Jak starożytne chińskie lekarstwa zmieniają współczesną opiekę zdrowotną.

Z perspektywy prowadzonych badań to może być złoty wiek. Naukowcy z czołowych uniwersytetów USA i Europy, a także z wielu uczelni azjatyckich, szukają naukowych podstaw pewnych tradycyjnych metod leczenia takich chorób jak rak, cukrzyca i parkinson.

Ale próby łączenia nowoczesności z tradycją są coraz powszechniejsze także wśród klientów systemów opieki zdrowotnej. Kiedy zachodnia medycyna nie przynosi im ulgi, Amerykanie sięgają po tradycyjne kuracje, zwłaszcza akupunkturę oraz bańki, terapię lansowaną przez wielu zawodowych sportowców. Internet doprowadził do wzrostu popularności środków ziołowych, które są często tańsze od farmaceutyków przepisywanych przez lekarzy. 

Można też znaleźć lekarzy, którzy wyklinają chińską medycynę jako pseudonaukę i szarlatanerię, wskazując na jej najbardziej dziwaczne przejawy, takie jak ordynowanie petard w celu przepędzenia demonów albo tajemnicze, wciąż stosowane koncepcje w rodzaju mglistej siły życiowej zwanej qi (co dosłownie oznacza „parę unoszącą się z ryżu”). Inni pomstują na wykorzystywanie części ciał zwierząt i ostrzegają przed potencjalnymi zagrożeniami, jakie niosą ziołowe mieszanki.

Dwumiesięczny Ren Yanyu z Chengdu jest obmywany ziołowym roztworem, który ma odtruć i ochłodzić jego ciało w wilgotnych miesiącach lata. Ta terapia jest zgodna z chińską filozofią utrzymywania ogólnego dobrostanu, a nie tylko leczenia dolegliwości, kiedy już się pojawią.

– Rzadko spotyka się kogoś, kto patrzy na to obiektywnie – mówi Paul Unschuld, czołowy autorytet w dziedzinie historii medycyny chińskiej, który często bezwzględnie krytykuje sposób jej interpretacji. Zebrał i przetłumaczył setki antycznych tekstów medycznych, a teraz współpracuje z chińsko-niemieckim startupem nad ich przebadaniem pod kątem leczenia szeregu dolegliwości, łącznie z padaczką. – Ludzie generalnie dostrzegają tylko to, co chcą zobaczyć. Nie próbują w pełni zrozumieć zalet i wad danego podejścia.

Po raz pierwszy przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy pisałem o nosorożcach zabijanych przez kłusowników ze względu na rogi. Według starożytnych chińskich formuł róg nosorożca może służyć do leczenia gorączki i bólów głowy. W Wietnamie spotkałem ludzi używających go do leczenia kaca i skutków ubocznych chemioterapii. Liczne badania naukowe dowiodły, że róg nosorożca, zbudowany z keratyny (tak jak nasze paznokcie) ma niewielkie lub żadne skutki farmakologiczne w przypadku połknięcia. Lecz niektórzy pacjenci zażywający ten środek mogą doznawać ulgi ze względu na efekt placebo. Po publikacji tamtego artykułu dostawałem gniewne listy od czytelników potępiających chińską medycynę jako „ciemną”, „okrutną” i „zbliżoną do czarów”.

Taka krytyka nie jest bezpodstawna. Sprzedaż rogów w Azji jest głównym czynnikiem pchającym populacje nosorożców ku zagładzie. Oprócz niedźwiedzi wiele innych zwierząt – w tym kilka gatunków zagrożonych, takich jak tygrysy, lamparty i słonie – pada ofiarą kłusowników lub jest hodowanych z uwagi na części ich ciał.

Ale nie zapominajmy, że współczesna medycyna ma własne kontrowersyjne praktyki. Skuteczność wielu popularnych leków przeciwdepresyjnych jest gorąco kwestionowana. Pewne badania dowodzą, że dają one niewiele więcej niż placebo. A jednak te preparaty są powszechnie sprzedawane i często przepisywane przez lekarzy, przynosząc miliardy dolarów dochodu. Jeśli zestawić to z innymi głośnymi przykładami – nadmiernym przepisywaniem opioidów, zachwalanymi przez lekarzy dietami cud i budzącymi wątpliwości operacjami chirurgicznymi – oburzenie, jakie budzi na Zachodzie medycyna chińska, może się wydać bardziej hipokrytyczne niż hipokratejskie.

W tym miejscu to i owo może wyjaśnić wężowy olej (w j. angielskim zwyczajowe określenie cudownego leku – przyp. tłum.). Ten środek, od dawna kojarzony ze szwindlem, jest właściwie chińską maścią robioną z tłuszczu morskiego węża wiosłogona prążkowanego. Historycy uważają, że dotarł on do USA w XIX w. wraz z chińskimi imigrantami budującymi tam koleje, którzy używali go do leczenia obolałych stawów i mięśni. Substancja zyskała podejrzaną reputację, kiedy amerykańscy kanciarze zaczęli sprzedawać ropę naftową jako chiński olej z węża. Sęk w tym, że jak wykazały badania, tłuszcz wiosłogona, składnik kilku tradycyjnych leków chińskich, zawiera więcej kwasów tłuszczowych omega-3 niż łosoś. Te kwasy są znane z ograniczania stanów zapalnych i poziomu złego cholesterolu, poprawy zdolności poznawczych i łagodzenia depresji. Obecnie używa się ich w kilku produktach do pielęgnacji skóry.