Najdłużej nietkniętą i niezbadaną wielką kulturę stworzyli australijscy Aborygeni. Gdy w końcu XVIII w. rdzenni mieszkańcy kontynentu zetknęli się z Europejczykami, ich sztuka i technologia wciąż pozostawały na etapie neolitu.

Hadza to dziś około tysiąca osób, z których koczowniczy tryb życia prowadzi zaledwie około 400. Nie mają szans zachować ciągłości kulturowej w ucywilizowanym otoczeniu. W lepszej sytuacji są australijscy Aborygeni – najstarsza na świecie grupa etniczna.

Więcej informacji o Australii znajdziecie tutaj

W 1770 r., gdy do Australii dotarł James Cook, zbieracko-łowieckich aborygeńskich plemion było ponad 500. Kontakt z Europejczykami dla wielu z nich skończył się fatalnie. Niektóre grupy całkowicie wyginęły z powodu przywleczonych chorób lub ludobójstwa. Inne zatraciły odrębność, gdy zostały przymusowo osiedlone i wymieszane z innymi plemionami. Ale w kilku rejonach Australii – na obszarach, które z powodu braku surowców lub warunków do hodowli nie budziły zainteresowania białych – udało się zachować kulturową ciągłość do dziś. W Australii mamy do czynienia z najstarszymi zachowanymi zjawiskami kultury i sztuki pierwotnej. Malowidła naskalne w Parku Narodowym Uluru-Kata Tjuta mogą liczyć blisko 30 tys. lat! Przedstawiają one mity opisujące wydarzenia z Czasu Snu. W mitologii Aborygenów jest to epoka, w której boskie istoty stworzyły ziemię, człowieka, rośliny, zwierzęta i ustanowiły naturalny i prawny porządek świata. Wszelkie wydarzenia z Czasu Snu trwają niejako w równoległym świecie – w przeszłości, teraźniejszości i spełnią się ponownie w nieokreślonej przyszłości. Właśnie śniąc, można się do niego przedostać i porozumieć z przebywającymi tam mitycznymi przodkami – Tęczowym Wężem, Człowiekiem Gromem, Wandjiną, Siostrą Wagilak i innymi. Aborygeńscy strażnicy – bo nie było u nich pojęcia artysty – mieli obowiązek dbać o ich wizerunek – wierzono, że oni sami odcisnęli go na skałach w określonych kolorach i kształcie. A potem odeszli, przykazując ludziom, by tę ciągłość świata odtwarzali. Strażnicy nie mogli zmieniać tych wizerunków. Co kilka sezonów przywracali jedynie świeżość barw. Malowali pędzelkiem, ściętym patykiem, pękiem włosów albo palcami. Używali tylko czterech kolorów: czerni, bieli, żółtego i brunatnego. Czerń otrzymywali z sadzy i węgla drzewnego, biel – z wapna i glinki kaolinowej. Źródłem barwy żółtej była glinka hematytowa, która występuje tylko w kilku miejscach w Australii. Brunatny kolor dawała powszechna na kontynencie ochra. Aborygeni uzyskiwali ok. 30 jej odcieni, mieszając z różnymi rodzajami soku lub wypalając w określony sposób. Kolory te były święte i każdy miał inne znaczenie. Z tego powodu plamy barw tylko się dotykały – nie można ich było mieszać. Aborygeńscy artyści nie robią tego do dziś. Czasami w ramach inicjacji chłopcy musieli kilka tygodni, a nawet miesięcy przemierzać kontynent w poszukiwaniu glinki o określonym kolorze, bo gdzieś w odległym miejscu żyło plemię, z którym przodkowie wymieniali ów rodzaj surowca do malowania rysunków naskalnych. Kultura materialna pierwotnych ludów Australii była uboga, bo determinowały ją surowe warunki życia w buszu i na pustyni. Wieczne przenoszenie się wymuszało minimalizowanie obciążenia. Za to ich duchowość jest niezwykle rozbudowana. Tworzyli historie, które tłumaczyły zjawiska i znaki, a pewne miejsca były dla nich święte, tak jak Uluru. Najwyżej w hierarchii stali mężczyźni, którzy dostąpili zaszczytu zostania strażnikami świętych miejsc. Musieli oni wykazać się wiedzą, umiejętnością interpretacji zjawisk, niezwykłą pamięcią i charyzmą. Niektórzy członkowie starszyzny potrafili wymienić imiona przodków do kilkudziesięciu pokoleń wstecz. Egzystencja plemienia opierała się na tym, co zdobyły kobiety. Na duże zwierzęta mogli polować tylko mężczyźni. Nie wolno było zabijać i jeść zwierząt totemicznych, czyli przodków-opiekunów klanu (np. emu czy kangura). Wyjątkiem była inicjacja, specjalne zjednoczenie się z totemem, i to dopiero po odbyciu rytualnego  oczyszczenia. Zjedzenie totemu było drogą do odkrycia jakiejś prawdy – kto spowodował nieszczęście, kto na kogoś rzucił urok. Co jakiś czas organizowano tańce rytualne tylko dla mężczyzn, z dala od kobiet i dzieci. Kobiety przez tę noc musiały zakrywać uszy, by nie słyszeć nawet odgłosu pieśni – dla nich tabu. Były to bowiem głosy przodków i mogły spowodować śmierć. W wielu mitach kobiety, które ich słuchały, sprowadzały na klan nieszczęście. Tylko mężczyźni, jako bezpośredni dziedzice przodków, mogli mieć z nimi bezpośredni kontakt. Do dziś Aborygeni przechowują pamięć o nich, mimo że nie praktykują już wielu rytuałów i nomadycznego trybu życia. W 1971 r. do osady Papunya, w której przymusowo osadzono Aborygenów z terenów Australii Zachodniej, przybył nauczyciel plastyki Geoff Bardon. Jego uwagę zwróciły tradycyjne wzory kreślone przez dzieci na piasku. Zaproponował, żeby przenieść je na papier i płótno. Ponieważ było to naruszenie tabu, postarał się o zgodę miejscowej starszyzny. W tym samym roku siedmiu dorosłych mężczyzn na ścianie szkoły namalowało mural pt. Sen miodowej mrówki. To był zaczątek nowego ruchu artystycznego, tzw. malarstwa kropkowego, który z osady Papunya rozprzestrzenił się na całą Australię Zachodnią, budząc uznanie i zainteresowanie na świecie.