Gdy pod koniec maja 2009 oddaliśmy do druku czerwcowy numer National Geographic z artykułem Joanny Lamparskiej „Arkady Fiedler Dywizjon 303 - nieznane zdjęcia legendarnych bohaterów” nikt w redakcji nie przypuszczał, że będzie miał on swoją kontynuację.

Przyczyniła się do tego również wystawa „Dywizjon 303 w obiektywie Arkadego Fiedlera”, której otwarcie odbyło się drugiego czerwca 2009 w Empiku na ulicy Marszałkowskiej. W spotkaniu z Martyną Wojciechowską oraz Markiem i Radosławem Fiedlerami uczestniczyła m.in. córka wspaniałego pilota, Witolda Łokuciewskiego, pani Anna Łokuciewska – Bors i autorka książki „Tolo muszkieter z dywizjonu 303”, pani Bożena Gostkowska. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyła się także zorganizowana przez nas wystawa na pikniku lotniczym w Góraszce, na którą dotarł pan Krzysztof Cedrowski, syn Tadeusza Cedrowskiego, mechanika silnikowego, związanego z dywizjonem 303 do 1943 roku. Po tych wydarzeniach do redakcji odezwał się również pan Łukasz Paderewski, stryjeczny wnuk pilota Stefana Paderewskiego, nieszczęśliwie zestrzelonego w 1941 roku. Wszyscy wyżej wymienieni rozpoznali na zdjęciach Arkadego Fiedlera swoich bliskich, którzy tak bohatersko walczyli podczas drugiej wojny światowej w jednym z najbardziej legendarnych dywizjonów. Takiego tematu nie mogliśmy zostawić. Historia niżej przedstawiona, to przede wszystkim wspomnienia o ludziach - bohaterach, pilotach i mechaniku, którzy swoją młodość poświęcili walce za ojczyznę.

Nieznane, a jednak znane - Mrówki przy pracy

Na kawiarnianym stoliku leżą stare albumy z czarno - białymi zdjęciami młodych, przystojnych mężczyzn i pięknych, roześmianych kobiet. W mundurach, w cywilu, przy samolotach, na lotnisku, przy motorach, na pikniku, podczas oficjalnych spotkań i „po pracy”.

- Te albumy udało się tacie przywieźć z Anglii, gdy wracał po wojnie w 1947 roku - wspomina pan Krzysztof Cedrowski. Oglądam z ogromną ciekawością kolejne zdjęcia. Jedno, grupowe, szczególnie przyciąga mój wzrok. Młodzi ludzie tacy beztroscy i nieświadomi nadciągającego nieszczęścia.

- To zdjęcie zrobione zostało jeszcze w Polsce w 1939 roku. Ojciec służył w 112 eskadrze myśliwskiej, tu, na Okęciu w Warszawie i pod koniec sierpnia miał wyjść do cywila, po odbyciu zasadniczej służby wojskowej. Siłą rzeczy „wyszedł” osiem lat później. Wybuchła wojna. 18 września 1939 roku przekroczył granicę Rumunii, a miesiąc później, 18 października, przez Włochy przybył do Francji. Tę tułaczkę odbył z całym swoim pododdziałem. Jeszcze podczas trwania kampanii wrześniowej wszyscy przekroczyli granicę RP. Po przybyciu do Francji tato wcielony został do Centrum Wyszkolenia Lotniczego. Do Anglii dotarł 23 sierpnia 1940 roku i przydzielony został od razu do dywizjonu 303 na stanowisko mechanika lotniczego. W 1943 roku przeniesiono go do dywizjonu 308, z którym lądował w 1944 roku we Francji, a później był na terenie Belgii. Koniec wojny zastał go w Niemczech. Po zakończonej wojnie wrócił z wojskiem do Anglii i długo zastanawiał się, co ma dalej robić. Przeważyły względy rodzinne i w 1947 roku powrócił do Polski.

Obok albumów leżą dwa, niewielkie egzemplarze tej samej książki w niebieskiej okładce. Jest to drugie, wojenne wydanie, z 1942 roku, książki będącej podziękowaniem dla polskich żołnierzy z dywizjonu 303, którzy dzielnie bronili Londynu podczas najcięższych walk o Wielką Brytanię. Jest ona ilustrowana zdjęciami Arkadego Fiedlera. Pan Krzysztof otwiera jedną z nich i pokazuje mi zdjęcie mechanika przy pracy.

- To jest właśnie mój ojciec, kapral Tadeusz Cedrowski - mówi z dumą, wskazując na jedno z najbardziej znanych zdjęć Arkadego Fiedlera podpisane jedynie „Mrówki przy pracy”. - Gdy tylko zobaczyłem w National Geographic artykuł o dywizjonie 303 serce mi stanęło, a całości dopełnił krótki materiał w Teleekspresie, informujący o wystawie zdjęć Fidlera, wśród których pokazano właśnie to - anonimowo. Pomyślałem sobie, że może wreszcie po tylu latach przyszedł czas, aby wszem i wobec powiedzieć, że ta mrówka to Tadeusz Cedrowski, mechanik silnikowy dywizjonu 303.

Patrzę na czarno - białe zdjęcie i pochłoniętego pracą mechanika. Pan Krzysztof podaje mi inną fotografię ojca. Nie mam żadnych wątpliwości. To ta sama twarz z łobuzerskim uśmiechem i zawadiackim błyskiem w oku. - Wie pani z tymi książkami związana jest pewna romantyczna historia - uśmiecha się spod wąsa zięć pana Tadeusza, Marek Fudała - Mój teść miał w Anglii narzeczoną, Margaret. To musiała być wielka miłość, gdyż utrzymywali ze sobą kontakt jeszcze długo po wojnie. Jeden egzemplarz, z dedykacją od niego był jej, a drugi z dedykacją od niej był jego. Po swojej śmierci Margaret upoważniła w  testamencie najbliższą przyjaciółkę do wysłania moje żonie jej egzemplarza. Tak po wielu latach obie książki ponownie się ze sobą połączyły.

Na kilku zdjęciach z albumów pojawia się ta sama kobieta. Zawsze uśmiechnięta z burzą gęstych włosów. W garsonce, letniej sukience w kwiaty lub w mundurze. To jest właśnie Margaret, którą pan Tadeusz poznał w bazie lotniczej. Młoda dziewczyna była „waafką” pełniącą służbę  w oddziałach pomocniczych RAF.

- Te książki mają dla nas ogromne, sentymentalne znaczenie. To jest wspaniała pamiątka, przypominająca mi nieustannie o moim ojcu. W egzemplarzu należącym do ojca, oprócz dedykacji Margaret, znajduje się jeszcze autograf Jana Zumbacha, dowódcy dywizjonu 303 z datą 15 września 1942 roku i dedykacja Arkadego Fiedlera – mówi pan Krzysztof.

Czasem śmiech, czasem łzy

O sprawności naszych pilotów, ich determinacji w walce z okupantem nie trzeba nikomu przypominać. Ci młodzi mężczyźni, obdarzeni ułańską fantazją, niezłomną siłą ducha i niezwykłymi zdolnościami i umiejętnościami, pozbawili skrzydeł niejednego niemieckiego pilota. Byli prawdziwymi fachowcami, specami w swojej dziedzinie. I tylko szkoda, że ci wyborni lotnicy, najlepsi z najlepszych, pozbawieni  byli przez większość czasu dobrych maszyn, które pozwoliłyby dokonać im jeszcze większych i bardziej nieprawdopodobnych wyczynów lotniczych. - Przez większą część okresu tzw. bitwy o Anglię nasi piloci latali na topornych i mało zwrotnych samolotach Hawker Hurricane, które co prawda były ciągle modyfikowane ale i tak nigdy nie dorównywały osiągami technicznymi niemieckim samolotom Messershmit. Dopiero pod koniec „bitwy o Anglię” dywizjon został wyposażony w samoloty Spitfire’y. A przecież to naszym pilotom przypisuje się zestrzelenie w tym okresie ponad 20% samolotów wroga. Niektórym może to się wydać niewiele, ale pamiętać trzeba, że polscy piloci stanowili jedynie ok. 5% wszystkich broniących Anglii myśliwców – opowiada pan Marek.  

Na jeden samolot przypadało kilku mechaników m.in. silnikowiec, płatowiec, spec od uzbrojenia. - Do każdego samolotu przypisana była grupa mechaników, która prawie nigdy się nie zmieniała. To był jeden zespół: pilot i mechanicy. Jedni walczyli w powietrzu zestrzeliwując wroga, drudzy dbali o to, aby maszyna nie zawiodła w najważniejszym momencie - uśmiecha się pan Krzysztof - Dywizjon 303 widzi się przeważnie przez pryzmat pilotów, rzadko przez te mrówki, które pracowały na ziemi przy samolotach. A to przecież od nich zależało, aby samoloty odlatywały, dolatywały i działały. Jak to kiedyś ktoś dobrze powiedział: piękne drzewo ma swoje korzenie a tymi korzeniami są mechanicy.  


W książce Witolda Urbanowicza, jest pewien fragment mówiący o naszych mechanikach i inżynierach. Pozwolę go sobie tutaj wtrącić: „Brytyjscy gospodarze nader nieufnie patrzyli na polskie zdolności techniczne i organizacyjne. (…) Załogi polskich warsztatów dywizjonowych zaczęły stawiać na nogi poharatane w walce samoloty, które w opinii brytyjskiej służby technicznej nadawały się tylko do gruntownego remontu fabrycznego, niemożliwego w warunkach warsztatowych dywizjonu. (…) polscy inżynierowie i mechanicy w trudnych warunkach potrafili improwizować, wykazując gruntowną znajomość techniki, upór, pracowitość i zaskakującą pomysłowość (…)”   

Szczególnie w pierwszych latach wojny polscy piloci cieszyli się niezwykłymi względami, zwłaszcza młodych Angielek. Podczas kulminacji walk o Wielką Brytanię, angielscy piloci naszywali na swoje mundury naszywki z napisem POLAND i kalecząc straszliwie nasz rodzimy język podrywali „swoje” dziewczyny. Brakowało im jednak kawaleryjskiej fantazji i romantycznej finezji Polaków, którzy byli nie tylko szalenie szarmanccy, ale potrafili np. z fasonem odjechać spod tłocznych knajp taksówkami, by zaraz za rogiem je zwolnić, gdyż nie było ich na nie stać. Wiedli bujne życie. Byli bogami, których każdy chciał gościć w domu i nosić na rekach. Do czasu.

Po zakończeniu działań wojennych Tadeusz Cedrowski długo się zastanawiał, co ma dalej począć ze swoim życiem. Pomysłów miał kilka, ale w rezultacie postanowił wrócić do Polski, do rodziny. - Do kraju przyjechał w 1947 roku i podzielił los wszystkich tych, którzy właśnie w tym czasie wrócili. Był poniewierany przez wiadome służby. Miał jednak o tyle fart, że był tylko podoficerem, wojnę skończył w stopniu sierżanta. Z oficerami, jak wiadomo, było  inaczej. Ich zamykano, przesłuchiwano, a nawet mordowano. Mojego ojca troszkę potrzymali, bo bardzo ich interesowało, dlaczego wrócił tak późno. Bo, że wrócił, to bardzo dobrze, tylko co on tam robił na obczyźnie przez tak długi czas po zakończeniu wojny? Po wypuszczeniu na wolność, co pewien czas musiał się meldować. Nigdy jednak na te czasy nie narzekał. Patrząc teraz w przeszłość żałuję, że gdy byłem młodym chłopakiem, tak mało interesowałem się historią tamtych lat. Wiedziałem oczywiście, że mój ojciec walczył na wojnie, ale nie ciekawiło mnie to tak bardzo. Ojciec zmarł w wieku 56 lat w 1976 roku.


Po panu  Tadeuszu Cedrowskim zachowały się przede wszystkim zdjęcia, wspomnienia i listy pisane w czasie wojennej tułaczki do siostry Aliny. Ich treść jest niezwykle osobista, ale i ciekawa dla współczesnego człowieka. - Teść pisał, co chciałby np. kupić swojej siostrze. Zastanawiał się nad ładnymi butami, ale musiałaby mu przysłać patyczek ze zdjętą miarą stopy. Inaczej się nie da. Prosił również o potwierdzenie czy otrzymała paczkę, w której były m.in. dwie pary sznurówek, pasta do zębów. To daje nam obraz tego, co w tamtych czasach działo się u nas, w naszym kraju.
Z szarego pudełka wypada na kawiarniany stół okrągła odznaka dywizjonu 303. - Z tą odznaką ojciec się nigdy nie rozstawał. Miał ją nawet przypiętą do piżamy w szpitalu. Na każdej odznace był numer, u ojca 95 - wspomina pan Krzysztof. Biorę w ręce niewielki, metalowy przedmiot. Na tle czerwono-białych pasków rogatywka kościuszkowska i dwie kosy otoczone złotymi gwiazdkami. - Zna pani historię tej odznaki? – pyta pan Marek. Kręcę przecząco głową. - Znaczek dywizjonu 303 powstał w bardzo interesujących okolicznościach. W 1919 roku, gdy Polska prowadziła walkę z bolszewikami, zgłosił się do Piłsudskiego amerykański lotnik, Merian C. Cooper, który postanowił nam pomóc. Na polecenie marszałka ściągnął swoich pobratymców i utworzył z nimi dywizjon, który odegrał znaczącą rolę w walkach na Ukrainie, m.in. dostarczając informacji na temat przemieszczania się konarmii Budionnego. Aby połączyć dwie tradycje: polską i amerykańską (pilot amerykański był potomkiem, Johna Coopera, który w czasie wojny secesyjnej walczył razem z Kazimierzem Pułaskim) wymyślono, że godło dywizjonu lotników amerykańskich będzie się składało z rogatywki kościuszkowskiej i dwóch kos kosynierów na tle amerykańskiej flagi otoczonej gwiazdkami. W późniejszych latach odznakę tę przejęła w spadku 111 eskadra, a później dywizjon 303. Dzisiaj na swoich maszynach mają ją warszawscy piloci z Mińska Mazowieckiego.

Pan Krzysztof skrupulatnie składa pamiątki po panu Tadeuszu. - Wie pani co mnie najbardziej boli, gdy pomyślę o swoim ojcu? To, że trud i poświęcenie naszych żołnierzy tak szybko poszło w zapomnienie. Nie zaproszono ich nawet na Defiladę Zwycięstwa. Owszem lotników tak, ale tylko wybranych.

Tolo – myśliwski as

Aby móc napisać wszystko o Witoldzie Łokuciewskim potrzebowałabym oddzielnej strony internetowej. Siedzę w jednej z kawiarni na Nowym Świecie. Naprzeciwko mnie, w beżowych fotelach, dwie czarujące kobiety, które miały przyjemność spędzić życie w towarzystwie tego niezwykłego człowieka. Jedna to córka, Anna Łokuciewska – Bors, druga to siostrzenica i córka chrzestna, Bożena Gostkowska, autorka książki „Tolo muszkieter z dywizjonu 303”. Jednej śmieją się oczy, gdy mówi o tacie, druga z niezwykłą miękkością i czułością mówi o panu Witoldzie, Tolo. Obydwie cały czas noszą go w sercu.


- Tolo, mogę tak o nim mówić, gdyż będąc już dorosłą osobą wypiłam z nim bruderszaft i przeszłam z nim na ty, swoją karierę wojskową zaczynał w kawalerii. Zaraz po maturze trafił do podchorążówki w Grudziądzu. Z tego właśnie okresu pochodzą rodzinne legendy o chusteczkach. Jak przystało na kawalerzystę Tolo miał swojego konia, o którego oczywiście musiał dbać. Gdy przyjeżdżał do domu, to za każdym razem wywoził z niego ogromne ilości chusteczek, które pieczołowicie szykowała i krochmaliła Mania, gospodyni dziadków. Nikt nie wiedział, do czego potrzebne mu były takie ilości chustek do nosa. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że używał ich do pucowania konia - śmieje się pani Bożena. - Z tego samego okresu pochodzi inna rodzinna legenda mówiąca o tym, że gdy Tolo wracał do domu, to Mania w ukryciu czyściła mu szablę sidolem, takim przedwojennym proszkiem do prania, aby ładniej błyszczała.


Witold Łokuciewski nie został jednak kawalerzystą. Bliskość lotniska sprawiła, że swojego konia porzucił na rzecz samolotów. Szybko trafił do Szkoły Podchorążych w Dęblinie – słynnej na całą Polskę Szkoły Orląt. To tu poznał swoich przyjaciół, przyszłych myśliwskich asów, Stanisława Skalskiego i Jana Zumbacha.
- Wojna zastała Tola w Warszawie, w 112 Eskadrze Myśliwskiej, w której należał do Brygady Pościgowej, mającej bronić stolicy – opowiada pani Bożena. – Po kilku bitwach została podjęta decyzja o odwrocie. Tolo, przez Rumunię, Jugosławię i Włochy, dotarł do Francji. Mimo, że podróż była ciężka, nie brakowało w niej elementów humorystycznych. Jak głoszą anegdoty, na dworcu w Bukareszcie a następnie w pociągu, można było spotkać grupki polskich lotników, starających się przybrać cywilny wygląd. Proszę jednak pamiętać, że było to niezwykle trudne zadanie, szczególnie w przypadku skórzanych, lotniczych płaszczy, do których, co bardziej pomysłowi, przyszywali futrzane kołnierze. Większość jednak paradowała w mundurowych kurtkach, od których odpruto jedynie dystynkcje.
We Francji atmosfera była napięta. Wzajemna nieufność i niechęć tylko wydłużała nadejście upragnionego dnia wyjazdu do Anglii. W rezultacie pan Witold dotarł do Wielkiej Brytanii 23 czerwca 1940 roku. W skład 303 Dywizjonu Myśliwskiego weszli członkowie 111 Eskadry Kościuszkowskiej i 112 Eskadry „Kogutów”. Początkowo polskimi dywizjonami i eskadrami dowodzili Anglicy, z którymi na równi funkcjonowali polscy oficerowie analogicznych stopni. - Nasi piloci mieli nadzieję, że jak tylko dostaną maszyny, to będą mogli walczyć z niemieckim okupantem. Tak się jednak nie stało. Najpierw musieli odbyć wszystkie przewidziane przez program szkoleniowy loty – uśmiecha się pani Bożena. – Gdy tylko wypuszczono ich w powietrze szybko się okazało, że są świetni. O ich sukcesach zaczęła się rozpisywać angielska prasa, mówiono o nich także w radiu. Do dywizjonu przychodziły listy, telegramy i gratulacje od wielu osób. Polscy piloci zapraszani byli na przyjęcia, brydże, dancingi. Wydawać by się mogło, że wiedli po służbie wspaniałe życie. A oni marzyli tylko o jednym. Aby znów wzbić się w powietrze i strzelać do wroga.
O Witoldzie Łokuciewskim krąży kilka wspaniałych anegdot z czasów największej świetności Dywizjonu 303. Jedną z nich opowiada pani Bożena, starając się powstrzymać napady śmiechu.  – Na jednym z zebrań oficerów, dowódca Tola, brytyjski marszałek lotnictwa, zbeształ go za to, że służbowym samochodem przekroczył limit przysługujących mu mil. Na to niewiele się zastanawiając Tolo wypalił: pan jest żonaty a ja jestem kawalerem, sir.

W niemieckiej niewoli

13 marca 1942 roku Witold Łokuciewski zestrzelony został nad Francją. – Tato cały czas był przytomny. Odłamki poharatały mu nogę. Najgorsza była jednak świadomość, że nie może lecieć dalej. Wylądował na polu, na którym czekali już na niego Niemcy – wspomina pani Ania. – Gdy znalazł się w szpitalu, bał się, że lekarze obetną mu nogę. Trafił jednak na Austriaka, który zapewnił go, że przede wszystkim jest  lekarzem i zrobi wszystko, by noga pozostała cała. W szpitalu pana Witolda odwiedzają trzej niemieccy lotnicy. Z koszem owoców i trzema butelkami wina, stają u wezgłowia rannego pilota. – Proszę pomyśleć jakie było zdziwienie Tola, gdy ich zobaczył. W krótkim wstępie poinformowali go, że to oni przyczynili się do jego zestrzelenia. Chcieli oblać z nim wspólne spotkanie, ich zwycięstwo i jego uniknięcie śmierci. Rozmowa przy winie o samolotach przeciągnęła się aż do popołudnia – wspomina pani Bożena.

Po kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu, pan Witold przewieziony został do obozu jenieckiego w Żaganiu. Od czasu do czasu do rodziny, za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, przychodziły kartki z krótkimi wiadomościami od Tola. Często bardzo krótkimi, gdyż niemieckim cenzorom ich treść wydawała się podejrzana i tak je zamazywali, że na górze widniało tylko „Kochani”, a na dole „całuję”.  
Będąc w niewoli Witold Łokuciewski uczestniczy w kilku brawurowych i spektakularnych próbach ucieczki. Niestety bez powodzenia aż do kwietnia 1945 roku, gdy Armia Czerwona zaczęła zbliżać się do Odry, a obóz jeniecki ewakuowano na teren Niemiec, pod Lubekę. – W trakcie ewakuacji, Tolo wraz z kilkoma kolegami ukrył się w Lubece, w jednym z opuszczonych domów. Porzuconym samochodem, który udało im się uruchomić, dotarli do lotniska zajmowanego przez Anglików. Stamtąd była już prosta droga powrotna do Dywizjonu 303.


Ostatni dowódca dywizjonu 303

Po powrocie do Dywizjonu 303 Witold Łokuciewski, z racji na trzyletnią przerwę w lataniu, przeszedł powtórne szkolenie. Późniejsze wypadki potoczyły się szybko: w styczniu 1946 roku otrzymał awans na majora, a w lutym, na swoje dwudzieste dziewiąte urodziny, został ostatnim dowódcą sławnego dywizjonu. Pod koniec wojny wszystko zmienia się jednak na gorsze. Polacy nie są już bohaterami lecz zbędnym balastem, którego Anglicy chcą się pozbyć. Blask i chwała idą w cień. - Na początku wojny Anglicy nosili naszych pilotów na rekach. Wdzięczni byli za pomoc i ochronę. Zaskakiwała ich nasza brawura i bezwarunkowe oddanie sprawie. Po wojnie powstał problem. Większość żołnierzy przeszła do cywila i potrzebowała pracy. Zaczęli stanowić konkurencję. Najgorsze było jednak to, że nie dopuszczono ich do udziału w Defiladzie Zwycięstwa, która odbyła się 6 czerwca 1945 roku w Londynie - mówi pani Bożena.


Do Polski Witold Łokuciewski wrócił w 1947 roku razem z majorem Stanisławem Skalskim. Zamieszkał w Lublinie, gdzie od razu stał się postacią bardzo popularną. Na początku zajął się szkoleniem młodzieży w aeroklubie w Świdniku koło Lublina. Niestety od 1949 roku zaczęto  krzywo na to patrzeć. W rezultacie zabroniono mu wstępu na teren lotniska. – Proszę sobie wyobrazić, jaki był to cios dla mojego taty, dla którego latanie było całym sensem życia. To było straszne, tak samo jak pierwsza połowa lat pięćdziesiątych, gdy nigdzie nie chciano go zatrudnić.
Wszystko zmieniło się po 1956 roku, gdy został powołany do wojska.

Życie z bohaterem

- Ojciec był bardzo skromny, a prowadził przecież bardzo interesujące życie. Był ciągle aktywny, zapraszany, ceniony. Był osobą, która spotkaniom nadawała odpowiedni ton. Zawsze zabiegał o innych a nigdy o siebie. Ludzie go cenili za to i kochali.


- Gdy żyło się z nim na co dzień, to tak naprawdę nie wiedziało się, że żyje się z bohaterem. To poznaje się dopiero z oddali, z biegiem lat - uśmiecha się pani Bożena. - Ja tak naprawdę poznałam go dopiero w 1947 roku, jak wrócił do Polski. Miałam wówczas 11 lat. Szybko się do niego przyzwyczaiłam. Na moim weselu wypiliśmy bruderszaft i przeszliśmy na ty. Teraz jednak, jak się nad tym wszystkim zastanowię, to muszę przyznać, że my, z najbliższego otoczenia, podchodziliśmy do niego, jak do zwykłego członka rodziny. Dopiero, gdy robił się koło niego szum, docierało do nas, że mamy do czynienia z niezwykłym człowiekiem, z którym nie powinno się postępować tak poufale.


- To, co zawsze jeszcze uderzało mnie u taty, to beznamiętny stosunek do zdrowia i lekarzy. Być może wynikało to z tego, że jako lotnik systematycznie musiał przechodzić badania lekarskie. Jak coś szwankowało, to była to po prostu kolejna sprawa do załatwienia - dodaje pani Ania.  - Raz było jednak naprawdę dramatycznie - wtrąca pani Bożena. - Okazało się że Tolo miał wrzód żołądka, o którym nikt nie wiedział. Pewnej nocy ten wrzód po prostu pękł. Tolo trafił do szpitala na Szaserów. Konieczna była natychmiastowa operacja. To, o czym warto wspomnieć w tym momencie, to fakt, że Tolo był prawdziwym smakoszem, ceniącym dobrą kuchnię. Po tygodniu wybraliśmy się do niego do szpitala, z wizytą. Idąc korytarzem wyobrażałam sobie, jaki musi być biedny jedząc tylko wodnistą kaszkę. I proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy wchodzę do sali i słyszę: Och, świetnie, że jesteście. Napijecie się czerwonego wina?

 


 


Zaginiony w akcji

O to, aby nikt nie zapomniał Stefana Paderewskiego dba jego stryjeczny siostrzeniec Łukasz Paderewski. Wnuk rodzonego brata pana Stefana jest wspaniałym przykładem młodego człowieka, zafascynowanego historią i korzeniami swojej rodziny. Tropi każdy ślad, każde zdjęcie i każdą anegdotę, która mogłaby dotyczyć pana Stefana. Dlaczego? Bo Stefan Paderewski został zestrzelony w 1942 roku nad Francją, uznany za zaginionego, a później za zmarłego. Zachowały się po nim jedynie trzy zdjęcia i garść wspomnień.


Większość informacji o stryju pochodzi od dziadka pana Łukasza. – Stryj skończył Szkołę Podchorążych w Dęblinie, później trafił na Okęcie. Z jego młodymi latami, gdy był jeszcze w podchorążówce, związana jest pewna historia. Aby spłatać psikusa mieszkańcom rodzinnej miejscowości, Stefan postanowił wraz z kolegą przelecieć samolotami tuż nad dachami domów. Pech chciał, że była to akurat niedziela i odpust. Ludzie się wystraszyli, a do szkoły poszła skarga.


Przed zajęciem Warszawy przez Niemców, pan Stefan zdążył spotkać się jeszcze z kuzynem i poinformować go o swoich planach przeprawy przez Rumunię i Włochy do Francji. - Wiem z opowieści, że udział w tej wyprawie wzięło 12 pilotów, z których niestety tylko kilku doleciało do celu – wspomina pan Łukasz. - Z pewnych przekazów wiadomo mi, że zaraz po ewakuacji z Warszawy pewien pilot przeleciał na stodołą dziadków, sprawdzając czy gospodarstwo jeszcze stoi. W rodzinie wierzy się, że tym pilotem był Stefan, który w ten sposób chciał się pożegnać.    


Los sprawił, że przed rokiem 1960, w pociągu, dziadek pana Łukasza spotkał w wagonie prawdopodobnie Arkadego Fiedlera. Z racji na czasy i sytuację polityczną spotkana osoba nie przedstawiła się jednak, ale obiecała, że się odezwie i przekaże pewne informacje. - Dziadek zaryzykował, podał swoje personalia i adres. Kilka dni później mężczyzna z pociągu zjawił się u niego w domu. Przedstawił planszę z zaginionymi i zestrzelonymi pilotami Dywizjonu 303. Wśród nich było nazwisko Stefana z datą 25 czerwca 1941 roku. Nieznajomy pokazał dziadkowi również zdjęcia, które stanowiły jego własność, ale były również odkupywane od innych ludzi. Opowiedział także kilka historii, w których uczestniczył Stefan. A między innymi anegdotę o tym, jak będąc już w Anglii chłopcy postanowili wyskoczyć do kawiarni na kawę i koniaczek. Każdy z towarzyszy liczył na to, że kolega ma pieniądze. Jak przyszło do płacenia rachunku okazało się, że wszyscy byli bez grosza. Niewiele się zastanawiając, kazali wystawić rachunek na kancelarię Sikorskiego. Udało się, lokal opuścili, ale później dostali list – rozkaz, aby więcej takich akcji nie przeprowadzali. Również podczas tego spotkania dziadek dowiedział się o ostatnim locie Stefana, który odbył się pod dowództwem Witolda Łokuciewskiego, relacjonującego później, że widział dwóch zestrzelonych pilotów, skaczących na spadochronach. Niestety na tym ślad stryja się urywa.


Z Anglii do rodziny Paderewskich przyszły dwa listy i zdjęcia od Stefana. Sprawa nie była jednak prosta. Korespondencja przechodziła przez skrzynkę kontaktową, która mieściła się na ulicy Śniadeckich. – Dokładny adres nie jest mi znany. Wiem jedynie, że rodzina, która pośredniczyła w przekazywaniu listów, została namierzona przez gestapo i zlikwidowana. Tym samym kontakt się urwał. Listy szły z Anglii do Szwecji, gdzie były przepakowywane i wysyłane do polski na ulicę Śniadeckich, skąd przynoszono je do mojego dziadka. W ostatnim liście znajdowało się zdjęcie Stefana datowane na 22 czerwca 1941 roku, czyli na trzy dni przed jego zestrzeleniem.

Losy Polaków są zaskakujące. Legenda Dywizjonu 303 przetrwała szereg lat jednak pamięć o bohaterach tamtych czasów powoli zanika. Nie dopuśćmy do tego. Jeśli ktoś jeszcze ma jakąś historię, którą chciałby się z nami podzielić – czekamy. 

Teksty: Agnieszka Budo