plakat wyniki

Wyniki - 49. Konkurs Społeczności "Rowerowe szaleństwa"

Kochani!!! Miałam zaszczyt i wielką frajdę organizować 49. edycję Konkursu Społeczności "Rowerowe szaleństwa", który odbył się 18 marca 2017 r. Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w rowerowym maratonie i byli z nami od rana do późnej nocy. Dziś obolałe kciuki od pedałowania są już tylko wspomnieniem:) Pozostała siła przekazu 123 prac i miejsc, do których każdy z Was zabrał nas w tę ostatnią zimową sobotę. Pokazaliście, że można w jeden dzień objechać świat na dwóch kółkach:), a ja zebrałam okruchy tych wspaniałych chwil i z przyjemnością po ogłoszeniu wyników ich posmakujcie:) Po sobotniej równej jeździe w peletonie podczas głosowania uformowała się ucieczka 7 zawodników. Popędził jak strzała po ostatnim wyrzucie roweru na kreskę i zdobył koszulkę lidera Marek_w. To była brawurowa "Ucieczka na zachód" warta 71 pkt. Brawa!! 1 miejsce - Marek_w "Ucieczka na zachód" - 71 pkt. 2 miejsce - Sfumato "Rowerem za morze ...:) - 62 pkt. 3 miejsce - Sokołowski "Mój rower" - 57 pkt. 4 miejsce - Soraya (praca nr 2) - 56 pkt. 5 miejsce - Józek Krzeptowski " Freedom" - 47 pkt. Gratuluję zwycięzcom! I ogłaszam uroczyście, że 50. Złoty Jubileuszowy Konkurs Społeczności zorganizuje jego pomysłodawca Marek:) Konkurs zatoczył koło:) Zajrzyjcie też na forum do wątku Mini Konkursy:) Benia ******************************************************************************************************************************* Pierwszy na starcie zameldował się Józek Krzeptowski, by z samiuśkich Tater wymachując lekko swoim rowerem rozpalić w nas pragnienie wolności. Zapewne głos ten usłyszała nad morzem Minia. Spokojnym tempem, bez szarżowania, leśną ścieżyną ruszyła do Wrocławia (z nutką szaleństwa via Kopenhaga:), gdzie mimo groźby mandatu namówiła krasnala zwanego prezesem, by dołączył do nas. O kawie na wrocławskim rynku nie było mowy, Kingula w towarzystwie grupy pasjonatów kółek już poganiała nas na szczyt. Pokonawszy futrzaka:) nie straszna nam byla nawet armata:) Na górze poczuliśmy wiatr we włosach i jednym szarpnięciem przerzutkami zjechaliśmy wprost na podwórko Wichury, która nauczyła nas sztuki panoramowania na kółeczka:) Wiesia ugościła nas po królewsku, zaprosiła na kokosy do Birmy i na rybkę do pobliskiego przerębla. Z zimy za dotknięciem czarodziejskiej pałeczki Aleeksy znaleźliśmy się w parku nad rzeczką. W otoczeniu zieleni i dawnych pałaców delektowaliśmy się naszymi odbiciami w wodzie. Błogi odpoczynek przerwało wezwanie o pomoc. To Daria Taracha - Guz zmagała się z materią błota towarzysząc małemu bohaterowi. Dzięki Marcinowi Elin i jego spotkaniu oko w oko z porannym słońcem nabraliśmy i my energii, by dołączyć do prawdziwej kolarskiej rywalizacji. O nasz udział w odcinku specjalnym maratonu i serwis rowerowy zadbał Marcin Karłowski. W doskonałej kondycji i bez usterek dotarliśmy w końcu do Etiopii, gdzie czekał na nas Kazik Sokołowski .... ze wspomaganiem. W drodze powrotnej nad polskie morze do Grażynki (Fedor) jedni zostawili rowery w cieniu, inni pod mostem, a męska część peletonu ruszyła na plażę raczyć się widokiem kobiecego piękna w bikini;) Z marzeń o figurze bez celulitu obudził nas Kazik przypominając o włączeniu świateł. We mgle dotarliśmy do Macieja64, który namówił nas w końcu do odpoczynku i zabawiał opowieścią o jesiennym pędzie. W klimat wspomnień wprowadziła nas też Janka 57 przywołując dziecięce pragnienia o swoim rowerze. Prawdziwy jednak powrót do przeszłości i podróż w czasie zafundował Tomek (kamień672) wystawiając przed dom muzealny bicykl. Długonogie koleżanki migiem wsiadły i tyle je widzieliśmy, reszta usiłowała wskoczyć z rozbiegu :) Uchachraliśmy się okrutnie, zanim na stół zapodano po dwie butelki cykle (a może to były cyce?:) i zabawa zaczynała się na całego. Komu w drogę, temu Gucio, powiedziła w końcu Jola 1964 i przemierzając pola rzepaku wpadliśmy na chwilę relaksu do niej nad jezioro. Nieopodal czekał już na nas Dawid Kukiełka, który nie musiał długo namawiać na wiosenny wyścig z własnym odbiciem. Mijając zapomniane rowery ktoś w końcu zaprosił nas do ogródka w tyle kawiarni. Janka podróżniczka zapodała przepyszną kawę ... tak łatwo zapomnieć o dalszej drodze ... Dziewczynka o czarnych jak węgiel oczach poderwała nas i chwilę później Szymon Chaladus pokazał wszystkim jak uwalnia się adrenalina na prawdziwych góralach! Nad Biebrzę dotarliśmy w środku lata, gdzie czekał już klimatyczny Piotr Szewczyk i bez GPSu przez Jurę wylądowaliśmy w sam środek zimy w mieście, którego gospodarzy najwyraźniej zaskoczył śnieg. Jazda po śliskiej ścieżce przypominała akrobacje na jednym kółku, takie jakie pokazał Maciek. Gdy tymczasem Daria w zmaganiach podkreślała rolę pedałów i zapasowego koła. W dobrych humorach przenieśliśmy się wprost do centrum nocnego życia wietnamskiego miasta. Tylko Paweł (pak76) wie jak to się stało, że całą noc śmigaliśmy wszyscy po dwóch na jednym rowerze podjadając ananasy Janki. Są chwile ulotne i takie, które uczą, dają do myślenia, wzruszają. „Roweryk bez roweru” zatrzymał nas na dłużej. Kadr Kazika - „esencja wrażliwego, głębokiego fotoreportażu. Mogłaby zastąpić wiele stron literatury faktu, reportażu najznamienitszych” - pięknie ujął w słowa nasze myśli Zygmunt Prondzyński. To był czas na refleksję i zajrzenie w głąb serca. Dobrym więc pomysłem okazał się wypad w Bieszczady, gdzie zmagaliśmy się z myślami i jazdą na fatbike`ach. Przewodnikiem w tej trudnej materii wielkich kółek został, FatBike Bieszczady, który zachwycił nas swoją pasją. Któż z nas nie chciałby Nowego Roku spędzić w gronie pasjonatów tych rowerowych patard. Edukacyjną funkcję wyprawy przejął nieoceniony Janusz Plewniak, który nauczył nas czyścić szyby kręcąc pedałami:), zachowywać się w wypożyczalni rowerów we Wrocławiu i jak bez szaleństwa zrobić szybkie zakupy (tak po męsku:) Tymczasem Ela (Bursztynek) wysłała siostrę zakonną do ojca Mateusza, by szybciej rozwiazał swoje zagadki, a nas zaprosiła na molo i na relaks przy fontannie. Potwierdziła tym samym, że doskonale sprawdza się nauka pobrana u Wiesi o tajemnicy robienia kółeczek na dziecięcym rowerze:) Porą obiadową powitała nas uśmiechem i kwiatami Beata Bilska-Zaleska zdradzając przy tym, gdzie stawia zwykle swój rower. Na dalszą wyprawę wybrała jednak rowerzysko dla wielkoluda – prawdziwe perpetum mobile:))) Nie dziwił więc fakt, że trudno było zaparkować jej pod hotelem Piast, gdzie urzędowała Basia Korczak. Do Szkocji ruszyliśmy na zaproszenie Rubinara, który pokazał nam cuda na kiju i niezbyt ekologiczną stronę rowerowego szaleństwa. A stąd już rzut beretem do Marakeszu na szybkie zakupy. Mistrz Johann czuwał nad naszym bezpieczeńtwem proponując pitbox, a potem wyprawę w Andy na wysokość 3000 m. Jest przygoda, jest życie! Mógłby powiedzić spotkany u Oli rowerzysta. Bo wesołe jest życie ….:))) Margreta czekała już na nas na moście i zaproponowała jazdę bez trzymanki. Dlaczego? Bo w Sandomierzu czekał już na nas mirekmotylek z całą ekipą filmową:) Ojciec Mateusz szalał za kółkami, gdy my tymczasem próbowaliśmy rozwiązać nasze zagwozdki. Ile materacy można zmieścić na rowerze i na którym zakręcie przewrócą się? Ile dziewczynek zmieści się na tyci malutkim roweryczku? Z jaką predkością płynie rower wodny i czy przyspieszył pod mostem? Co popsuło się chłopczykowi? Dlaczego tato pokazuje język córce? W końcu Bożenka (Sfumato) zatrzymała nasz pęd intelektualny i zaproponowała wyprawę za morze. Nie wszyscy chcieli się zdecydować, ruszyliśmy jednak zgodnie daleko za ocean, do Chicago, do Eweliny, która kocha swe miasto w dzień i w nocy. Niestety na krótko, bo czekał już Irek z cyrkowcami w Lublinie i Daphnia z miedzianym rycerzem i parką owadów (barabara) jadących na gapę. A gdyby tak ucieczka na zachód? Zaproponował Marek_w. Przez most U-Bein po zbiórkę makulatury? Powiecie: " nie takie my rzeczy ze szwagrem..." A jazda do szkoły ze śpiewem o poranku? Powiecie: chcemy więcej:) Może przyda się rower wodny Basi i za namową Adama (alaadam) ruszyliśmy na skróty przez pustynię zabierając po drodze chłopców zagubionch w latach 50-tych gdzieś do Azji. Ojojoj, coś z silniczkiem by się przydało, by Was dogonić – powitała nas Ania (kalababa) u boku sędziwego strażnika myśliciela. Zerezerowała nam jeszcze dwa rowery i w doborowym towarzystwie zjechaliśmy wprost do Kowna dziwiąc się po drodze, że w Neapolu nie ma punków skupu matali kolorowych. Benka na Alei Wolności wyłożyła nam zasady poruszania się ścieżką rowerową, a Basia zasugerowała, że można nie ruszać się w ogóle, od czego jest przecież rower stacjonarny:) Dzień chylił się ku wieczorowi, za namową Yolika ruszyliśmy przed siebie. Brawurowo śmignęła nam Amalka przed czerwownym autobusem, by pokazać świąteczne iluminacje, Paweł Draus zapoznał nas z jeźdźcami mgły, przewiózł przez góry i przypomniał jak powinien wygladać profesjonalny strój rowerzysty:)). Minęliśmy Elę, której pogoń za wlasnym cieniem zaowocowała ciekawymi zdjeciami. I już wydawało się, że nic nas dziś nie zdziwi pojawiła się ona …. otulona przez Pawła malachitowym szalem mknęła na przekór wszystkim, którzy obcasy zakładają tylko do pracy. Można dziewczyny, można!!! Pewne inne nóżki zapodane przez Ewelinę również nas zszokowały, ale o tym sza. Finiszowaliśmy zachłannie, świetnie sprawdziły się propozycje Malty (riksze i wózki rodem z Chin), Duszek dwoiła się i troiła wyszukując rowery w bieli, widoczne przez mgłę, Wiktor Czerwiński zajał się serwisem (Co za servismen!!!), a na okoliczność zmęczenia opatentował nawet program 3 x 500plus. I gdy ze śpiewem na ustach „Oprócz błękitnego nieba (i roweru) nic mi więcej nie potrzeba...” mknęłliśmy ku mecie nadciągnął Deszcz i rozbłysło światło, rozpoczął się teatr światła w Dhaka... w Bangladeszu. Czy ktokolwiek marzył, że na koniec dnia zamoczy stopy w Zatoce Bengalskiej na plaży Chaungtha o zachodzie słońca, albo w turkusowych wodach Zanzibaru? Sielankę przerwała Kingula, która złapała gumę i musiała zapakować rower na platformę. Artur73 nie dawał za wygraną, bo przez las ciemny i bury ścigał go szalony zając z jajami:) A może gonił uciekające dzieci? Soraya to wie, sama na motocyklu ścigała pewnego mnicha laotańskiego z parasolką. Zbliżała się północ ... jakie szczęście, że nikt z nas nie musiał już wnosić na szczyt wulkanu Mt. Bromo swojego roweru. Zostaliśmy na Jawie, by śnić o dalszych wyprawach. IrenaB złapała rowerowy zawrót głowy, Justyna Kiedos widziała anioła spieszącego na zakupy, w towarzystwie rozradowanych dzieciaków … każdy zatopił się w swojej historii niczym bike almighty ….

konkurs-spolecznosci konkurs-spolecznosci-wyniki

Komentarze