Historia tego okrętu do dziś powtarzana jest przez wielu z drżeniem głosu. Włączono ją nawet do monologu jednego z bohaterów filmu "Szczęki". Marynarze mogli uniknąć straszliwego losu, gdyby dowódcy wcześniej ruszyli im na pomoc.

26 lipca 1945 r. ciężki krążownik USS Indianapolis dotarł do wyspy Tinian na północnym Pacyfiku, przywożąc elementy bomby atomowej, która 11 dni później została zrzucona na Hiroszimę.
 

Po czterech dniach okręt został storpedowany przez japońską łódź podwodną. Zatonął w 12 minut, zabierając na dno około 300 ludzi. Pozostałych 900 dryfowało przez niemal pięć dni. Przeżyło tylko 317.
 

To była najgorsza katastrofa na morzu w historii amerykańskiej marynarki wojennej. Pozostawieni własnemu losowi marynarze umierali na wiele sposobów – z powodu ran, hipotermii, pragnienia, zatrucia morską wodą, zabójstw, kiedy wyczerpani ludzie zaczynali doznawać halucynacji i atakowali nożami oraz topili kolegów, których brali za wrogów. Ginęli też z powodu makabrycznych ataków rekinów. Przypuszczalnie to przede wszystkim żarłacze białopłetwe nękały rozbitków z Indianapolis.
 

Jednak ostateczna przyczyna tych wszystkich zgonów była jedna – marynarka wojenna nie dostrzegła, że Indianapolis nie dotarł na czas do portu przeznaczenia. Nie wysłano ekipy poszukiwawczej, a rozbitków zaczęto ratować dopiero po tym, jak dostrzegł ich przelatujący samolot.
 

Aby zrzucić z siebie winę, marynarka postawiła przed sądem kapitana jednostki Charlesa McVaya, oskarżając go o to, że nie uniknął ataku. Był to jedyny amerykański kapitan sądzony z powodu utraty okrętu w tej wojnie. Później popełnił samobójstwo. Po kampanii na jego rzecz w 2000 r. został oczyszczony z zarzutów.  

 


Obejrzyjcie kolejny odcinek naszego serialu "Warto spróbować"! Tym razem odkrywamy skarby w zatopionym kamieniołomie.