„Przerażający ryk walącej się z furią fali. Kurczowo chwytam się kilu. Zalewają mnie masy wody, jakby specjalnie starały się zmyć mnie z mojej łupinki. Nie dam się! Muszę być silniejszy! Nieee! Krzyk pomaga przetrwać (...) Rezygnacja byłaby wyrokiem śmierci. Ta myśl przeraża i... mobilizuje”.
Stanąć oko w oko z żywiołem, cieszyć się bezkresem otwartej przestrzeni i przemierzaniem niezmierzonych odległości w zgodzie z naturą – to marzenie każdego wodniaka. Czasami jednak ta niewątpliwa zaleta żeglugi zmienia się w wadę. Gdy znajdziesz się sam na sam z problemem, daleko od cywilizacji dopada cię niepewność, a z nią stres. Prawo Gumpersona mówi, że prawdopodobieństwo każdego zdarzenia jest odwrotnie proporcjonalne do stopnia, w jakim jest ono pożądane. Wypływając w morze, należy się spodziewać licznych niespodzianek. Jeśli sądzisz, że jesteś już wystarczająco oczytany, doświadczony i kompetentny, to na pewno nie wiesz wszystkiego. Najlepiej więc spodziewać się niespodziewanego i wówczas niewiele rzeczy jest w stanie cię zaskoczyć. Jeśli jednak znajdziesz się w sytuacji ekstremalnej, pamiętaj o trzech podstawowych zasadach przetrwania na morzu: nie utopić się, nie wyziębić i nie odwodnić. Najlepszym kołem ratunkowym mogą być przytomność umysłu i wola przeżycia.
Jest rodzajem choroby lokomocyjnej. Na morzu zdarza się stosunkowo często. Około 90 proc. podróżujących drogą morską ma mniej lub bardziej nasilone objawy tej choroby oraz cierpi z powodu zaburzeń narządów równowagi. Jej oznakami są: mdłości, zawroty głowy, bladość, nadmierne wydzielanie śliny, płytki nieregularny oddech.
Zapalenie wyrostka, otwarte złamanie, utrata przytomności w wyniku urazu głowy i już chciałbyś się znaleźć w szpitalu. Na oceanie to niemożliwe, dlatego ważnym elementem planowania dalekich rejsów jest przewidywanie sytuacji awaryjnych takich jak zagrożenie życia.
Wychłodzenie organizmu może doprowadzić do śmierci. Podczas morskiego rejsu przy wietrznej pogodzie woda wdziera się na pokład. W takich warunkach nie jesteś w stanie uchronić się przed całkowitym przemoczeniem. Woda, która dobrze przewodzi ciepło, ochładza organizm 25 razy szybciej niż powietrze. Alarmowa sytuacja wymaga przebywania na pokładzie w przemoczonej odzieży. Niemniej jednak musisz pamiętać o własnym zdrowiu oraz bezpieczeństwie.
Przyjmuje się, że bez wody pitnej w zależności od temperatury i warunków otoczenia człowiek może przeżyć średnio 4 dni. Jeśli organizm nie otrzyma dostatecznej ilości płynów, pojawia się odwodnienie. Może ono być spowodowane także wysiłkiem fizycznym w wysokiej temperaturze, gorączką, biegunką, wymiotami na skutek choroby morskiej.
Nieprzestrzeganie procedur, brak wystarczającej dbałości o bezpieczeństwo, zaniedbywanie obowiązków lub nieznajomość przepisów może się skończyć tragedią. Zawsze pamiętaj, że woda to żywioł, który nie wybacza błędów.
Równy wiatr, napięte żagle, słonce praży, a jacht płynie pełnym kursem. Gdyby nie zagrożenie udarem słonecznym, można by rzecz – sielanka. Tymczasem na wodzie człowiek opala się dwa razy – promienie padają z góry, a prócz tego odbijają się od tafli.
Najlepiej byłoby zabrać z portu tyle zbiorników, aby mieć jej pod dostatkiem. Jeśli jednak zapasy się kończą, wówczas priorytetem staje się pozyskanie słodkiej wody.
Czasy, gdy żeglarz zdany był na łaskę i niełaskę wiatru i prądów, minęły już dawno. Kolejne wynalazki, służące do coraz dokładniejszego określania pozycji na morzu zdominowały współczesne żeglarstwo. Większość z nas nie wyobraża sobie rejsu bez map elektronicznych i GPS-a.
Niewiele brakowało, aby sesja fotograficzna na rzece Kali Gandaki była moją ostatnią. Pomogła mi załoga raftu.
W trakcie raftingów wielokrotnie wypadałem za burtę. Zazwyczaj nie dbałem o utrzymanie się na pokładzie za wszelką cenę, bo lądowanie w wodzie stanowiło nieodłączny element zabawy. Tak było aż do feralnego jesiennego dnia w trakcie spływu rzeka Kali Gandaki w Nepalu, na której realizowałem sesję fotograficzną. Teren znałem nieźle, wiedziałem, co chciałbym zrobić. Spływaliśmy na kilku raftach, towarzyszyła mi jak zawsze doświadczona ekipa tzw. safety kayakers oraz klienci (grupa, która raftingiem kończyła wyjazd trekkingowy). Siedziałem na dziobie, tyłem do kierunku spływu, i fotografowałem fale przewalające się przez pokład. W ręku, zamiast pagaja, trzymałem zabezpieczony jak do nurkowania aparat fotograficzny. Aby zapewnić sobie pozory bezpieczeństwa, palcami stóp, niczym orangutan, trzymałem wystające elementy pokładu. Podczas pokonywania zasadniczej części bystrza niespodziewanie uderzyliśmy dziobem w skałę ukrytą pod wodą. Wyleciałem jak z katapulty, nie zdałem egzaminu na orangutana... Kiedy wpadłem do wody, mój raft, odciążony na przodzie, podpłynął nieco dalej i utknął na tej samej skale, w która wcześniej uderzył. Z początku spokojnie – przyciągnąłem aparat fotograficzny, który na półtorametrowej lonży miałem wpięty do pasa kamizelki. Przez chwile kotłowałem się w mętnej wodzie pod pokładem. Kiedy już zlokalizowałem, gdzie jest góra, a gdzie dół, próbowałem wypłynąć na powierzchnie. Bezskutecznie. Z trudem opanowując zdenerwowanie, walczyłem z napierającymi masami wody, bo co chwile trafiałem w nasz raft. Od spodu, niestety. Po kolejnej, trzeciej czy czwartej, próbie, kilkakrotnym oberwaniu wiosłem w głowę wypłynąłem. Byłem sinozielony i krztusiłem się wodą. Udało się tylko dlatego, że przytomnie działająca załoga dopóty balansowała na rafcie, dopóki nie uwolniła się ze skalnej mielizny. Zdjęcia wyszły nieźle. Mają dla mnie emocjonalną wartość – przypominają o wypadku, z którego wyszedłem cało. A mogły to być moje ostatnie zdjęcia w życiu...
Marek Arcimowicz - podróżnik i zawodowy fotograf „do zadań specjalnych”.
Źródło: www.national-geographic.pl
Adres wersji on-line: http://www.national-geographic.pl/drukuj-artykul/raz-na-wozie-raz-pod-woda/