IMG_1056 kopia
exkmw1960 Zdjęcie wykonane przez exkmw1960
Album Myanma (Birma), Mrauk U

Myanmar (Birma), handlarka rybami na targu w Mrauk U

Chyba to co lubimy najbardziej zwiadzając świat, targowiska. Targowisko w Mrauk U położone jest przed mostem prowadzącym do pałacu królewskiego idąc od strony portu nad rzeką Kaladen mającego połączenie z Sittwe. Najkrócej o tym targowisku można by powiedzieć tak, że jest to bukiet zapachów od aromatu kwiatów, ziół, przypraw i owoców w tym durianu jednego z najsmaczniejszych owoców jakie jadłem a, że ma "nieświeży" zapach to co z tego, ser smażony przed smażeniem też ma "nieświeży" a jak smakuje? No właśnie. Dalej to już jest tylko coraz lepiej i wszędzie nas prowadzi węch, czy to do stoisk z perfumami i środkami czystości, mięsnych i dalej rybnych. A tam kolejna niespodzianka. W kuchni birmańskiej używa się ryb pod każdą postacią, świeżą, wędzoną i suszoną. Suszoną na trzy sposoby czyli całe suszone na słońcu ryby, szkielety z resztkami suszonego mięsa i solone (różnej wielkości od wielkości małych szprotek po takie ryby mające około kilograma. Tylko, że te trzeba dokładnie przejrzeć czasem ruszają się od środka). Tymi solonymi do 20 cm długości to zażerałem się na co dzień chodząc po Mrauk U mając w kieszeni kilka ryb. Zreszta nie tylko ryb,robactwo też miałem to znaczy małe smażone w oleju aromatyczne lekko kwaskowe żuki przy których tzw czipsy to coś, czego juz w życiu od pobytu w Tajlandi gdzie zajadałem się smażonymi w oleju kokosowym lub sezamowym jak to się u nas mówi, wyrośniętymi pasikonikami . A jak jeszcze to połączyło się z piwem to już był raj w gębie takie to dobre było i to bez podtekstu. Zresztą suszona solona ryba to nie tylko birmański wynalazek, najbliżej nas można ją spotkać na Ukrainie, tam zwie się "tarańka". Za to na Dalekim Wschodzie to ze świecą szukać targowiska bez suszonej ryby. Zresztą to jest jedyny sposób na dłuższe przechowywanie rybiego mięsa w strefie o gorącym klimacie i pozbawionym elektryczności. Zwiedzając targowisko w Mrauk U w końcu dochodzimy do miejsca gdzie mieszają się przede wszystkim dwa zapachy jeden olejowo-dymny ten nas zaprowadzi do wszechobecnych w Birmie kuchni ulicznych (u nas to się nazywa fast-food) gdzie kobiety na miejscu przygotowują zapiekane w cieście banany (kolejne niebo w gębie, które się żre za przeproszeniem a nie je, takie to dobre), placki posypane cukrem trzcinowym (coś w rodzaju naszych racuchów, tak samo dobre), pierożki samosa. Te już z różnym nadzieniem, mnie najbardziej smakują z żółtym groszkiem nie wiem czemu nazywanym zielonym czyli green peas. I to wszystko za grosze. Za jednego amerykańskiego dolara do syta najedzą się dwie osoby. A, że w przewodnikach i inni "mądrzy" mówią, że jedzenie w takich miejscach jest niezdrowe to co z tego. Palenie też jest szkodliwe i co, czy ktoś z tego powodu rzucił palenie? Jedyne czego sobie odmówiłem w Birmie to była wieprzowina ale to dopiero po blisko dwóch miesiącach pobytu i zdarzeniu jakie miałem w wiosce Marta Khinie nad rzeką Lay Myo. A było to tak. Kilka dni wcześniej gdy płynęliśmy do Czinów z plemienia Lai Tu (ich wdowy tatuują sobie twarze na wzór pajęczyny) na północ skorzystałem z ubikacji (czytaj, dżungli za wsią) gdzie niczym wierny pies towarzyszyła mnie łaciata świnia, która po moim wys... znaczy wypróżnieniu się zeżarła wszystko łącznie z papierem toaletowym po czym sobie zdrowo beknęła. A, że tam świnie chodzą luzem po wsi i żrą wszysto co znajdą, to jakoś przeszła mnie ochota na wieprzową a raczej słoninową curry. No i teraz został nam jeszcze ostatni zapach, słodko-mdławy. Ten zaprowadzi nad sam kanał a tam, wrażliwi nie mają czego szukać bo to co zjedli zaraz zwrócą. Tam się wyrzuca plastikowe torby w których przywieziono ryby i mięso, krew z ubitych kurczaków, płucze miski, wiadra i inne pojemniki przy okazji myjąc ręce w zielono-brunatnej wodzie. Ale znowu tak tragicznie to nie jest. Tylko do przypływu lub odpływu. W czasie odpływu wszystko spływa kanałami do rzeki Kaladen a potem dalej do Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego gdzie z kolei wszyscy turyści zachwycają się złotym piaskiem na plażach i szmaragdowym kolorem wody. A ile tam było tych śmieci? Wyobraźcie sobie kanał o szerokości pięciu metrów długości jakieś dwieście na dwa metry w górę zasypany plastikowymi workami, butelkami, skrzynkami i innym plastikowym dziadostwem oczekującym na ... spłynięcie do morza...

podroze ludzie azja kobieta birma targ myanmar targowisko handlarka przekupka Mrauk U ekskmw1960 Zaginione Królestwo Abakanu Arakan Rakhine

Komentarze