówkę. Wyciąga swojego iPhone’a i prosi Siri o przetłumaczenie na angielski chińskiej nazwy rośliny, którą uprawia. „Piwonia” odpowiada aplikacja.
Gdy obchodzimy jego pola piwonii i tarczycy, mówi o płodozmianie, analizach gleby i wody oraz protokołach sadzenia i zbiorów. Wyjaśnia, że przed wysłaniem ziół technicy z Sun Ten przeprowadzają szereg testów, aby potwierdzić gatunek, zbadać poziomy mikroorganizmów, toksyn i metali ciężkich oraz sprawdzić jakość na inne sposoby.

– Słyszałeś o ruchu „od producenta do konsumenta” – wtrąca Peikwen. – A tu mamy hasło „od producenta do pacjenta”.

Mówię mu, że to brzmi jak slogan reklamowy, ale Chen zapewnia, że taka jest prawda.

– Większość firm produkujących leki ziołowe nie sprowadza surowców z gospodarstw takich jak to – mówi. – Biorą je z Bozhou.

Jeśli kupujesz chińskie zioła na Amazonie, jest całkiem możliwe, że przeszły przez Bozhou, miasto na wschodzie, centrum świata chińskiej medycyny. Każdego dnia 10 tys. kupców sprzedaje tam tysiące różnych produktów 30 tys.nabywców z całej Azji Południowo-Wschodniej. Wszyscy tłoczą się w kolosalnej budowli przypominającej kryty kopułą stadion piłkarski.

Tego ranka, kiedy odwiedzam Bozhou, na targowisku huczy już jak w ulu. Idę zygzakiem niekończącymi się przejściami, mijając kolejne przepastne stoiska, z których każde wypełnione jest po brzegi beczkami, workami, paletami i taczkami z całym mnóstwem towarów, wytworzonych, jak się wydaje, z niemal każdej rośliny, minerału i stworzenia, jakie istnieje na naszej planecie. Są tam tak egzotyczne artykuły, jak penisy jeleni, ludzkie łożyska, kości bawołów i suszone koniki morskie. Jest tam wielki dział poświęcony leczącemu wszelkie choroby korzeniowi żeń-szenia – czerwonemu i białemu, dzikiemu i uprawianemu, świeżemu i suszonemu, kosztującemu od kilku do kilku tysięcy dolarów. W dziale owadów przestaję liczyć różne gatunki pareczników, kiedy dochodzę do 11.

Przyjechałem tu, żeby zobaczyć źródło większości chińskich leków ziołowych sprzedawanych na całym świecie. Wygląda na to, że można tu znaleźć każdy składnik, ale niewiele wiadomo o tym, jak albo gdzie został wyhodowany. Oczywiście bez trudu znajduję wszystkie cztery komponenty PHY906 – ale wszystkie są sprzedawane przez pośredników, którzy mało wiedzą o ich pochodzeniu. Kiedy mam już opuścić targowisko, moją uwagę zwraca pewna substancja. 

W dziale ze scypułem z jelenich poroży dostrzegam szklaną gablotkę z rzędem buteleczek zawierających żółtawy płyn. Pytam sprzedawcę,   co to jest, a on prosi sąsiada, żeby tłumaczył.
– Zabrać z niedźwiedzia – mówi ten człowiek. – Bardzo dobre.

Paul Iaizzo kocha niedźwiedzie. Jako szef laboratorium Visible Heart (Widoczne Serce) na Uniwersytecie Minnesoty jest szczególnie zainteresowany wyjątkową fizjologią niedźwiedzi. Wraz ze stanowym Departamentem Zasobów Naturalnych bada ich sen zimowy.

Iaizzo, wysoki i szczupły, z grzywą siwych włosów, wylicza tajemnice otaczające te zwierzęta, które spędzają do sześciu miesięcy w zupełnej bezczynności, a mimo to nie doznają żadnych niepożądanych skutków. Oddychają zaledwie dwa razy na minutę. Ich temperatura spada o 10 proc., co u ludzi wywołałoby hipotermię. Regularnie tracą ponad połowę tkanki tłuszczowej, ale nie ubywa im mięśni. Ich serca potrafią zatrzymać się na 20 s, ale krew im nie krzepnie. Ludziom grożą śmiertelne zakrzepy już po kilku sekundach zatrzymania akcji serca. A mimo to, jeśli zbliża się drapieżnik, niedźwiedź potrafi się ocknąć, żeby bronić legowiska.

– I jego serce nie doznaje uszkodzeń – wyjaśnia Iaizzo.

Najwcześniejsza wzmianka o żółci niedźwiedzia w literaturze chińskiej pojawia się w 40-tomowym traktacie z VIII w. zatytułowanym Medyczne sekrety urzędnika. Zaleca on żółć na problemy z wątrobą, a także gorączkę, hemoroidy i inne dolegliwości. W 1902 r. pewien szwedzki naukowiec wyodrębnił jeden ze związków żółci niedźwiedzia, nazwany później kwasem ursodeoksycholowym, używany dziś w lekach na choroby wątroby i kamienie żółciowe.

W przychodni w Chengdu tradycyjny lekarz sprawdza puls pacjentki w obecności innych oczekujących. Później obejrzy jej język i zbada inne części ciała, żeby rozpoznać objawy, a następnie przepisze kurację, która przywróci równowagę organizmu i pomoże zwalczyć chorobę.