Moskwa jest piękna jak neapolitańska święta. Kryształ nieba odzwierciedla, odbija, szlifuje tysiące wież, dzwonnic, kampanili, które pną się, rosną, unoszą lub osiadając ciężko, rozjeżdżają się, bulwią jak wielobarwne stalaktyty pośród kipieli, w ukropie świateł. Tak na początku XX w. o rosyjskiej stolicy pisał francuski literat i obieżyświat Blaise Cendrars. Miał rację. W XXI w. można odnieść to samo wrażenie.

A gdyby tak zacząć od spojrzenia na Moskwę z lotu ptaka? Wtedy najszybciej można się o tym przekonać. Wystarczy wsiąść do metra i pojechać w pobliże Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego. Mieści się on w jednym z siedmiu posępnych wysokościowców wybudowanych z polecenia Stalina. Fundamenty pod ich budowę położono w 1947 r., w 800. rocznicę założenia miasta, które – jak przystało na „Trzeci Rzym” (po tym właściwym i Konstantynopolu) – zasługiwało, zdaniem dyktatora, na drapacze chmur.

Budynek uniwersytetu to potężny, czteroskrzydłowy gmach. Ma 36 pięter i 236 m wysokości. W trakcie roku akademickiego długie korytarze tętnią życiem, w wakacje zaś – przypominają opuszczony pałac z filmów grozy. Trzeszczą przy każdym kroku posadzki, a wnętrze spowite jest w półmroku.

Uniwersytet stoi na Wzgórzach Wróblowych. Rozciąga się stąd fantastyczny widok na rosyjską stolicę. Na pierwszym planie wyrasta spodek stadionu sportowego, za nim lśni zaś zabytkowe centrum. Złote kopuły cerkwi, które po dziesiątkach lat odzyskały swe miejsce, przypominają porozrzucane klejnoty. Niektóre z nich kształtem przywodzą na myśl lody włoskie. Za starówką aż po horyzont ciągną się socjalistyczne osiedla z wielkiej płyty. W porannym słońcu nawet one wydają się fotogeniczne.

Na skraju wzgórza, przy uniwersyteckich ogrodach, rozstawili się lokalni pejzażyści. W ich pracach sponad morza dachów wystrzeliwują wieżowce.
– „Siedem sióstr Stalina” – zagaduje jeden z nich. – Tak je tutaj nazywamy. Niektórzy wołają na nie „torty urodzinowe”. Ten za nami to właśnie jeden z nich.
– Moim zdaniem bardziej przypominają rakiety na kosmodromie! – odpowiadam.
Artysta drapie się po głowie, a potem obydwoje wybuchamy śmiechem:
– Ósmą siostrę macie w Warszawie.

Wracam do centrum. W niedużej restauracji w jednej z bocznych uliczek zjadam solankę – królową rosyjskich zup o delikatnych słodko-kwaśnym smaku, i aromatyczne pielmieni, czyli pierożki nadziewane mieszanką wołowiny, baraniny, wieprzowiny, cebuli i czosn­ku. Posypane posiekanym koperkiem czy pietruszką, z odrobiną śmietany, rozpływają się w ustach. Popijam kwasem chlebowym i czuję, że to wystarczy mi za kolację. Kuchnia rosyjska jest pożywna, idealna na jesień.

Wieczorem słynny deptak Arbat jest zadziwiająco spokojny. Kilku ulicznych grajków odgrywa skoczne pieśni na bałałajce lub akordeonie, a nieliczni sprzedawcy pamiątek: babuszek, waniek-wstaniek i inkrustowanych jaj, zachęcają do zakupów.

– Matrioszka z Putinem, Jelcynem albo Gorbaczowem? – zagaduje mnie bez przekonania jeden z nich. – Nigdzie nie kupisz taniej.
Nie ma racji. Na targu Wernisaż w Izmaiłowie jest taniej i wybór tam też jest większy.
– Tam są same podróbki – odpowiada niezrażony.

Dziękuję mu serdecznie i idę dalej. Deptak kończy się i zamienia w szeroką arterię. To Nowy Arbat, nowoczesna twarz Moskwy. Po zmroku kasyna i restauracje wabią klientów kręcącymi się świetlistymi kulami, feerią barwnych neonów i pulsującymi koronami. Ulicą pędzą luksusowe limuzyny, trąbiąc nerwowo. Najdroższe modele mercedesów obok zdezelowanych ład. Moskwa nie ma ochoty na sen. Przed oczyma wyrasta mi najmłodsza z „Siedmiu sióstr” – Hotel Ukraina.

Ruszam w miasto ulicą Bolszaja Ordynka, mijając cerkiew Świętych Michała i Fiodora oraz Kanał Wodootwodny. Na wprost straszy ponure gmaszysko Hotelu Rossija – zszarzała megakonstrukcja z betonu pełna malutkich okienek niczym szkaradna żaba o setkach nieruchomych oczu. Mijam go czym prędzej i maszeruję dalej, wzdłuż nabrzeża rzeki Moskwy, od strony, z której wielu fotoreporterów robi piękne zdjęcia, ale zapuszcza się tu niewielu turystów. W lustrze wody odbijają się ceglany mur i zgniłozielone dachy wieżyczek obronnych Kremla.

Na skraju wyspy stoi olbrzymi pomnik. Jest tak wysoki i dziwaczny, że nie sposób go przeoczyć. Przedstawia żaglowiec, na którego dziobie stoi nieproporcjonalnie wielki mężczyzna. Wygląda karykaturalnie, trzymając w lewej ręce ster, a w prawej unosząc zwój.

– To Piotr Wielki. Oficjalnie pomnik upamiętnia trzysta lat marynarki rosyjskiej – wyjaśnia mi samozwańczy przewodnik. – Pierwotnie miał przedstawiać Krzysztofa Kolumba. Ponieważ jednak nie znalazł się nikt zainteresowany projektem ani w odkrytej przezeń Ameryce, ani we Włoszech czy w Hiszpanii, zmieniono profil twarzy i ustawiono go w sercu Moskwy.
– W pierwszej chwili zdało mi się, że to Piotruś Pan – odpowiadam i dodaję: – Na takie poczucie humoru moskiewskich władz nie byłoby chyba jednak stać?
– Część moskwian rozwścieczył tak bardzo, że próbowano go wysadzić w powietrze – tłumaczy mężczyzna. – Teraz całą dobę pilnują go straże. Gigantomania naszego dawnego mera przekroczyła wszelkie granice. Każdy chce coś po sobie zostawić, by i po śmierci nie być zapomnianym. Szkoda tylko, że nie za swoje pieniądze.
A może w ten sposób Petersburg zemścił się na Moskwie, która odebrała mu miano rosyjskiej stolicy?

Po drugiej stronie rzeki – imponujący gmach. Przechodzę przez przerzucony nad brunatną wodą most deptak. Na jego środku staruszka obraca się w stronę Kremla, dłońmi maluje znak krzyża i oddaje powolny, głęboki pokłon. Czy kłania się kremlowskim władcom, czy też potężnym patriarchom? A może wszystkim naraz? Zaraz potem rusza żwawym krokiem w stronę soboru Chrystusa Zbawiciela. A ja za nią.