Niemiecki entuzjazm dla odnawialnych źródeł energii nie jest zaraźliwy. Po naszej stronie granicy wielu ludzi wciąż traktuje je jak fanaberie pięknoduchów.

 Węgiel, „czarne złoto”, stanowi podstawę polskiej energetyki. W 2013 r. wy-tworzyliśmy z niego 84 proc.
energii elektrycznej. Polska ma duże złoża węgla, elektrownie węglowe są stosunkowo tanie w budowie i eksploatacji. Problemem jest jednak związana z tym emisja cieplarnianego CO
2, a także innych związków
i pyłów, które dramatycznie obciążają ekosystemy. Odpowiadają one za dziesiątki tysięcy przedwczesnych zgonów rocznie z powodu nowotworów, chorób układu krążenia i oddechowego. Europejska Agencja Środowiska w pierwszej dziesiątce miast z najgorszym powietrzem w Europie wymienia aż sześć polskich (z Krakowem na miejscu trzecim). Tymczasem związane z tym koszty n
ie są ujmowane w cenach energii z węgla.
 

– W naszym kraju brakuje całościowej wizji rozwoju energetyki. Z uwagi na problemy górnictwa najwięcej uwagi poświęca się energetyce konwencjonalnej, ignorując światowe, a zwłaszcza europejskie trendy, czyli kurs na zieloną energię. A przecież przemawiają za nią nie tylko przesłanki środowiskowe, ale też kwestie poprawy bezpieczeństwa energetycznego w wymiarze lokalnym czy możliwość tworzenia innowacyjnego przemysłu i zielonych miejsc pracy. Polska tymczasem stoi w rozkroku: musi wypełnić minima w zakresie odnawialnych źródeł energii (OZE) ustalone
dla poszczególnych członków UE, ale nie chce zrobić kroku dalej – mówi dr Maciej M. Sokołowski, ekspert ds. energetyki z Instytutu Analiz Badań i Certyfikacji.
 

Zgodnie z założeniami polityki klimatycznej zawartymi w dyrektywie PE z 2009 r. Unia Europejska jako całość zobowiązała się do osiągnięcia 20-procentowego udziału odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym do 2020 r. Polska ma do tego czasu uzyskać wskaźnik 15-procentowy. Według danych GUS w roku 2013 energetyka odnawialna dostarczyła 11,9 proc. energii zużytej w Polsce. Czyli jest nieźle? Pozornie. Błędy w systemie wsparcia dla energii odnawialnej – polityka przyznawania tzw. zielonych certyfikatów i dopłat – doprowadziły bowiem do stanu, w którym ogromna większość energii wytworzonej z OZE (patrz wykres) pochodzi ze... spalania, tyle że biomasy, w kotłach elektrowni. A co oznacza wzmożony popyt na biomasę? Choćby powstawanie wielkoobszarowych upraw roślin energetycznych, które niosą ze sobą zmniejszenie bioróżnorodności i wielkie zużycie nawozów. Albo spalanie drewna, które przecież można wykorzystać racjonalniej. Co więcej, w naszych warunkach, z powodu ograniczonej podaży, oznacza też konieczność importu biomasy. W trakcie jej transportu czasem więcej CO2 emitujemy do atmosfery, niż oszczędzamy, rezygnując z paliwa kopalnego!
 

Nie tędy droga. Lepiej postawić na geotermię, słońce i wiatr. Które z tych źródeł w poszczególnych regionach kraju wybierać, pokazują mapki poniżej. Być może najlepszym sposobem na przekonanie społeczeństwa do idei zielonej energii jest promowanie energetyki rozproszonej. Wspieranie prosumentów, czyli małych producentów wytwarzający energię dla siebie, a nadwyżki oddających do krajowego systemu. Czy uchwalona w bieżącym roku ustawa o OZE może w tym pomóc?
 

– Ustawa może pozwolić na rozwój OZE na poziomie małych źródeł do 10 kW mocy. Te instalacje przez 15 lat dostaną stałą cenę za produkowany w nich prąd. Wątpliwości budzi system aukcyjny, w ramach którego większe instalacje będą rywalizować o podobne wsparcie. Kryterium jego uzyskania będzie najniższa cena. Poza tym ustawa ułatwia przyłączenie OZE do sieci, zwalnia najmniejszych wytwórców z obowiązku uzyskania koncesji. Mając na uwadze efekty ustawy i inne możliwości finansowania inwestycji oferowane przez NFOŚiGW, można liczyć na rozwój fotowoltaiki, która wymaga najmniejszych nakładów – mówi dr Sokołowski.
 

Węgla z naszego miksu energetycznego szybko raczej nie wyrugujemy. Ale jego udział powinien mocno zmaleć. I warto pamiętać o czymś jeszcze: najczystsza energia to ta zaoszczędzona.
 

Autor: Sławomir Borkowski