Cena złota mierzona w dolarach i cierpieniu – nigdy dotąd nie była tak wysoka.


Ceny kruszcu idą w górę, więc biednym hinduskim rodzinom coraz trudniej gromadzić złoto na posag i wiano. Odkrywa to ciemną stronę tradycji. W sąsiednim stanie Tamilnad chęć powiększenia rodzinnego skarbu doprowadziła do przemocy (rodzina pana młodego bije pannę młodą za zbyt skromne wiano) i selektywnych aborcji (by uniknąć finansowego obciążenia związanego z wychowaniem córki).

Nawet w Kerali presja bywa dla ubogich zbyt wielka. Rajam Chidambaram, 59-letnia wdowa mieszkająca w slumsach Koczinu, niedawno znalazła kawalera chętnego do poślubienia jej jedynej 27-letniej córki. Ale rodzina pana młodego zażądała posagu, na który jej absolutnie nie stać: 25 suwerenów, czyli w sumie 200 g złota (8 lat temu warte było 1 650 dolarów, a dziś – ponad 5 200). Chidambaram, pracująca jako sprzątaczka, ma tylko dwa kolczyki i nosi je na sobie. Złoty naszyjnik poszedł na pokrycie rachunków za pobyt w szpitalu jej nieżyjącego już męża. – Musiałam przystać na te żądania – mówi kobieta, ocierając łzy. – Jeżeli odmówię, córka na zawsze zostanie w domu.

W końcu miejscowi „finansiści” udzielili Chidambaram pożyczki na posag. W ten sposób zapewne uniknęła wstydu staropanieństwa córki, ale została obarczona długiem, z którego spłatą będzie się borykać do końca życia.

Rosemery Sánchez Condori ma zaledwie 9 lat, lecz skóra jej rąk wygląda jak wytarta tapicerka. Taki jest los dziewczynki, która łupie kamienie w andyjskim słońcu. Od kiedy przed ośmiu laty zachorował ojciec pracujący w peruwiańskich kopalniach La Rinconady, matka haruje, zbierając kamienie w pobliżu kopalń i rozbijając je na drobniejsze kawałki w poszukiwaniu przegapionych okruchów złota. W czasie szkolnych wakacji Rosemery czasem pomaga matce. Dla dziewczynki, której rodzina żyje z dnia na dzień, jej praca jest też powodem do dumy: – Ostatniego lata znalazłam dwa gramy złota. Wystarczyło na moje książki i mundurek!

W małych kopalniach na całym świecie poszukiwanie złota jest zajęciem rodzinnym. Szacuje się, że spośród 12–15 mln drobnych górników 30 proc. stanowią kobiety i dzieci. W La Rinconadzie mężczyźni znikają w głębi wznoszącej się ponad miastem góry, a ich żony, ubrane w tradycyjne długie spódnice i meloniki, siadają przy kupkach odrzuconej skały, wystukując dwukilogramowymi młotkami synkopowy rytm. Czasem przychodzą z dziećmi, bo nie mają z kim ich zostawić. Do pracy zmusza je loteryjny system wynagrodzeń w kopalni ich mężów oraz ich zachowanie. Przynajmniej mogą być pewne, że te sześć czy osiem gramów złota (warte ok. 200 dolarów), które znajdują każdego miesiąca, pójdą na potrzeby rodziny, zamiast trafić do obskurnych barów i burdeli.

Tylko złoto – źródło pożądania i destrukcji – mogło stworzyć miejsce tak jaskrawych kontrastów, jakim jest La Rinconada. W odosobnionym i niegościnnym mieście na wysokości 5 100 m n.p.m. nawet tlenu nie ma pod dostatkiem, a jednak rozwija się ono w szalonym tempie. Podróżni zbliżający się do La Rinconady od strony wysokich równin najpierw dostrzegają błysk dachów poniżej wspaniałego lodowca, udrapowanego niczym welon wokół górskiego szczytu. Potem dochodzi do nich smród. W dół zbocza zrzuca się śmieci, a ulice zalane są fekaliami i ściekami przemysłowymi. Mimo gwałtownego rozrostu miasta (liczba dziurawiących lodowiec sztolni w ciągu sześciu lat skoczyła z 50 do ok. 250) w La Rinconadzie brak wodociągów, kanalizacji, poczty, nie ma nawet posterunku policji. Najbliższy znajduje się o godzinę drogi w dół. La Rinconada to miejsce, które żyje, najzupełniej dosłownie, ponad prawem.