Na południu Japonii wiśnie budzą się czasem już u schyłku lutego. Zaczyna się hanami, niezwykłe święto polegające na podziwianiu kwitnących kwiatów wiśni.

Sakura to wiśnia. Hanami to podglądanie wiśni. Te dwa słowa wywołują w Japończykach dreszcz emocji.

Siedzą wszędzie. Całymi grupami. Na kocach, matach, wprost na trawie, pod drzewami. I patrzą. Patrzą, jak kwiaty kwitną. Dla kogoś z boku może wydać się to dziwne, być może nawet śmieszne. Dla Japończyka to coś tak oczywistego jak to, że po nocy wstaje dzień, a życie kończy się śmiercią. Zaczyna się hanami, niezwykłe święto polegające na podziwianiu kwitnących kwiatów wiśni (po japońsku: sakura).

Na wyspie Okinawa, daleko na południu, wiśnie budzą się czasem już u schyłku lutego, potem sakura stopniowo przesuwa się na północ, by do odległych krańców Hokkaido dotrzeć dopiero w maju. W centralnej Japonii, na wyspie Honsiu, zwykle przypada ona na drugą połowę marca, ale trzeba pamiętać, że pogoda również tu lubi płatać figle. Dlatego już parę tygodni wcześniej w mediach zaczynają się pojawiać prognozy sakura zensen, czyli z „frontu  kwitnienia wiśni”.

Sakurę ogląda się w parkach, na skwerach, przy placach i ulicach. W zasadzie wszędzie, bo w Japonii wiśnie są wszechobecne. Zwłaszcza te najpopularniejsze, wiśnie piłkowane, charakteryzujące się brakiem owoców. Nieco mniej popularne – acz uświęcone jeszcze dłuższą tradycją – jest oglądanie kwitnącej śliwy. Trwa to wszystko około dwóch tygodni. Czasem jeszcze krócej, jak choćby w przypadku najbardziej cenionej, hybrydowej odmiany wiśni, somei yoshino.

– Na ten czas ludzie wpadają w amok – tłumaczy mi Keiko Hashimoto, studentka psychologii z Tokio. – Od chwili, gdy na drzewach pojawiają się bladoróżowe kwiaty, przez kilkanaście dni, aż po sakura fubuki, czyli moment, kiedy płatki wiśni spadają na ziemię niczym śnieg, w kraju nic nie jest normalne. Mam okazję tego doświadczyć, siedząc wśród setek ludzi w tokijskim parku Ueno. Wokół mnie dużo młodzieży. Leżą na brezentowych płachtach, śmieją się, rozmawiają, pokrzykują, śpiewają. Leje się sake, a z koszyków co chwilę ktoś wyciąga ryżową kulkę dango, typowy sakurowy przysmak. Kilka ostro umalowanych i ubranych na różowo nastolatek w krótkich sukienkach chichocze pod drzewem, ukradkiem spoglądając w stronę równie młodych chłopaków. Patrzę na tę scenę, a po głowie chodzi mi stary przebój Francuzów z grupy Air Cherry Blossom Girl (Dziewczyna kwitnącej wiśni):

I don’t want to be shy
Can’t stand it anymore
I just want to say hi
To the one I love („Nie chcę być nieśmiała
Nie mogę dłużej tego znosić
Chcę powiedzieć cześć
Komuś, kogo kocham”).

Trochę dalej jakaś para gra w badmintona, obok nich większa grupa gimnastykuje się, inni tańczą jakiś egzotyczny taniec, na moje oko coś pomiędzy kazaczokiem a zorbą. Gdzieś z brzegu ulokowali się młodociani malarze, na twarzach powaga, na płótnach - abstrakcja. W niebo lecą kolorowe balony i latawce. Wszędzie: muzyka, śmiech, jazgot, harmider.

 

Naród singli

Sumire Minamii, 25-letnia ekonomistka, z którą spotkam się później w modnej kawiarni w dzielnicy Asakusabashi, o hanami opowie mi z dystanstem i lekką ironią: – Nie jestem fanką tej fiesty. Lubię kwitnące wiśnie, ale ta cała impreza pod drzewami jest dla mnie trochę na pokaz. Obcokrajowcy, którzy ją oglądają, mogą odnieść wrażenie, że jesteśmy tacy fajni, wyluzowani, tolerancyjni i otwarci na świat. A to nieprawda. A przynajmniej nie cała prawda. Sumire może sobie pozwolić na dystans i spojrzenie z boku, bo przez wiele lat uczyła się w Anglii. Kiedy wróciła do ojczyzny, miała w sobie sporo krytycyzmu wobec rodaków: – Jestem dumna z bycia Japonką, ale dostrzegam też wady. Japończycy wciąż są zamknięci na inne kultury. Mogą być mili, uśmiechać się i pomagać, gdy pytasz o drogę, ale w gruncie rzeczy nigdy do końca cię – jako obcego – nie zaakceptują. Ja mam z tym podwójny problem. Bo o ile cudzoziemca potraktują z ulgą, tłumacząc to kulturowymi różnicami, o tyle ja mam obowiązek być typową Japonką. Żyć zgodnie z tutejszymi zasadami, tradycją. Społeczeństwo nie toleruje odstępstw od normy. Styl życia, styl ubierania się, wysławiania. To, jak się bawisz, i przede wszystkim to, jak pracujesz, musi być zgodne z normami. Praca jest zresztą sednem japońskiego życia. Zdaniem Sumire typowy Japończyk poświęca się pracy do tego stopnia, że przedkłada ją nad życie osobiste. Rezygnuje z wypoczynku, a coraz częściej także z posiadania dzieci. Boi się, że przez to jego kariera się załamie. Że będzie gorzej zarabiać, że szef straci do niego zaufanie.

Efektem jest jeden z największych problemów Japonii – starzenie się społeczeństwa. Już w tej chwili co czwarty Japończyk to emeryt, a szacuje się, że w najbliższych pięćdziesięciu latach naród skurczy się nawet o jedną trzecią. – Co gorsza, na nieposiadanie dzieci decydują się najczęściej ludzie dobrze wykształceni, z dużych miast. Tworzy się społeczeństwo singli. I to mocno zdziwaczałych singli. Niedawno czytałam gdzieś, że 25 proc. ludzi z miast, którzy skończyli 30 lat, nigdy nie uprawiało seksu. Pomyślałam sobie: „O mój Boże! Mój kraj to katastrofa!” – mówi Sumire. – Mam wrażenie, że lawinowo rośnie liczba geeków, ludzi, którzy całe życie spędzają samotnie przy komputerze. Jedyny kontakt z innymi zapewnia im internet, nie ma więc mowy o żadnych relacjach erotycznych. Oni kochają się jedynie w postaciach z mangi (japońskiego komiksu pełnego m.in. rysunków kobiet o nienaturalnie wielkich biustach), nierealnych, idealnych dziewczynach. Jak dla mnie, jest to chore. Ale w czasie hanami o tym wszystkim mało kto pamięta. Społeczne problemy są gdzieś daleko. Liczy się tu i teraz. A więc zachwyt tym, co dała natura.

 

Wiśnie filozoficzne

Jadę do Kioto, dawnej stolicy cesarstwa. Tutejsze hanami jest jakby spokojniejsze, bardziej wyciszone. Melancholijne wręcz. A może tylko tak trafiłem? Sakurę oglądam bowiem, idąc wzdłuż Tetsugaku-no-michi, czyli Ścieżki Filozofów. Swoją nazwę aleja zawdzięcza jednemu z najsłynniejszych japońskich myślicieli XX w., Nishidzie Kitaro, znanemu z medytacyjnych poszukiwań sensu życia. Kitaro przez wiele lat pokonywał tę trasę w drodze na uniwersytet, tu powstało wiele z jego teorii. Być może z szacunku dla wielkiego filozofa dziś – nawet podczas hanami – nie słychać tu młodzieńczych wrzasków i głośnych śpiewów.

Są za to zakochane pary fotografujące się w namiętnych pozach pod drzewami i zastygli w zachwycie staruszkowie kontemplujący bladoróżowe płatki. I nawet uśmiechnięci nastolatkowie, przemierzający ścieżkę nad kanałem sporymi grupami, tu są bardziej stonowani. W tym miejscu przypominam sobie o filozoficznej, buddyjskiej wykładni sakury. To gwałtowne, radosne kwitnienie, chwilę później upadek – na chodnik czy asfalt – i wreszcie zapomnienie jest metaforą ludzkiego życia.

Przypomina o jego kruchości  i ulotności. O tym, że trzeba się nim cieszyć tu i teraz, nie czekając na jutro. Bo jutra możemy nie doczekać. Ścieżka Filozofów ciągnie się wzdłuż kanału w historycznej dzielnicy Higashiyama, pomiędzy świątyniami Eikan-do i Ginkaku-ji. Poza oglądaniem kwitnących wiśni, po drodze lub w pobliżu ścieżki zwiedzać można liczne przybytki buddyjskie i chramy szintoistyczne. Zadziwiająco lekkie w konstrukcji budowle imponują wyrafinowaną architekturą, niezwykłymi detalami. Już poza ścieżką, w południowej Higashiyamie, tłumy zwiedzających o każdej porze roku przyciąga drewniany kompleks klasztorny Kiyomizu-dera. Główny pawilon przyklejony jest do stromego zbocza i można stąd podziwiać wspaniałą panoramę całego Kioto, w którym jest ponad tysiąc sześćset świątyń buddyjskich i około czterystu chramów szinto. Ta sześciopiętrowa konstrukcja z cyprysowym dachem i podłogą zbudowaną z czterystu cedrowych desek, do której budowy nie użyto ani jednego gwoździa, budzi szacunek i zachwyt.

Pierwsza świątynia, poświęcona bogini Kannon, powstała tu u schyłku VIII w., a założył ją buddyjski mnich Enchin, który we śnie usłyszał polecenie odszukania źródła czystej wody (stąd nazwa kompleksu oznaczająca świątynię czystej wody). Źródłem okazał się tutejszy wodospad Otowa-no-taki. Dziś trzy strumienie wodospadu wpadają do stawu poniżej XVII-wiecznej bryły pawilonu. Pielgrzymi, którzy docierają tu, by napić się świętej wody, muszą zdecydować, czy najbardziej zależy im na: 1. zdrowiu, 2. długim życiu, czy 3. wiedzy. Każdy strumień odpowiada za co innego, a zwyczajowo wybrać można tylko jeden. W kompleksie Kiyomizu-dera uwagę warto zwrócić także na chram Jishu Jinja poświęcony bóstwu miłości Okuninushi-no-mikoto. Obok świątyni usytuowano dwa oddalone od siebie o 18 m głazy. Według legendy każdy samotnik, który z zamkniętymi oczami przejdzie od jednego do drugiego, powtarzając imię ukochanego lub ukochanej, zapewni sobie szczęście w miłości. Przy Jishu Jinja przypominam sobie to wszystko, o czym w Tokio mówiła mi Sumire. Być może właśnie tu należałoby przysłać tych wszystkich japońskich singli, którzy nie uprawiają seksu i nie zależy im na dzieciach?

 

Łazienna etykieta

Wieczorem docieram do onsenu Funaoka uważanego za najlepszy w całym mieście. Onsen to rodzaj łaźni zbudowanej na ciepłych źródłach. Tak jak niemal wszystko w Japonii wiąże się z osobnym rytuałem. Przed wejściem do basenów termalnych obowiązkowo trzeba się dokładnie wyszorować z użyciem mydła.  I już ten punkt może sprawić trudności. Japończycy kąpią się, siedząc na niedużych stołeczkach, w żadnym wypadku na stojąco. Wskutek czego sitka prysznicowe zamontowane są mniej więcej na wysokości europejskiego pępka.

Potem jest nieco łatwiej – pod warunkiem że zachowamy powagę i takt. Bo pobyt w onsenie to nie jest zwyczajna kąpiel. Przychodzą tu razem całe rodziny, grupy przyjaciół, kolegów z pracy – by omówić najważniejsze prywatne czy zawodowe sprawy. Onsen relaksuje i dodaje energii. Źródła mają właściwości lecznicze, ale też – a może przede wszystkim – w ciepłej wodzie kąpie się nie tylko ciało, ale i dusza.

Maciej Wesołowski