Rezerwat Kronocki na Kamczatce najlepiej zostawić w spokoju. Są na naszym globie miejsca tak cudowne i tak wrażliwe, że po prostu nie powinniśmy ich odwiedzać.
Najlepiej byłoby podziwiać je jedynie z daleka. Taki paradoks dotyczy Kronockiego Rezerwatu Biosfery, obszaru chronionej przyrody na pacyficznym wybrzeżu Kamczatki. Jego wspaniałe tereny rozciągają się na powierzchni ponad 10 tys. km2. Są tu wulkaniczne góry, lasy, tundry, łożyska rzeczne. W gęstych zaroślach kosolimby (sosny karłowej) żyją niedźwiedzie (nasiona kosolimby to misiowy przysmak). Rośnie tu jodła sachalińska, relikt ostatniego zlodowacenia; na wybrzeżu spotyka się wielkie stada uchatek grzywiastych; w Jeziorze Kronockim występuje nerka (gatunek łososia pacyficznego), a rzeki obfitują w pstrągi tęczowe, odbywają w nich też tarło inne gatunki łososi. Na niebie można zobaczyć białozora i orła przedniego, na ziemi – rosomaki, sobole i wiele innych rzadkich zwierząt. Jest tu tyle piękna tak kruchego (te ekosystemy są łatwe do zniszczenia ze względu na duże wyniesienie nad poziom morza, powolny wzrost roślin i skomplikowane stosunki geotermiczne), że pojawia się pytanie: czy do Rezerwatu Kronockiego powinno się wpuszczać turystów? Zadaję to pytanie, świadom, że z mojej strony podszyte jest hipokryzją – niedawno zostawiłem w miękkiej glebie rezerwatu ślady swoich butów.
Kronocki jest jednym z pierwszych rosyjskich obszarów chronionych, powstał bowiem w 1934 r. Przedtem był tu łowiecki rezerwat soboli, ustanowiony już w 1882 r. Z taką inicjatywą wyszła miejscowa ludność – myśliwi i traperzy, którzy wiedzieli, że lasy wokół Jeziora Kronockiego to matecznik gatunku. Z Moskwy na Kamczatkę jest daleko (tyle, ile z Warszawy do Nowego Jorku), więc stalinowskim władzom w połowie lat 30. łatwo przyszło wyłączenie z eksploatacji gospodarczej dalekiego kawałka dziczy.
Wiosną 1941 r. hydrolog Tatiana Ustinowa z przewodnikiem podróżowali saniami z psim zaprzęgiem po górnej części zlewni rzeki Szumnej. Zatrzymali się u zbiegu dwóch dopływów i przypadkowo zauważyli w oddali pióropusz pary. Nie mogli jednak przyjrzeć mu się bliżej, bo psy były głodne i trzeba było wracać. Po kilku miesiącach Ustinowa pojawiła się tam jednak znowu, aby dokonać dokładniejszych obserwacji i pomiarów. Odkryła mnóstwo ekshalacji geotermalnych, w tym 40 gejzerów. Pierwszemu z nich nadała nazwę „Pierwieniec”, czyli pierworodny. Ciek, wzdłuż którego wędrowała, nosi dziś nazwę Rzeki Gejzerowej. Nad jednym z jej zakoli wznosi się zbocze zwane Witrażem – ze względu na barwne osady powstałe z wyziewów wulkanicznych wydostających się z grup mniejszych i większych otworów. Tutejsza Dolina Gejzerów okazała się jednym z największych na świecie obszarów z gejzerami, obok Yellowstone w USA, El Tatio w Chile, Waiotapu na Wyspie Północnej Nowej Zelandii oraz Islandii.
Na ogół występowanie gejzerów wiąże się z aktywnością wulkaniczną i tak też jest w przypadku Rezerwatu Kronockiego. Cała Kamczatka jest usiana wulkanami, a w granicach rezerwatu i w jego otulinie znajduje się ich dwadzieścia kilka (część nieczynnych). Najwyższy z nich to Kronocka Sopka – idealnie regularny stożek sięgający wysokości 3 528 m n.p.m. Wulkan Kraszeninnikowa (nazwany na cześć XVIII- -wiecznego badacza Kamczatki) to jego mniejszy brat; leży na południowy zachód, po drugiej stronie Rzeki Kronockiej. Jeszcze dalej znajduje się coś, co kiedyś pewnie było, ale dziś już nie jest ostatnim z trójki wielki szczytów. Zamiast wysokiego stożka mamy tu rozległą, głęboką misę, o średnicy dochodzącej do 13 km, wypełnioną fumarolami, gorącymi źródłami, jeziorkami siarkowymi, tundrą jagodowo-wrzosową, brzezinami i zaroślami kosolimby, otoczoną kolistą resztką wielkiego wulkanu, który zapadł się po silnej erupcji 40 tys. lat temu. Misa zwie się Kalderą Uzona. Uzon to imię dobrego ducha, ważnej postaci w wierzeniach tutejszego ludu – Koriaków.
Historia, którą opowiadają oni o Uzonie i jego kalderze, brzmi jak przypowieść. Uzon był przyjacielem ludzkości: uciszał trzęsienia ziemi, tłumił erupcje wulkaniczne własnymi dłońmi i dokonywał wielu innych wspaniałych czynów. Cierpiał jednak z powodu samotności, bowiem musiał żyć w odosobnieniu na szczycie góry, aby nie dosięgły go złe duchy. W końcu się zakochał. Wybranką była zwykła śmiertelna dziewczyna, piękność o imieniu Nayun. Miała oczy jak gwiazdy, usta jak jagody żurawin, a brwi ciemne i połyskujące niczym dwie szable. Miłość Uzona spotkała się z wzajemnością, więc duch zabrał dziewczynę na swoją górę. Przez jakiś czas wszystko układało się doskonale. Ale po kilku latach szczęśliwego pożycia w odosobnieniu Nayun zaczęła tęsknić do ludzi, do swoich krewnych. Czy mogłaby ich jakoś odwiedzić? Uzon, chcąc jej zrobić przyjemność, popełnił tragiczny w skutkach błąd: mocarnymi ramionami rozgarnął góry i stworzył drogę. Przyszli ludzie, jak to ludzie, wścibscy i lekkomyślni. Wkrótce wszyscy znali tajną kryjówkę Uzona. Także owe złe duchy, przed którymi się krył. Ziemia się rozstąpiła i ze straszliwym hukiem pochłonęła wielką górę, a potężny Uzon obrócił się w kamień na wieczność – spisał jedną z wersji legendy G.A. Karpow. Uzona można oglądać do dziś, jako wysoki skalny obelisk na grani otaczającej kalderę. Ma pochyloną głowę i rozpostarte na skałach ręce.
Tych, którym udało się go zobaczyć, jest niewielu. Zakaz ruchu turystycznego w rezerwacie ostatnio nieco rozluźniono. Dopuszcza się 3 tys. zwiedzających rocznie, ale tylko połowa z nich zatrzymuje się w Kalderze Uzona. Liczbę turystów ograniczają nie tylko przepisy, ale także trudności transportowe i koszty. Po pierwsze, z północnej, zamieszkanej części Kamczatki nie prowadzi do Rezerwatu Kronockiego żadna droga. Transport do rezerwatu i z powrotem odbywa się głównie śmigłowcami Mi-8, potężnymi, hałaśliwymi maszynami, które niegdyś służyły do transportu wojska, a lądowiska są tylko w Kalderze i w Dolinie Gejzerów. Przy żadnym z nich nie ma bazy noclegowej, więc zwiedzanie rezerwatu składa się z drogiej (700 dolarów) jednodniowej wycieczki z obiadem. Decydują się na to przede wszystkim bogaci Rosjanie, Europejczycy w ramach „wakacji z przygodą” i z rzadka jakiś Amerykanin. Przeciętnej rodziny z Pietropawłowska nie stać na taką pięciogodzinną wyprawę.
Administracja rezerwatu i naukowcy, którzy prowadzą tam badania, są świadomi wad turystyki tego rodzaju. Każdy taki gość zostawia w przyrodzie jakiś ślad. Zasadnicze pytanie brzmi: jak głęboki jest to ślad.
Trzeba jednak pamiętać, że tutejszy krajobraz zmieniają też katastrofy naturalne. Choćby ta, która nastąpiła 3 czerwca 2007 r., kiedy to ogromna lawina kamieni i błota oderwała się od zbocza wysokiego grzbietu i z wielkim hukiem runęła w dolinę. Zasypała 30-metrowy wodospad, zatamowała rzekę Gejzerową (w ciągu paru sekund) i zamieniła większą część Doliny Gejzerów w jezioro.
Życie jest krótkie, a świat wielki, trzeba zobaczyć jak najwięcej. Czy to jednak oznacza, że powinniśmy w tym celu wsiadać do ryczących helikopterów? To już inne pytanie. Ja nie potrafię na nie odpowiedzieć. Jestem za to pewien jednego: Kronocki Rezerwat Biosfery to miejsce absolutnie niezwykłe. Przyjmiecie to na wiarę?

Źródło: www.national-geographic.pl
Adres wersji on-line: http://www.national-geographic.pl/drukuj-artykul/ziemia-dobrego-ducha-uzona/