Prawie 300 dni na krze pływającej w okolicach bieguna północnego spędzili radzieccy naukowcy. Celem miały być badania środowiska, ale najwięcej podczas tej ekspedycji dowiedzieli się o sobie samych.

Spod trzymetrowego lodu dobiegały dźwięki tłuczonego szkła na przemian z posapywaniami parowozu. Nagle ucichły, by po minucie ze zdwojoną mocą zaterkotać seriami karabinu maszynowego i zawyć niczym operowy kastrat. Głosy to przybliżały się, to oddalały, ale gdy diabelski koncert dotarł pod namiot, polarnikom puściły nerwy. Wyskoczyli z nagrzanego wnętrza i od razu wpadli w samo serce rozszalałej zawiei. Pędzący z prędkością 100 km/h wiatr chłostał ich śnieżnymi biczami, a 30-stopniowy mróz przenikał do szpiku kości. Mężczyźni skulili się i świecąc latarkami, obeszli swoje lokum. Wszystko zdawało się być w porządku i zziębnięci skryli się w namiocie. Tam jednak znów dopadły ich przerażające odgłosy. Teraz przypominały zwierzęcą kotłowaninę i siedzący najbliżej wejścia radiotelegrafista Ernst Krenkel aż podskoczył. Spojrzał na towarzyszy.
 

W świetle naftowej lampy w ich brodatych, surowych twarzach dostrzegł przerażenie. Nieoczekiwanie wszystko zastygło, nawet wiatr przestał szarpać masztem z sowiecką flagą i pośród martwoty rozległ się wystrzał. Potem nastąpiła kanonada trzasków i chrzęstów. Polarnicy bez słowa nałożyli czapy z wilczego futra i na czworakach wypełzli w rozszalałą ciemność. Krenkel z uniesioną nad głową flarą służył za latarnię, gdy pozostała trójka udała się na rekonesans. Hydrobiolog Piotr Szyrszow odnalazł ją pierwszy. W blasku latarki wyglądała jak żmija. Czarna krecha rozdymała się i przy budce meteorologicznej liczyła już kilkadziesiąt centymetrów szerokości. Naukowiec za załomem nie mógł dostrzec jej drugiego brzegu, bo ten ginął w smaganej zawieją nocy. I dopiero wówczas uświadomił sobie, że masywne pęknięcie uczyniło z ich wielkiej na kilkanaście kilometrów kry lodowy ogryzek. Dookoła wdzierał się coraz żarłoczniejszy Ocean Arktyczny.
 

Era naukowców
 

Związek Radziecki okazał się nieodrodnym dzieckiem „matuszki Rosiji”. Bolszewicy, wzorem carów, też dążyli do podporządkowania sobie jak największej liczby narodów i terytoriów. Jednak ważny kierunek ekspansji pozostawał dla nich długo zamknięty. Eksploracja Północnej Drogi Morskiej wymagała nie tylko dzielnych odkrywców, ale i specjalistycznych statków. Pierwszym śmiałkiem, któremu udało się przepłynąć od Cieśniny Beringa do Morza Barentsa, był Boris Wilkicki. Carski hydrolog i geograf, Polak z pochodzenia, w 1914 r. ruszył z Władywostoku i dowodząc lodołamaczami „Tajmyr” i „Wajgacz”, dotarł do Archangielska. Przez długie lata nikt nie odważył się powtórzyć tej sztuki. Północna flota nowo powstałego Kraju Rad ucierpiała podczas wojny i nie nadawała się do takich wypraw. Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec lat 20., kiedy to Stalin nakazał wytyczenie żeglownej drogi z Leningradu do Władywostoku właśnie przez Arktykę. Nie dość, że była ona o połowę krótsza od dotychczasowej, wiodącej przez Kanał Sueski, to jeszcze umożliwiała regularne zaopatrywanie gułagów i transport syberyjskich kopalin. Na polecenie krwawego Gruzina popłynęły środki finansowe i powołano Główną Dyrekcję Północnej Drogi Morskiej. Na jej czele stanął matematyk i geograf Otto Szmidt. Dzięki temu brodaczowi program podboju Arktyki nabrał rumieńców. Nie było roku, żeby nie zwodowano lodołamacza.
 

Sukcesy ZSRR przeplatały się z niepowodzeniami. Jednym z nich była w 1934 r. katastrofa „Czeluskina”. Parowiec, zgodnie z planem Szmidta, miał przepłynąć bez wsparcia lodołamaczy całą Północną Drogę Morską i dowieść, że trasa jest żeglowna dla wszystkich jednostek. Naukowiec osobiście wziął udział w wyprawie i nakazał kapitanowi przebijać się przez zmarznięte akweny. Przyroda okazała się jednak potężniejsza i płyty lodu rozłupały statek niczym orzech. Ponad stu uczestników wyprawy cudem ewakuowano na wielką krę, skąd Krenkel nawiązał łączność z lądem i nadał sygnał SOS. Pierwsze samoloty nadleciały dopiero 5 marca i aż do 13 kwietnia trwała ewakuacja.
 

W Moskwie ocalałych witano owacjami, a brodacza, który zgotował im ten los, okrzyknięto bohaterem. Życzenie wodza pozostało jednak niezrealizowane. Żeby je spełnić – skonstatowali polarnicy – trzeba najpierw poznać Arktykę. I tak oto w bitwie o Północ nastała era naukowców.
 

Miś wita chlebem i solą
 

13 stycznia 1936 r., dwa lata po katastrofie „Czeluskina”, Stalin wezwał na Kreml Szmidta oraz asów lotnictwa, wśród których był bolszewicki pupil, Polak, Zygmunt Lewoniewski. „Co uczynić, żeby loty nad Arktyką były zbezpieczne?” – zapytał. Głos zabrał brodacz i opowiedział o idei otwarcia na biegunie północnym pierwszej na świecie całorocznej stacji badawczej. Argumentował, że wyniki prowadzonych tam doświadczeń zostaną wykorzystane przez projektantów samolotów oraz umożliwią przygotowanie map meteorologicznych. Stalinowi plan się spodobał.
 

Decyzje Stalina należało realizować w oka- mgnieniu i już następnego dnia sformowano ekipę najlepszych radzieckich polarników. W jej skład weszli dowódca wyprawy Iwan Papanin, meteorolog Jewgienij Fiodorow, radiotelegrafista Ernst Krenkel i hydrobiolog Piotr Szyrszow. Następnie przystąpiono do kompletowania wyposażenia stacji, nazwanej po prostu Biegun Północny. Działaniami kierował Szmidt, który zlecił przodującym instytutom naukowym wykonanie namiotu chroniącego przed arktyczną niepogodą, oprzyrządowania badawczego i niezawodnych radiostacji. Wytypował także samoloty, którymi ekspedycja miała lecieć na biegun. Wybór padł na skonstruowane przez Andrieja Tupolewa potężne ANT-6. Najwięcej czasu poświęcono jednak na przygotowanie ubiorów oraz zgromadzenie żywności dla Papańców (tak gazety ochrzciły polarników). Całe wcześniejsze doświadczenia arktyczne – zapisał Krenkel – zarówno ojczyste, jak i zagraniczne, zostały wykorzystane, żeby nas jak najlepiej przyodziać.
 

Bieliznę uszyto zgodnie z zaleceniami niemieckiego biologa Gustawa Jägera, ze skór reniferowych cieląt, a swetry sporządzono z sierści syberyjskich wilków. Nie wahano się też zwrócić do prawosławnych mniszek, aby te wykonały tradycyjne futrzane koce.
 

Nie mniej uwagi poświęcono aprowizacji. Tu jednak pierwsze skrzypce grał radziecki Instytut Żywności, gdzie zgromadzono dla czterech osób na 500 dni pięć ton jedzenia, w tym wiele produktów instant. Tylko do sporządzenia mięsnego proszku zabito 5 tys. kur. Żółta, twarda jak kamień płytka – wspomina z zachwytem radiotelegrafista – to porcja grochówki, taka sama płytka, tylko że czerwona – kisiel. W owym czasie produkty liofilizowane, czyli zmrażane, a następnie suszone próżniowo, były rzadkością. Nic więc dziwnego, że leciutkie brykiety, stające się po zalaniu wrzątkiem pożywną potrawą, budziły takie emocje.
 

Po 13 miesiącach przygotowań wybiła godzina zero. 22 marca 1937 r. Papańcy wraz z tonami sprzętu ruszyli z Moskwy. 18 kwietnia dotarli do Wyspy Rudolfa – najdalej wysuniętego przyczółka Europy, skąd mieli szturmować biegun. Tam czekała na nich niespodzianka. Przy stacji meteorologicznej gości witał zamarznięty polarny niedźwiedź z czerwonym krawatem na szyi, tacą z chlebem i solą w jednej łapie, a w drugiej z wielkim kluczem oraz tabliczką Do otwarcia bieguna. 
 

Sam na sam z dziką Arktyką
 

Gdy 31 maja 1937 r. moskiewskie radio nadawało koncert dla Papańców, polarnicy znajdowali się już na biegunie. Przylecieli tam 21 maja i od razu rozpoczęli budowę stacji. W następnych dniach lądowały kolejne samoloty i na krze zaroiło się od ludzi. Miała wielkość trzy na pięć km2. Przybył na nią także Wesoły, czyli pies rasy łajka, i pozostał do końca ekspedycji. Zbliżało się jednak pogorszenie pogody i Szmidt ogłosił stan gotowości. 6 czerwca na maszt wciągnięto radziecką flagę i przy akompaniamencie karabinowych salw otwarto Biegun Północny. Po czym lotnicy oraz personel techniczny odlecieli, pozostawiwszy czterech śmiałków sam na sam z dziką Arktyką.
 

Polarnicy bytowanie na skrzyżowaniu południków rozpoczęli od pomiarów głębokości oceanu. Na masywną „wędkę” nałożyli pięciokilometrową linkę i Szyrszow zwolnił hamulec. Drut rozwijał się dwie godziny i pięćdziesiąt minut, po czym zatrzymał się, wskazując 4290 m. Pierwszym sprawdzianem dla Papańców okazało się jego zwinięcie. Mężczyźni pracowali na zmianę i o północy wycieńczeni dobyli ostatni metr linki. Polarny dzień trwał w najlepsze i w promieniach słońca dostrzegli na przyczepionych chwytakach nieznane gatunki oceanicznej fauny. Wszystkie te cuda, ochrzczone „morskimi pchłami”, należało teraz zakonserwować w spirytusie.
 

Nadeszło przewidywane załamanie pogody i na biegunie lunął deszcz. Na krze zaszemrały potoki, a jeden z nich podmył namiot z prowiantem, zatapiając półki ze schabem (pozostała żywność była w 44-kilogramowych puszkach zawierających racje na 10 dni). Rozmrożone tusze należało jak najszybciej wykorzystać i mężczyźni nasmażyli mięsiwa, a kiedy im obrzydły kotlety, ku radości Wesołego wieprzowina wylądowała w śniegu. Jednak temperatura znów spadła poniżej zera. Strumyki pozamarzały. Nikt nie przypuszczał, że za kilka miesięcy ożyją jako groźne rozpadliny.
 

Nieuchronnie zbliżała się polarna zima i Papanin zaplanował budowę igloo, sprawdził gospodarcze namioty oraz zabezpieczył niezwykle ważną maszynę – turbinę wiatrową. Jej elementy zostały przywiezione w jednym z ANT-6 i rozstawione przez techników, dzięki czemu od samego początku stacja miała prąd. Obowiązkiem Krenkela było zatroszczyć się o łączność. Codziennie o szóstej rano (na stacji przyjęto czas moskiewski) łączył się z lądem, a w południe przekazywał kolejny raport. W ciągu nocy prowadził zaś nasłuch radiostacji z całego świata. Dzięki temu dotarło do niego, jak wielkie zainteresowanie budzi ich wyprawa. Nie tylko radziecka, ale i niemiecka,
a nawet australijska prasa informowały, co jedli na obiad oraz jak golili brody. Furorę porównywalną do dzisiejszych newsów z życia gwiazd zrobiło pojawienie się na krze niedźwiedzicy z dwoma małymi. Niebawem emocje sięgnęły zenitu, bo misie stały się wkładką do barszczu. Szybko jednak te i podobne wydarzenia zblakły. Oto bowiem rozszalała się śnieżyca, po której nic już nie było takie samo.
 

SOS Biegun Północny
 

W styczniu 1938 r. Szmidt, zaniepokojony dryfem, wysłał po Papańców żaglowo-parowego „Murmańca”. Istniało bowiem niebezpieczeństwo, że kra wypłynie na czyste morze, a tam polarnikom groziła śmierć. Moskwa wolała więc zakończyć ekspedycję. Tymczasem na Biegunie Północnym ucichł wiatr. Krenkel usiadł na rowerku i za pomocą dynama ładował baterie, żeby mieć prąd do nadawania raportów. O dłuższych rozmowach nie mogło być mowy. Flauta trwała do 21 stycznia, kiedy to wieczorem wiatrak ruszył niczym śmigło.
 

Znowu śnieżyca i choć można było pytlować z całym światem, po odkryciu Szyrszowa, wszystkim przeszła na to ochota. Dostrzeżone przez hydrologa pęknięcia, owe czarne żmije, rozpełzły się dookoła i kra zmniejszyła się ponad sto razy. Jak okiem sięgnąć, na oddzielnych płytach lodu kołysały się namioty gospodarcze. Trzech polarników popłynęło kajakiem ratować dobytek, a Fiodorow wyznaczał pozycję geograficzną. Okazało się, że podczas zawiei przebyli 120 mil, czyli więcej niż przez wcześniejsze siedem miesięcy. Krenkel przekazał tę informację na ląd i w odpowiedzi usłyszał, że ruszają po nich dwa kolejne statki oraz trzy łodzie podwodne. Bynajmniej nie poprawiło to nastrojów. Morze na krótko się uspokoiło, a lodowe pole aż pod horyzont zrosło się, by następnego dnia ponownie rozdzielić. Przy akompaniamencie przerażających odgłosów kra rozpadła się na taflę o promieniu 30 m. Runął wysoki maszt i Papańcy stracili kontakt ze światem. Smagani lodowatymi podmuchami unieśli antenę i nadludzkim wysiłkiem znów ją umocowali. „Leci do was sterowiec” – usłyszeli z głośnika.
 

Niestety pod Archangielskiem maszynę strącił podmuch wiatru. Zginęło 13 aeronautów i tylko sześciu ocalało z katastrofy. Na morzu wciąż szalał sztorm, a mimo to trzy jednostki – wysłużony „Tajmyr”, „Jermak” i „Murmaniec” – parły w stronę polarników. Ich obłe, przystosowane do pokonywania lodów kadłuby kładły się na falach pod kątem 45 stopni. Morskie bałwany przetaczały się po pokładach i zamarzały, oblepiając ciężkim lodem. Załogi pracowały więc bez ustanku, skuwając groźny balast. W końcu najstarszy z lodołamaczy 11 lutego zbliżył się na odległość kilku mil do stacji. Dalej nie mógł płynąć i na zwiady wyleciał stacjonujący na tylnym deku samolot. Maszyna minęła ekspedycję i zginęła w zamieci. Wtedy z „Jermaka” wystartowała awionetka i uratowała zagubionych pilotów. Wciąż jednak nie znaleziono sposobu na podjęcie polarników. Z pomocą przyszła pogoda. Sztorm ucichł i dwa lodołamacze, przy dźwiękach sowieckiego hymnu, podeszły pod samą krę.
 

Powrót bohaterów
 

19 lutego czterech śmiałków, spędziwszy na dryfującej stacji 274 dni, wsiadło na statek. Ich ekspedycję można by porównać do lotu w kosmos. Papańcy przeprowadzili setki pomiarów geograficznych Arktyki, odkryli tuzin nieznanych gatunków zwierząt, przetestowali dziesiątki nowych technologii w skrajnie niesprzyjających warunkach oraz dokonali obserwacji meteorologicznych, które legły u podstaw szeregu modeli pogodowych. W Moskwie czekały ich za to najwyższe zaszczyty. Najbardziej jednak cenili sobie pierwsze chwile tuż po opuszczeniu stacji. Na trapie podano im szklankę spirytusu, zaś w mesie ziemniaki w mundurkach, ogórki i śledzie. Czyli wszystko to – wspomina Krenkel – o czym marzyliśmy przez dziewięć miesięcy.
 

Tekst: Marta Panas-Goworska, Andrzej Goworski