Trzask. Poczułem ból na czubku głowy, a po chwili w nogach. Kolejny trzask i wypuściłem z rąk czekany. Człowiek ma zakodowane, że uderzenie pioruna jest śmiertelne. Niestety. Dostałem drugi raz. I trzeci. Zacisnąłem zęby i parłem naprzód. Byle nie myśleć, nie myśleć, opanować strach…


JAK NAJSZYBCIEJ W GÓRY.

W Solo Khumbu byłem raz w listopadzie, gdy mało ludzi chce oglądać Everest, ale teraz zbliża się szczyt sezonu. Grupy turystów, stada obładowanych jaków, Szerpowie z ogromnymi ładunkami mijają się na wąskich ścieżkach. W bazie będzie cisza i spokój. Na razie nikt poza nami nie wybiera się na Ama Dablam. Noc spędzamy w Namcze Bazar – legendarnej stolicy Szerpów. W niedzielny ranek idziemy do polskich trekerów, których tu poznaliśmy. Przygotowali świąteczne śniadanie. Jest żurek z jajkiem i kiełbasą, mazurek, cukrowe baranki i czekoladowe króliki, świeczki na stole, życzenia... Piotr, niezrównany gawędziarz, jak zawsze okazuje się duszą towarzystwa. Siedzimy tak do późna. Do Pangbocze wyruszamy dopiero o jedenastej. Jutro powinniśmy być w bazie.
Z Darkiem sporo gadamy podczas drogi. Na przykład o śmierci. A raczej o nieistnieniu. O tym, że jeży mi się włos na głowie, jak tylko pomyślę, że mnie nie będzie. Nie będzie wysiłku, walki z organizmem, płaczu i uśmiechu. 
A może jednak będzie? Podświadomie czuję lęk i żadne racjonalne argumenty czy wiara nie są w stanie go odegnać. Mija sam, ale wraca. Pierwszy raz poczułem go jako dziecko, pewnie wtedy, gdy zaczynałem myśleć abstrakcyjnie. Zwielokrotniony pojawił się po narodzinach Ignaca, mojego syna. Dlaczego zatem coś pcha nas w góry? I dlaczego szukamy najtrudniejszych dróg? Bo chcemy zaspokoić ambicję? Bo sukces najbardziej cieszy, gdy osiągnie się to, co najtrudniejsze do zdobycia? A może znajdujemy tam przyjaźń, partnerstwo, braterstwo liny w rękach przyjaciela, na której zawisa nasze życie...
Kilka dni później siedzimy w wiosce Pangbocze. Długie karawany ciągną pod Everest, lecz my odbijamy w stronę bazy pod Ama Dablam. 24 marca stawiamy tam namioty. Jacyś turyści przychodzą i odchodzą. Muzyka sączy się z głośników. Z niepokojem patrzymy na strome, kamieniste ściany pokryte grubą warstwą lodu. Tylko gdzie jest śnieg? Pamiętam wiele zdjęć, na których Ama Dablam jest pełna śniegu. Cóż, nie w tym roku.
Dablam w języku Szerpów znaczy „naszyjnik”. 500 m pod wierzchołkiem góry bieli się ogromny serak – bryła potrzaskanego lodu. Pod nim jest miejsce obozu trzeciego. Dwa lata temu kawał lodu oderwał się od „naszyjnika” i zmiótł kilka namiotów razem z ludźmi. Z lękiem myślimy o noclegu pod serakiem. Kruche skały też nie wyglądają zachęcająco. Będziemy wchodzić na górę po dwóch. Ja i Peter zakładamy poręczówki i znajdujemy miejsce na biwak, Piotr z Darkiem idą za nami.
Dzień wypoczynku w bazie i ruszamy do góry. Do obozu pierwszego długa droga z 20 kg na plecach. W nocy często się budzę, boli mnie głowa. Tak to jest na wysokości. Rozrzedzone powietrze, brak tlenu i niskie ciśnienie wywołują mdłości i ból, który rozsadza czaszkę. Organizm zatrzymuje wodę, więc puchną ręce, twarz, narządy wewnętrzne. Aklimatyzacja polega na wielokrotnym wspinaniu się i schodzeniu niżej. Tak człowiek powoli przyzwyczaja się do ekstremalnych warunków.
Annapurna będzie od nas wymagać dużo wysiłku, więc musimy teraz sprawnie założyć obóz trzeci i spędzić kilka nocy pod wierzchołkiem. Ładujemy linę i rozpoczynamy wspinaczkę. W plecakach mamy sprzęt biwakowy i zaopatrzenie na tydzień. Przed obozem drugim czeka nas najtrudniejsze zadanie – pionowa ściana. 2 kwietnia jesteśmy już pod 
wiszącym groźnie serakiem. Masa przewieszonego lodu. Mroźno. Trafiliśmy na resztki zimy, a zima w Himalajach to suche powietrze, brak śniegu i silne wiatry.
Ostatnie 200 m prowadzi prosto na szczyt. Robimy zdjęcia, pijemy herbatę. Wreszcie powrót. Rano wtulam się w ciepły śpiwór. Czekamy z Peterem, aż Piotr z Darkiem zejdą z wierzchołka. Leżenie, muzyka, pisanie dziennika, rozmyślanie. Kiedyś bym oszalał, gdybym miał cały dzień spędzić bezczynnie. Teraz nie szukam na siłę zajęcia. Piotr i Darek wrócili do obozu. Rankiem zwijamy zalodzone namioty i schodzimy wieczorem do bazy. Pod Ama Dablam spędziliśmy 14 dni. Tymczasem przyszła wiosna, a z nią śnieg. Od rana sypie, sypie, sypie... W ostatniej chwili wynieśliśmy się z tej góry.