Piotr Chmieliński podsumowuje brawurową przeprawę Aleksandra Doby przez Atlantyk. Ostatnia wyprawa kajakarza dostarczyła i jemu i jego kibicom ogromnych emocji.

Minął miesiąc od zakończenia Trzeciej Transatlantyckiej Wyprawy Kajakowej Aleksandra Doby. Ekspedycja realizowana trasą przez północny Atlantyk, ze Stanów Zjednoczonych do Europy stanowiła szczególne wyzwanie dla samego kajakarza, jak i całego grona osób, które zaangażowały się w osiągnięcie jego celu. Kiedyś ktoś mi powiedział, że ciekawi  świata ludzie dążący z uporem i determinacją do spełniania swoich marzeń zawsze mogą liczyć na czyjąś bezinteresowną pomoc. Przekonałem się, że tak jest, gdy mnie pomagano realizować cele wypraw, w których uczestniczyłem, przekonałem się o tym także przy okazji podróży Olka.  Gdy było potrzebne wsparcie – zawsze znalazł się ktoś, kto chętnie go udzielił. Czas więc na podziękowania.

Sandy Hook w stanie Nowy Jork, USA

Start wyprawy do łatwych nie należał. Olek wyruszył pod koniec maja 2016 roku, ale już po czterech dniach był zmuszony przerwać podróż ze względu na uszkodzenie kajaka, do którego doszło w efekcie uderzenia o piaszczysty brzeg. Razem z Dorotą i Luisem Muga oraz moim synem Alexem ściągnęliśmy wówczas rozbitego „OLO” z plaży, a firma Adama Rutkiewicza przewiozła go do Polski, gdzie został naprawiony, bo wypadek wcale nie oznaczał końca ekspedycji.  

Rok później, 7 maja Olek wypłynął ponownie, już z zatoki Sandy Hook, czyli z miejsca, gdzie na skutek fatalnej awarii podczas pierwszej próby przerwał wyprawę. Warunki pogodowe nie ułatwiały wyjścia na pełny ocean. Po zerwaniu się z kotwicy „OLO” omal nie rozbił się o skały. Dzięki pomocy poławiacza małży, Randy Stevensa oraz braci Pete’a i Jeffa Patach, właścicieli łodzi motorowej, która zholowała kajak, udało się uniknąć tragedii, a Olek wkrótce wypłynął na otwarte wody Atlantyku.