Przez stulecia był areną rywalizacji mocarstw. Anglicy nazwali go cmentarzem imperiów. Dziś Afganistan próbuje się podnieść po trzech dekadach komunizmu, wojen i islamskiego ekstremizmu. W historię tego fascynującego kraju zaplątali się po raz kolejny także Polacy…

Afgańczycy opowiadają, że gdy Bóg tworzył świat, zostały mu w ręku różne pomieszane skrawki. Rzucił je więc na ziemię i tak powstał Afganistan. Naprawdę jednak państwo to utworzono dopiero w XIX w. Kiedy Polacy wzniecali powstania przeciw zaborcom, cała rozkwitająca niegdyś Azja Środkowa, przez którą wiódł Jedwabny Szlak, była zapomnianym, archaicznym regionem. Plemionami despotycznie rządzili chanowie, emirowie, a na zupełnych odludziach władza pozostawała w rękach zwykłych watażków, starszyzny plemiennej oraz mułłów i świętych mężów – pirów.
Dopiero kiedy do rywalizacji w grze o Azję Środkową i Afganistan stanęły naprzeciw siebie wielkie imperia – Brytyjskie i Romanowów – administratorzy mocarstw wytyczyli granice kraju tak, by obaj hegemoni się nie stykali. Chodziło o stworzenie bufora, który amortyzowałby styk imperialnych płyt tektonicznych.
W tym sensie sytuacja Afganistanu się nie zmieniła. Zawsze był on tylko czymś w rodzaju korytarza. Dla Rosji carskiej – do kontynentu subindyjskiego, dla Anglików – bramą do Kokandu, Samarkandy, Buchary i Chiwy, dla ZSRR – etapem w ekspansji do ciepłych wód Oceanu Indyjskiego.
Sztuczne wytyczenie granic w XIX w. do dziś kładzie się cieniem na całym regionie. Ziemie zamieszkane przez Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków zostały podzielone między mocarstwa i Afganistan. Szczególnie dotknęło to Pasztunów, największy z miejscowych narodów, który lord Curzon podzielił na pół. Na dodatek na terytorium powstałego później Pakistanu wyznaczył Północno-Zachodnią Prowincję Pograniczną, gdzie do dziś istnieje tak silna autonomia, że władze w Islamabadzie pozostają praktycznie bez wpływu na Pasztunów. To dlatego Armii Czerwonej trudno było ujarzmić afgańskich mudżahedinów, a dziś ciężko jest opanować przelewanie się przez tę granicę talibskich oddziałów, karawan broni i narkotyków.
To nieprawda, że zamieszkany przez wojownicze i kochające wolność plemiona Afganistan nigdy nie został podbity. Najechał go i zdobył Aleksander Wielki, którego wojska zostawiły tu ponoć helleńskie geny. Do dziś w górzystym Nuristanie spotyka się płowych, niekiedy piegowatych autochtonów – potomków żołnierzy Aleksandra. Najeżdżali Afganistan Persowie i Arabowie, Uzbecy, Tadżycy, a wreszcie Mongołowie z Dżyngis-chanem i Timurem na czele – jednak nikomu z najeźdźców nie udało się w pełni spacyfikować górzystego kraju. Wojska rujnowały miasta, niszczyły oazy, uprawy i systemy irygacyjne. Tak jak dziś, władza najeźdźców, okupantów czy interwentów kontrolowała miasta – Kabul, Herat, Kandahar, prowincja zaś – góry, doliny i pustynie – pozostawała w rękach nieujarzmionych, kryjących się w pieczarach wojowników. Imperialne wojska wcześniej czy później wykrwawiały się lub przymierały głodem, kiedy do garnizonów nie docierało zaopatrzenie łupione w nocnych zasadzkach na ich kolumny aprowizacyjne. Anglicy podsumowując w XIX w. historię tego kraju, nazwali go „cmentarzem imperiów”. Tylko w tym stuleciu sami przegrali tam trzy wojny. Kiedy w popłochu opuszczali Kabul po klęsce poniesionej w 1842 r., Afgańczycy wyrżnęli 12 tys. żołnierzy i personelu brytyjskiego. Zdołał się uratować tylko jeden lekarz, dr William Brydon, którego puszczono wolno, aby ku przestrodze opowiedział o rzezi w brytyjskim garnizonie w Dżalalabadzie.



W ten pejzaż Wielkiej Gry rodem z przygodowych powieści Kiplinga wpisuje się postać Jana Witkiewicza, z tych samych Witkiewiczów, co późniejszy Witkacy. Urodzony w 1808 r. młody szlachcic został karnie wcielony do armii carskiej za gimnazjalny spisek. W drodze łaski karę śmierci zamieniono mu na dożywotnią służbę w batalionie liniowym w Orsku, na kresach Rosji, u wrót stepów turkiestańskich, jak wtedy nazywało się Azję Środkową.
Wydawało się, że Polak ugrzęźnie w prowincjonalnej jednostce, ale błyskotliwość, spryt i inteligencja zaczęły mu otwierać drzwi kariery w rosyjskiej armii. Szybko opanował języki perski i uzbecki, stając się przydatny dla Petersburga, łakomie spoglądającego w stronę południowych chanatów. Witkiewicz został wysłany z misją do Afganistanu. Miał tam szpiegować Anglików i paktować przeciwko nim z Afgańczykami. W 1839 r., czyli w czasie trwania I wojny afgańsko-angielskiej, Witkiewicz wrócił do Petersburga z zebranymi dokumentami i mapami topograficznymi tego kraju. W maju znaleziono go martwego w hotelu. Dokumenty zaginęły. Oficjalnie ogłoszono, że popełnił samobójstwo, ale mało kto wątpił, że za jego śmiercią stała ochrana bądź Anglicy. Władysław Jewsiewicki w książce Batyr: o Janie Witkiewiczu 1808–1839 ocenił, że Polak przyczynił się do klęski Wielkiej Brytanii w Afganistanie, otwierającej drogę rosyjskim wpływom.
Kolejni Polacy przybyli do Afganistanu sto lat po Witkiewiczu, w końcu lat 30. XX w. Inżynierowie, geolodzy i meteorolodzy – budowali drogi (Kabul-Dżalalabad), mosty, tunele, prowadzili badania klimatu, wykładali na uniwersytecie. Doktorzy Jan Drath i Edward Stenz oraz Bolesław Chwaściński to tylko niektórzy z nich. Chwaściński zresztą wrócił tam po wielu latach, jako kierownik pierwszej powojennej wyprawy w Hindukusz. W 1960 r. zdobyła ona najwyższy szczyt kraju, Noszak (7 485 m n.p.m.).
Nie wiadomo, ilu naszych rodaków, obywateli ZSRR, wysłano do Afganistanu w ramach „internacjonalistycznego obowiązku” z lat 1979–1989. Trafiali tam Polacy z: Litwy, Białorusi, Ukrainy, może z Kazachstanu. Nie wiadomo, ilu wróciło na pokładzie „Czarnego Tulipana” – specjalnego samolotu służącego do przewozu cynkowych trumien.
W czasach moich pobytów w Afganistanie znajdowało się tam co najmniej pięcioro Polaków. Byli to śmiałkowie, którzy rzucali wszystko i jechali pomagać mudżahedinom.
Lech Zondek wyemigrował z Polski specjalnie po to, by walczyć z Sowietami. Nadawał też korespondencje dla Głosu Ameryki. Zginął przypadkowo, odpadając w czasie wspinaczki od skały. Koledzy znaleźli jego ciało 5 lipca 1985 r.
Andy Skrzypkowiak, który wtajemniczał mnie w świat afgańskiej Świętej Wojny, był operatorem filmowym z brytyjskim paszportem. Syn żołnierza spod Monte Cassino, były komandos jednostek SAS, został w 1987 r. zamordowany przez partyzantów z fanatycznej partii Hezb-e-Islami w Nuristanie.
Kolejnym polskim mudżahedinem był Jacek Winkler, który na emigracji w Paryżu nawiązał kontakty z partyzantami i podobno dzięki fałszywemu paszportowi wyjechał do Afganistanu. W latach 1985–87 jako Adam Khan towarzyszył oddziałom komendanta Ahmada Szacha Massuda w dolinie Pandższeru. Winkler zginął tragicznie sześć lat temu w czasie wspinaczki na Mont Maudit w masywie Mont Blanc.

Pozostali Polacy aktywni w Afganistanie to Stasia Zedziełko z USA opiekująca się rannymi partyzantami i socjolog Marek Śliwiński. Jego raport o stratach ludności cywilnej podczas interwencji sowieckiej w Afganistanie, przyjęty następnie przez ONZ, był niewątpliwie najlepszą formą pomocy dla Afgańczyków.
Na początku lat 70. susze wywołały poważny kryzys gospodarczy w Afganistanie. Król Muhammad Zahir Chan nie potrafił mu sprostać. W lipcu 1973 r. obalili go młodzi oficerowie, którzy proklamowali republikę. Prezydentem został kuzyn króla Muhammad Daud Chan, w zimnowojennych czasach lawirujący między Wschodem a Zachodem i przyjmujący pomoc od obu stron. Do kraju przybywało coraz więcej rosyjskich doradców wojskowych, inżynierów, specjalistów. W latach 60. wykuli oni ogromny tunel Salang łączący Kabul z północą kraju. Żołnierze afgańskiej armii plotkowali, że Rosjanie każą robotnikom budować na lotniskach długie pasy startowe, do których prowadzą z północy szerokie drogi. Czy to aby nie dla sowieckich czołgów i transportowców?
W kraju rośli w siłę wyedukowani w ZSRR marksiści. W 1978 r. przewodzący komunistom Nur Mohammed Taraki wyprowadził wojsko na ulice i utworzył satelicką w stosunku do Sowietów Demokratyczną Republikę Afganistanu. Służba bezpieczeństwa, CHAD, siała bolszewicki terror, a jej machina wymordowała dziesiątki tysięcy ludzi. We wrześniu 1979 r. inny komunista Hafizullah Amin zabił Tarakiego (podobno udusił go poduszką), a trzy miesiące później rosyjski specnaz Alfa wylądował w Kabulu pod pałacem Amina, pozbawiając go życia. Jego miejsce zajął lojalny wobec Moskwy Babrak Karmal, agent KGB.
O inwazji usłyszałem tak jak wszyscy w Polsce i tak jak wszyscy wiedziałem o tym kraju tyle co nic. Budził naszą instynktowną sympatię, bo walczył z tym samym wrogiem – międzynarodowym komunizmem. Oznaki tej sympatii można było zauważyć od pierwszych dni inwazji. Ponoć ktoś dał ogłoszenie w Życiu Warszawy: Skóry Afganów sprzedam, i podał numer telefoniczny ambasady sowieckiej. Poźniej podziemna poczta Solidarności drukowała znaczki upamiętniające wojnę w Afganistanie.
W 1986 r. pojechałem jako reporter na rozgrzewkę do Nangarharu i przywiozłem pierwsze zdjęcia stingerów z pola bitwy. Partyzanci nabrali do mnie zaufania, a sprawa odbiła się sporym echem. Herat, do którego wybrałem się rok później, był uważany za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Afganistanie.
Afgańczycy słuchali serwisów BBC i wiedzieli, że Polska też jest sowieckim satelitą, znali nazwiska Wałęsy, Jaruzelskiego. Pytali zresztą często, czemu ten Wałęsa mówi, że nie trzeba walczyć. Uparcie tłumaczyłem więc – wiecie, u nas nie ma gór, jest płasko. A oni na to: bzdura – na płaskim też można walczyć. Wojna o kontrolę nad Ich Heratem trwała 13 lat!

Robert Byron, brytyjski podróżnik z lat 30 XX w. powiedział, że Afganistan to Azja bez kompleksu niższości. Ci ludzie nie uważali się za Trzeci Świat, mierzyli mnie swoimi kategoriami. I byli zdania, że to ja powinienem się do nich dostosować, przejść na islam i zostać wojownikiem Świętej Wojny – co byłoby dla mnie awansem. To mi imponowało. Wydawało się, że to ostatnie takie miejsce na Ziemi, gdzie nadal obowiązywały zasady tradycyjnego kodeksu honorowego – Pasztunwali, gdzie mężczyzna musi się sprawdzać jako rycerz, który na śmierć odpowiadał śmiercią, a gość w tej tradycji był i jest święty. To dlatego później talibowie nie mogli się ot tak pozbyć Osamy bin Ladena – był ich gościem, wobec którego mieli na dodatek dług wdzięczności za wsparcie finansowe i logistyczne przeciw Sowietom.
Sowieci, których wielka armia najechała Afganistan (przez ten kraj przewinęło się ponad milion żołnierzy), nie byli przygotowani na skalę oporu, którą zgotowali im mudżahedini. Ogromnego wsparcia antysowieckiemu ruchowi udzieliły też: USA i Wielka Brytania, ale przede wszystkim: Pakistan, Arabia Saudyjska, Iran i Chiny. Poza pieniędzmi i bronią do Afganistanu płynęli ochotnicy Świętej Wojny. Mimo niepokojących objawów rosnącego radykalizmu islamskiego, np. w postaci rewolucji irańskiej 1979 r., trudno było przewidzieć, w jaką siłę mogą się w przyszłości przerodzić tysiące radykalnych wyznawców proroka.
Mimo ogromnej przewagi sił i najnowocześniejszej broni wojska radzieckie wspierane przez afgańskie wojska rządowe nie były w stanie pokonać mudżahedinów. Stosowany przez nie terror, taktyka spalonej ziemi, miny-zabawki i naloty dywanowe, w których najbardziej cierpiała ludność cywilna, zraziły społeczeństwo. Ikoną tego konfliktu stał się nazywany Lwem Pandższeru Ahmed Szah Masud, Tadżyk odpierający kolejne ofensywy Armii Czerwonej na dolinę Pandższeru, która potem stała się ostatnim bastionem antytalibańskiego Sojuszu Północnego.
Przełomowy okazał się rok 1987. Rok wcześniej Afgańczycy dostali od USA stingery – rakiety samonaprowadzające się na ciepło silników odrzutowych. Dzięki tej miniwunderwaffe wraki radzieckich Migów i Su pokryły cały kraj. W 1986 r. Babraka Karmala zastąpił Mohammad Nadżibullah, który dostał od Rosjan szansę opanowania konfliktu. Nie dał jednak rady. Dwa lata później Afganistan, ZSRR, USA i Pakistan podpisały porozumienie pokojowe i Sowieci zaczęli się wycofywać. Gen. Borys Gromow jako ostatni radziecki żołnierz 15 lutego 1989 r. przekroczył granicę z ZSRR na „Moście Przyjaźni” na granicznej rzece Amu-darii.

Część kraju nadal pozostawała w rękach armii rządowej, ale w 1992 r. Masud zdobył Kabul. Zwycięzcy utworzyli nowy rząd, prezydentem kraju został Tadżyk Barhanuddin Rabbani. Rychło doszło jednak do rozbicia obozu zwycięzców. Walki o Kabul zrujnowały wcześniej prawie nietknięte miasto.
W dekadzie lat 90. Afganistan stawał się „czarną dziurą”. Kompletnie zniszczony kraj przerodził się w bandyckie „dzikie pola”, gdzie władzę dzierżyli skłóceni dowódcy polowi i bandy opryszków. Ogromną rolę zaczął odgrywać narkobiznes – głodni afgańscy rolnicy wytwarzają prawie 90 proc. światowej produkcji opiatów. Po kraju chodziły słuchy o tym, że byli komendanci piją na umór i oddają się cielesnym uciechom z porywanymi dla nich dziewczętami, a nawet chłopcami. Tragiczny obraz Afganistanu dopełniały liczby: dwa miliony ofiar, pięć milionów uchodźców w Iranie i Pakistanie, miliony kalek i sierot żebrzących na ulicach.
Zmęczenie wojną i jej fatalnymi skutkami, a także przejęcie afgańskich sterów przez Tadżyków, stworzyło idealne podłoże dla nowego fenomenu zrodzonego na pograniczu afgańsko-pakistańskim: ruchu talibów. Powstał on w 1994 r. w przymeczetowych szkołach koranicznych – talib oznacza ucznia, studenta. Rekrutujący się często z uchodźców afgańskich w Pakistanie bądź wojennych sierot talibowie są w większości Pasztunami.
Wychowani w obozach dla uchodźców bądź w wojennej zawierusze ogłosili światu swój cel: odnowę moralną Afganistanu i stworzenie państwa islamskiego na kształt tego z czasów proroka Mahometa. Matecznikiem talibów było południe kraju, z Kandaharem. Ugrupowanie, rozprawiając się z powojenną anarchią, szybko zdobywało poparcie na ziemiach zamieszkanych przez Pasztunów, nieufnym wobec dominacji Tadżyków skupionych wokół prezydenta Rabbaniego I Masuda. Niewątpliwie ogromną rolę w rozwoju tej siły odegrały pakistańskie służby specjalne. Tradycyjnie Islamabad dążył do zdobycia wpływu i obsadzenia swoimi ludźmi kabulskiego ośrodka władzy. Talibom od początku pomagały też fundamentalistyczne monarchie znad Zatoki Perskiej – stamtąd też w większości rekrutowali się zagraniczni bojownicy, którzy po wygranej wojnie z Sowietami pozakładali w Afganistanie ośrodki szkoleniowe dla wszelkiego rodzaju dżihadystów.
We wrześniu 1996 r. talibowie, kontrolujący 30 proc. powierzchni Afganistanu, zajęli Kabul i ogłosili powstanie rządu Islamskiego Emiratu. Na jego czele stanął jednooki mułła Omar. Rząd ten uznały tylko Pakistan, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i separatystyczne władze Czeczenii Dżohara Dudajewa. Reszta świata za legalną władzę uznawała wypędzonego z Kabulu prezydenta Rabaniego.

Pod koniec lat 90. talibom, dysponującym 110 tys. fanatyków, opór stawiał już tylko wspierany przez Iran i Rosję Sojusz Północny Masuda. Fundamentaliści błyskawicznie podbijali resztę kraju i wprowadzali prawo koraniczne. Kobiety zasłonili burkami, za używanie internetu, puszczanie latawców czy słuchanie muzyki groziły surowe kary. Cudzołóstwo, homoseksualizm oraz handel narkotykami karano śmiercią. Równocześnie talibowie tolerowali na kontrolowanym przez siebie terytorium produkcję heroiny, która szła w świat.
Prześladowania etnicznych i religijnych mniejszości sięgnęły zenitu. W zamieszkanej przez mniejszość chazarską prownicji Chazaradżat talibowie wywołali sztuczny głód. Ich minister kultury Kwadratullah Dżamal osobiści rozbijał młotem figurki przedstawiające Buddę w kabulskim Muzeum Narodowym.
W 2001 r. „rozstrzelali” z czołgów dwa gigantyczne starożytne posągi Buddy w Bamjanie.
Jednocześnie talibowie eksportowali swoją rewolucję – szkoleni przez nich fundamentaliści siali zamęt w poradzieckiej Azji Środkowej, muzułmańskiej części Chin, Pakistanie i indyjskim Kaszmirze. Docierali także do Czeczenii, Afryki Północnej, a nawet na Filipiny – wszędzie tam, gdzie islamiści chcieli obalać rządy i budować muzułmański kalifat.
Wreszcie największe zaniepokojenie społeczności międzynarodowej budziło tolerowanie przez talibów na swoim terytorium obozów szkoleniowych Al-Kaidy Osamy bin Ladena – weterana wojny afgańsko-sowieckiej.
9 września dwóch terrorystów przysłanych przez bin Ladena przybyło do doliny Pandższeru. Podając się za algierskich dziennikarzy, dotarli do kwatery Ahmeda Szaha Masuda. Gdy zdetonowali ładunek ukryty w kamerze, eksplozja śmiertelnie raniła Lwa Pandższeru.
Dwa dni później 19 zamachowców samobójców zaatakowało Amerykę. Zginęło 3 tys. niewinnych ludzi. Do zamachu z nieskrywaną satysfakcją przyznał się Osama bin Laden, niegdyś wspierany przez USA, a teraz walczący z obecnością wojskową Amerykanów w krajach Zatoki Perskiej. Mułła Omar postawił na szali autorytet talibów i odmówił wydania banity, który był jego gościem i sponsorem.
Zraniona Ameryka postanowiła dać talibom nauczkę. Siły lądowe Sojuszu Północnego wraz z lotnictwem amerykańskim rozgromiły talibów. Jak za dawnych czasów zebrała się Loja Dżirga – rada delegatów wszystkich prowincji. Po opanowaniu Kabulu na tymczasowego prezydenta wybrano Pasztuna Hamida Karzaja, a do kraju przybyło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy sił NATO. Członkowie koalicji zajęli się odbudową kraju. Polowanie na bin Ladena i Omara trwa. Wojska armii rządowej i koalicji kontrolują miasta. Na prowincji wciąż ogromnym problemem pozostają jednak talibowie przenikający afgańsko-pakistańską granicę.
Dzisiejszy Afganistan mimo waśni zmienia się dynamicznie. Najprężniej rozwija się stolica, do której prowadzą nowe drogi. Kabul powstaje z gruzów. Przybysze z Pandższeru wznoszą osiedla na malowniczych wzgórzach wokół miasta. Centrum – tzw. Shahrenau – tętni życiem, buduje się centra handlowe, aluminiowo-szklane domy weselne. Chicken Street zaczyna przypominać inne krzykliwe, spowite dymem kebabów targowe dzielnice Azji Środkowej. Wieczorami coraz więcej neonów rozjaśnia ulice. Gdzieniegdzie w podwórkach parkują toyoty land cruisery i nissany pajero – znak, że obok jest bar dla obcokrajowców, gdzie można wypić szklankę whiskey czy piwo – nie do pomyślenia w czasach talibów.
Jednocześnie podczas ostatniego pobytu miałem wrażenie, że to tak charakterystyczne poczucie własnej wartości zaczyna się zmieniać. Tak jak Afgańczycy 20 lat temu gotowi byli oddać gościowi ostatnią miskę ryżu, tak teraz, kiedy w kraju działają setki pozarządowych organizacji charytatywnych, nauczyli się nie dawać, ale brać. Wydaje się, że pomoc „przemysłu charytatywnego” wywołuje szkodliwą psychologię uzależnienia, psychologię Trzeciego Świata, której wcześniej nie było.