„Obóz Polskich Dzieci w Pahiatui nazywaliśmy naszą małą Polską”. Tak pisze o swoich uchodźczych latach Maria Chwieduk, która jako mała dziewczynka w latach 40. trafiła do Nowej Zelandii. Wspomnień polskich tułaczy, tych pozytywnych i tych przerażających, jest więcej. I to one przypominają najlepiej, że historia Polski to także historia polskich uchodźców.

Pewnej ciepłej środy 1941 r. w odległej Azji Centralnej 14 922 polskich dzieci zasypiało, będąc więźniami sowieckich gułagów. Następnego dnia rano obudziły się uchodźcami. 30 lipca wspomnianego roku generał Władysław Sikorski podpisał z rosyjskim ambasadorem Iwanem Majskim układ przywracający stosunki dyplomatyczne z ZSRR, wprowadzający amnestię dla polskich więźniów i powołujący polską armię. Na mocy tego układu polscy żołnierze mieli jak najszybciej opuścić Rosję i udać się do półkolonialnego Iranu. Nie opuścili jej jednak sami. Pod płaszczykiem armii z ZSRR uciekać zaczęli również polscy cywile, którzy stanowili niemal połowę wszystkich uchodzących z Rosji.
 

W następnych miesiącach, gdy polscy żołnierze zaczynali już opuszczać Iran, by walczyć na afrykańskich frontach, rząd RP na uchodźstwie rozpoczął bezprecedensową akcję rozmieszczania ewakuowanych z nimi kobiet, dzieci i starców po całym świecie. W ciągu dwóch lat kilkadziesiąt tysięcy Polaków trafiło m.in. do Libanu, Palestyny, Afryki Wschodniej i Południowej, Indii, Meksyku czy wreszcie Nowej Zelandii.
 

To było 70 lat temu. Jeszcze żyją ostatni naoczni świadkowie. A my dziś tak łatwo zdążyliśmy zapomnieć, że Polacy też byli uchodźcami, że jesteśmy jednym z najbardziej doświadczonych uchodźstwem narodów w Europie.
 

W ciągu ostatnich 250 lat Polacy musieli uciekać przed prześladowaniami po każdym z rozbiorów, po nieudanych powstaniach listopadowym i styczniowym, w czasie obydwu wojen światowych, z powodu marca 1968 r. czy po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r. Gdyby to zsumować, okazałoby się, że miliony Polaków uciekało, a wiele z najważniejszych dzieł naszej kultury powstało na wygnaniu.
 

Nie bez przyczyny polski hymn mówi o marzeniach powrotu do ojczyzny z uchodźczej tułaczki, a czytając Pana Tadeusza, zaczynamy i kończymy wątkami uchodźczymi. Polskość bowiem w takim kształcie, w jakim ją znamy, nie istniałaby bez uchodźstwa.
 

Największa liczba Polaków uciekać musiała podczas II wojny światowej. A z nich wszystkich najdłuższą trasę przebyły 732 sieroty, które wraz z setką opiekunów z rosyjskich gułagów trafiły do Nowej Zelandii. Nieznanego kraju oddalonego od ojczyzny o ponad 17 tys. km.
 

Wiele lat później tych dorosłych już mieszkańców Oceanii poproszono o powrót pamięcią do uchodźczych przeżyć. Jest to poruszająca lektura. W swoich dziecięcych wspomnieniach niewiele mówią oni o kwestiach ideologicznych czy politycznych, skupiają się na szczegółach. Ot, na przykład na karabinach, tych prawdziwych bądź zrobionych z patyków. Pamiętają też wyraźnie niepewność, głód, śmierć, samotność oraz strach. I uśmiechy lub z rzadka otrzymane łakocie. Bo pamięć dziecka rejestruje piekło wojny oraz ucieczki inaczej niż pamięć dorosłego. Bardziej bezpośrednio, czasem wręcz baśniowo.
 

W ten sposób zebrano kilkadziesiąt intymnych wspomnień. Powybierałem z nich fragmenty i ułożyłem chronologicznie, dzięki czemu możemy poznać dzieje pokonywania najdłuższego polskiego szlaku uchodźczego. Te świadectwa tworzą jedną wspólną historię trudów dziecięcej ucieczki.
 

Rosja, 1941
 

„W sierpniu dotarła do naszego kołchozu wiadomość, że Polacy zostali objęci amnestią. Byliśmy podnieceni, ale ostrożni, bo mogła to być tylko pogłoska puszczona przez kogoś, kto nas chciał pocieszyć i dodać nadziei cierpiącym ludziom. Pierwszym zwiastunem lepszych dni była dostawa leków od Amerykanów, które miały powstrzymać epidemie tyfusu, szkarlatyny i odry. Przysłali też zapasy żywności i odzieży, ale mało tego dotarło do nas. Odzież zamienialiśmy u Rosjan na żywność”. (Halina Fladrzyńska)
 

„Wsiadłyśmy wraz z chorą mamą i ruszyłyśmy w nieznaną podróż. Razem z innymi dojechaliśmy do stacji, skąd towarowym wagonem w skwarze dotarliśmy do Dżambułu. Tu pod gołym niebem bardzo dużo Polaków czekało na dalszą podróż. Ktoś w białym fartuchu, sprawdzał stan zdrowia. Gdy podeszli do mamy leżącej na ziemi, jeden z nich powiedział, że ona jest konająca. Położono ją na prześcieradle i czterech ludzi zaniosło ją do szpitala, a my przechodziłyśmy agonię serca. Mama pożegnała nas wzrokiem, bo od dłuższego czasu nie jadła, nie piła i nie mogła mówić, ale wszystko rozumiała, co się do niej mówiło. Zdjęła z szyi uciułane oszczędności i dała mi je. (...). Starsi nocowali pod gołym niebem, a nas, sieroty, zaprowadzono do jakiegoś pomieszczenia, gdzie przetrwałyśmy noc. Rano zaprowadzono mnie do szpitala, ale mamy już tam nie było i nie chciano nam wskazać miejsca, gdzie ją zabrali. Trzeba się było śpieszyć, bo pociąg na nas czekał. Wsiedliśmy do wagonu z drewnianymi ławkami ustawionymi po jednej stronie. Mniejsze dzieci umieszczono na siatkach, inne zmuszone były siedzieć na podłodze.
 

Przejeżdżaliśmy przez Czemkent, Taszkent, Leninabad, Samarkandę, Bucharę, Czargan i Aszchabad, a wysiedliśmy w Krasnowodzku nad Morzem Kaspijskim. Nie pamiętam, jak było z posiłkami, ale zdaje mi się, że dostawaliśmy coś do jedzenia. (…) Tymczasem grupami prowadzono nas do łaźni, gdzie odbyła się dezynfekcja naszych rzeczy. Maszynką obcięto nam włosy. Zabrano nam wszystkie rzeczy i dokumenty, zostawiając nas w tym, co mieliśmy na sobie. Wyglądaliśmy jak niewolnicy – wycieńczeni, bladzi, smutni i wystraszeni. (…) Nareszcie przypłynął okręt towarowy – weszliśmy na pokład i płynęliśmy, stojąc stłoczeni. Jedną kobietę zatratowano
i zmarłą wyrzucono za burtę do Morza Kaspijskiego. (…) Gdy okręt odbijał od brzegu, dobiegli trzej mężczyźni. Chcąc się dostać na statek, wskoczyli do morza i płynęli. Już byli blisko okrętu, starali się czegoś uchwycić, by wdrapać się na pokład, zabrakło im jednak sił i utonęli w głębinach.
 

Z wewnątrz tego okrętu dochodził nas jęk chorych junaczek, do których nie wolno było się zbliżać, by nie zarazić się tyfusem lub inną zakaźną chorobą. Słońce prażyło niemiłosiernie, język przysychał do podniebienia z pragnienia, więc nasza opiekunka zwilżała nam usta umoczoną w wodzie watą”. (Józefa Wrotniak)
 

Iran, 1942
 

„Po przybyciu do Teheranu umieszczono nas w obozie przejściowym dla Polaków. Pierwszy raz od naszej deportacji z Polski otrzymaliśmy porządne posiłki. Po upływie miesiąca wysłano nas do Isfahanu. Podróż autobusami przez pustynny kraj, w gęstych tumanach kurzu, była bardzo uciążliwa. (…) W Isfahanie dzieci umieszczono w różnych zakładach rozproszonych po mieście. Rozpoczęliśmy szkołę, dostawaliśmy pożywne posiłki i życie stało się do wytrzymania”. (HF)
 

„Pewnego dnia przyszła smutna wiadomość, że zginął tragicznie gen. Władysław Sikorski, naczelny wódz i premier Rządu Polskiego na Uchodźstwie. Wszystkie wybuchnęłyśmy głośnym płaczem. Ze śmiercią generała straciłyśmy nadzieję na powrót do wolnej ojczyzny”. (JW)
 

Morze Arabskie, 1944
 

„Byłam zapisana z Bogdą na wyjazd do Południowej Afryki, ale dostałam serię ataków malarii i musiałam iść do szpitala. Po powrocie zastałam 50 pustych łóżek. Wszystkie koleżanki, które tworzyły moją rodzinę przez dziewięć miesięcy, wyjechały i byłam znowu sama. Byłam zdruzgotana i płakałam tygodniami.
 

Do Ahwazu, co w języku irańskim znaczy piekło i gdzie latem w cieniu temperatura przekracza 50ºC, dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Umieszczono nas w obozie przejściowym, w dawnej stajni po kawalerii irańskiej. Rzeczy złożyliśmy w żłobach, spaliśmy na twardych pryczach. Czas spędzaliśmy na pisaniu listów – potem okazało się, że nigdy nie były wysłane. (…) 4 października wyjechaliśmy pociągiem do portu Chorramszahr, przy ujściu rzek Tygrysu i Eufratu. (...) Stąd ewakuowano uchodźców do Indii, Afryki Wschodniej i innych krajów. (…) W ciszy i parami weszliśmy na statek „Sontay”. Zeszliśmy w dół, do olbrzymiej ciemnej, trochę śmierdzącej sali. Oprócz sterty materaców nie miała żadnego umeblowania. Nocą wyłaziły szczury. Byłam przerażona! Przez dwa lata chorowałam na malarię i anemię. Mdlałam, kiedy było gorąco. Jak ja tu będę spać? (...) Całe dnie spędzaliśmy na pokładzie i graliśmy godzinami dużymi, ciężkimi piłkami – siedem piłek niechcący wypadło za burtę. Żołnierze uczyli chłopców sztuki bokserskiej i zachwycali się ukrytym talentem Tadka Ostrowskiego. Niedługo potem pierwszy umarł w Obozie w Pahiatui na wylew krwi do mózgu.
 

Pewnej nocy mieliśmy wielkiego stracha. Wielki wstrząs i brzęk wypadających szuflad pełnych sztućców obudził prawie wszystkich, była bieganina i sprawdzanie przez załogę. Rano były szepty i domysły. Dopiero w Wellingtonie kapitan van Poulsen potwierdził, że mina otarła się o bok okrętu i poszła dalej. Nie mówił nam wcześniej, żeby nie wywołać popłochu”. (Dioniza Gradzik)
 

Nowa Zelandia, 1944
 

„Po kilku dniach, 31 października, dopłynęliśmy do zatoki Wellington, stolicy Nowej Zelandii, i ujrzeliśmy obraz jak z bajki. (…) Na brzegu czekały na nas tłumy uśmiechających się ludzi. Powiewały flagi polska i nowozelandzka. Na statku powitał nas sam premier Peter Fraser (…) Panie z Czerwonego Krzyża, wojskowi i harcerze zajęli się rozlokowaniem nas w wagonach, podano nam posiłki. Przez całą sześciogodzinną jazdę pociągiem do obozu w Pahiatui przy każdej stacji witali nas dorośli i dzieci, machając do nas chusteczkami i podając nam kwiaty”. (JW)
 

Gdy przybyliśmy do Obozu Polskich Dzieci w Pahiatui, ujrzeliśmy wszędzie rzędy szarych wojskowych baraków. Przywykliśmy już do obozów, ale ten był zgoła inny. Panowała tu cudowna świeżość – zielone trawniki, trochę drzew i jakieś szczególne poczucie szczęścia. Może powiem inaczej – nie było tu grozy ni strachu. (…) Niedługo po przyjeździe podano nam pierwszy w Nowej Zelandii posiłek. Jakby cudem wszystkie 732 dzieci zdołano pomieścić
w kilku salach jadalnych. Każde dziecko otrzymało talerz i ustawiło się w kolejce przed otwartą ladą z barwnymi i smacznymi potrawami. Byłam oszołomiona taką ilością jedzenia, bo do niedawna pamiętałam nieustający głód i ciągłe poszukiwanie żywności. Odruchowo chciałam ukryć jedzenie na potem, bo myślałam, że może nie być tego więcej po tak wspaniałym początku. Ale krążyła wśród nas nasza polska nauczycielka i zachęcała do jedzenia, zapewniając nas, że jutro będzie go pod dostatkiem”. (Irena Ogonowska)
 

„Nauczycielka rozpoczęła pierwszą lekcję, mówiąc nam, że język angielski składa się tylko z pięciu samogłosek, które wymawia się na 18 różnych sposobów, z którymi musimy się zapoznać. Potem napisała na tablicy przykłady (…) Nie miałyśmy pojęcia, o czym ona mówi. (…) Nie wiem, kto był bardziej zaniepokojony tym, co ma nastąpić – nauczycielka Nowozelandka czy my. Gdy spotkałam ją po latach i wspominałyśmy życie w obozie, dowiedziałam się, że im też było trudno uporać się z nauczaniem w tej niezwykłej sytuacji”. (HF)
 

„W obozowej sali wyświetlane były regularnie kreskówki oraz filmy o kowbojach, Indianach i piratach. W pamięci utkwił mi szczególnie żľeglarz Popeye i jego szpinak. Czasem oglądaliśmy też filmy dokumentalne o wojnie. Pod ich wpływem zaczęliśmy wyrabiać własną broń: pistolety z kawałków drewna oraz miecze z gałęzi drzew, i bawiliśmy się w dobrych i złych. Nieustannie kłóciliśmy się, czyja jest tym razem kolej grać rolę złych. Nikt nie chciał nimi być, bo ci zwykle musieli umierać”. (Józef Jagiełło)
 

Nowa Zelandia, 1945–1946
 

„Na początku 1945 r. niektóre dzieci z obozu w Pahiatui zaczęły otrzymywać listy od ojców, którzy służyli w Wojsku Polskim na Uchodźstwie. Nie miały z nimi kontaktu od wielu miesięcy i nietrudno wyobrazić sobie, jak wielkie poruszenie wywołało to wydarzenie. (…) Dzieci, które dostały przesyłkę, były szczęśliwe, bo wiedziały, że ich ojcowie żyją. Jednak my, którzy takich listów nie otrzymaliśmy, byliśmy bardzo zmartwieni i niepokoiliśmy się. Pocieszano nas, że korespondencja mogła zaginąć, gdyż wiele statków przewożących pocztę zostało storpedowanych i zatopionych przez wroga. (…) W listach były załączone pieniądze, co u dzieci wywołało wielkie podniecenie. Specjalnie dla nich zorganizowano wycieczkę do miasta na zakupy. Koledzy z mojego baraku, którzy dostali przesyłkę, wrócili z mnóstwem cudownych rzeczy, takich jak temperówki, scyzoryki, zegarki i oczywiście cukierki. Przywieźli również opowieści o wspaniałym sklepie, w którym wydali pieniądze”. (JJ)
 

W czerwcu 1946 r. po demobilizacji Wojska Polskiego w Anglii przybył do Nowej Zelandii mój ojciec. Było jeszcze ciemno i padał deszcz, gdy pewnego ranka mój starszy brat Staszek przyszedł po mnie pod sypialnię w baraku dla dziewcząt. (...) Boisz się? – zapytał. – Tak – odpowiedziałam. – Ja też – powiedział Staszek. Cieszyliśmy się, że tata żyje, ale byliśmy też pełni lęku. Przecież nie widzieliśmy go od kilku lat, ale okazało się, że nasze obawy były bez podstaw. Ojciec dał mi zegarek. W panice powiedziałam: – Ja nie znam się na zegarku. – Ojciec odpowiedział spokojnie: – To ja cię nauczę. Od tego momentu byliśmy przyjaciółmi. (Maria Skiba)
 

Nowa Zelandia, 1949
 

15 kwietnia 1949 r. obóz rozwiązano, a nowe polskie władze zaczęły się upominać o małych obywateli żyjących za oceanem. Nowozelandzki premier Peter Fraser odpowiedział w sposób następujący: „Proponujemy, by dzieci, które osiągną 18. rok życia, miały możliwość wyboru powrotu do swojej ojczyzny lub pozostania w Nowej Zelandii. Informuję, że pomożemy tym, którzy chcą wrócić do Polski, a witamy tych, którzy w naszym kraju chcą pozostać. Życzeniem naszego rządu jest to, żeby ci młodzi ludzie mieli nieograniczoną wolność wyboru oraz żeby ich wybór był oparty wyłącznie na ich przyszłym szczęściu”.