Dywizjon 303 jest legendą polskiego lotnictwa, której autorami byli żywi, konkretni ludzie, piloci i współpracujący z nimi personel techniczny, młodzi, pełni temperamentu i woli zarówno walki jak też życia. A wszystko zaczęło się w znakomitej Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, gdzie szlify zdobywały późniejsze sławy tegoż dywizjonu. Wysoki poziom nauczania i żelazna dyscyplina uczyniły z nich prawdziwych asów przestworzy i odważnych, perfekcyjnych żołnierzy, którzy w czasie II wojny światowej skutecznie nacierali na samoloty Luftwaffe, stając się bohaterami w bitwie powietrznej o Anglię. Górowali nad innymi pilotami nie tylko z racji świetnego wyszkolenia, ale też z powodu surowej, przedwojennej selekcji, przestrzeganej sumiennie w Dęblinie. Instruktorzy tej szkoły obserwowali bowiem swych kursantów także pod kątem ich predyspozycji psychiczno-charakterologicznych. W efekcie ci spokojniejsi z nich, latali na bombowcach, natomiast pilotami myśliwców zostawali ci z fantazją i brawurą, skorzy do ataku, szybcy i nieuchwytni. Mieli oni jeszcze jedną cechę, różniącą ich od pilotów angielskich – oczy „naokoło” głowy, gdyż kształceni w Dęblinie na myśliwcach pozbawionych radia (takie tylko były w Polsce) musieli bacznie obserwować to, co się działo wokół nich oraz porozumiewać się gestami i ruchami skrzydeł. Zwykle jako pierwsi dostrzegali wroga i szarżując wprost na niego, atakowali z tak bliskiej odległości, że wydawało się to wprost niemożliwe.
Gdy Niemcy zaatakowali Polskę 1 września 1939 r. mieli do dyspozycji około 1500 bombowców i 100 myśliwców. To była potęga wobec 390 maszyn, w tym 150 znacznie wolniejszych myśliwców, jakimi dysponował nasz kraj. Sukcesem była więc ewakuacja około 80 procent polskiego personelu lotniczego przez Rumunię i Węgry na Zachód. Rumunia, która początkowo zgodziła się na przyjęcie myśliwców polskiego lotnictwa, w rezultacie, po ogłoszeniu swej neutralności, wycofała się z tego. Na południe ruszyły eskadry Zdzisława Krasnodębskiego – pierwszego dowódcy Dywizjonu 303, a podchorążych z Dęblina przeprowadzał Witold Urbanowicz – późniejszy dowódca.
Do Anglii dotarło ponad 30 tys. polskich lotników, marynarzy i żołnierzy. Musieli pokonać barierę językową i przetrwać przymusowe szkolenia. Lotnicy dążyli do sformowania polskich jednostek. Jednak udało się to dopiero 2 sierpnia 1940 r., kiedy to Winston Churchill przychylił się do żądań gen. Władysława Sikorskiego i zezwolił na utworzenie polskiego Dywizjonu 303, który Polacy ochrzcili kościuszkowskim. Stało się tak z powodu zmasowanego ataku Luftwaffe na brytyjskie lotniska oraz dużych strat w ludziach i sprzęcie, jakie ponieśli Anglicy. Dopiero 1 września 1940 r., czyli w rocznicę pierwszych walk w Polsce, dopuszczono oficjalnie Dywizjon 303 do akcji – miał zablokować drogę ciągnącym na Londyn niemieckim bombowcom. Był to najtragiczniejszy dla angielskiego lotnictwa dzień największych strat w całej bitwie o Anglię, ale polscy lotnicy wyszli z tej akcji zwycięsko. Od tamtego dnia uczestniczyli chlubnie w codziennych walkach z niemieckim wrogiem, osiągając tak spektakularne sukcesy, że wkrótce stali się bohaterami Anglików. W najważniejszym w bitwie o Anglię wrześniowym okresie, piloci Dywizjonu 303 zestrzelili trzykrotnie więcej przeciwników niż przeciętnie każdy z innych dywizjonów alianckich, mając przy tym trzykrotnie mniej strat własnych. A przecież latali na nieco przestarzałych hurricane`ach, które nadawały się jedynie do walki z bombowcami Luftwaffe. 31 października 1940 r. kampania powietrzna zwana bitwą o Anglię zakończyła się klęską Luftwaffe. Niemcy stracili ponad 1700 samolotów a około 600 zostało uszkodzonych. RAF stracił 915 maszyn i prawie 500 pilotów, wśród nich 33 Polaków. Bazę w Northolt, gdzie stacjonowali, odwiedził sam król, gdyż Jego Wysokość chciał osobiście pogratulować Polakom sukcesu.
Po zawarciu przymierza z Amerykanami polscy lotnicy przestali być Anglikom potrzebni, choć gdy bronili ich kraju noszeni byli na rękach. Zostali nawet wykluczeni z udziału w London Victory Parade w 1946 r., choć jeszcze w 1944 r. unieszkodliwiali nad Anglią nową broń niemiecką – bezzałogowe pociski V1. Gdy w czasie trwania powstania warszawskiego wysłali do angielskiej królowej telegram, w którym błagali o umożliwienie im wspomożenia Warszawy – nie otrzymali odpowiedzi.
15 pilotów z pierwszego składu Dywizjonu 303 poległo na polach podniebnych bitew. Wojnę przeżyło dziesięciu. Zgodnie z testamentem Dywizjonu 303 wszystkie pamiątki po nim miały trafić do Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, ale jak dotąd wciąż znajdują się w Instytucie i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie.
Źródło: www.national-geographic.pl
Adres wersji on-line: http://www.national-geographic.pl/drukuj-artykul/dywizjon-303-1/