Dublin w 48 godzin

22 marzec 2009
Dublin w 48 godzinZdjęcie: Agencja Forum

Jedyne duże miasto na Zielonej Wyspie potrafi zauroczyć.

W ciągu dnia Molly sprzedawała ryby i małże, a nocami, jak twierdzą legendy, dorabiała sobie jako panienka lekkich obyczajów. Czyli pracowała na dwie zmiany. Stojąc w nocy na lotnisku w Dublinie, przypomniałem sobie XIX-wieczny tekst piosenki o Molly Malone.


Autobus podjechał (7 euro za osobę). Z Asią wpakowaliśmy nasze plecaki do bagażnika. Usiedliśmy. Ale ja nie mogłem się pozbyć myśli o Molly. Co takiego było w tej kobiecie, że piosenka o niej stała się nieoficjalnym hymnem Dublina? Jej biust? To, że miała zawsze świeże małże? Jej świetne filety z morszczuka? Jej słowiczy głos, budzący mieszczan o poranku? Ryby, ryby, ryyyby, świeże ryyyby, ryyby… Pomyślałem też, że Dublin to dziwne miasto.


Miasto, które na swoich brukowanych uliczkach wykarmiło Jamesa Joyce’a (napisał książkę, której nikt nie rozumie), Jonathana Swifta (lubił rozmawiać z końmi), Williama Butlera Yeatsa (wierzył w elfy), Bernarda Shawa (wegetarianin), Oscara Wilde’a (poetę, który stwierdził: W życiu chodzi o to, by być trochę niemożliwym), a które, na dodatek, za swój symbol przyjęło pewną niepiśmienną prostytutkę.


Autobus wyrzucił nas w pobliżu hotelu (dwójka za 33 euro). Mimo iż było już po północy, miasto ciągle żyło. Przez okna na ulice wdzierała się muzyka, stukanie szklanek i rozmowy. Stojący przed drzwiami pubów ludzie rozmawiali, śmiali się i palili. Ulica cichła tylko wtedy, gdy mijaliśmy jakiś pub z zamkniętymi oknami. Pomyślałem, że to dziwne. W Polsce zamykałem okna, by odgrodzić dom od hałasu z ulicy. Tutaj trzeba zamykać okna, by odgrodzić ulicę od hałasu z domów.


W redakcji dostaliśmy proste zadanie – mieliśmy spędzić jak najciekawiej i jak najtaniej 48 godzin w Dublinie. Niestety, nikt nie wziął pod uwagę, że tutaj najtańsza polska zupka w proszku kosztuje blisko 1 euro, więc to „jak najtaniej” mogło nam sprawić pewien kłopot, szczególnie że na wyjazd dostaliśmy 100 euro. Tak jakby uważali, że można w weekend zjeść bez szkody dla zdrowia 100 zupek w proszku. Postanowiliśmy jednak spróbować. Kupiliśmy więc jednodniowy Dublin Pass (31 euro na głowę) dający darmowy wstęp do ponad 30 dublińskich muzeów i innych atrakcji. Potem zakupiliśmy 24-godziny bilet na zielone i dwupiętrowe autobusy CityTour (14 euro na głowę). Dzięki temu planowaliśmy przez cały dzień objeżdżać wszystkie ciekawe miejsca w Dublinie – i w ten sposób mogliśmy zwiedzić miasto w 48 godzin. Czyli zafundowaliśmy sobie Dublin Instant. Autobus kołysząc się jak łódź, przedzierał się w korku na O’Connell Street.


Przed nami wbijała się w niebo bezsensowna metalowa Szpica. Pomnik za 5 mln euro, który na milenijne obchody zafundowało sobie miasto. Dzięki temu dublińczycy świętowali początek nowego tysiąclecia dwa razy. Pierwszy – razem z całym światem, a drugi raz w marcu 2003 r. – bo właśnie wtedy, z pewnym opóźnieniem, postawiono Milenijną Szpicę.


Z boku, parę metrów od Szpicy, stał uśmiechając się James Joyce, za nim irlandzkie melodie grał na flecie brodaty Czech, a kilka metrów dalej, w polskim sklepie, jakiś Rosjanin sprzedawał polsko-chińskie zupki w proszku (od 90 centów do 1 euro). Autobus minął kolejne pomniki i przeciął rzekę Liffey.
Wysiedliśmy na pierwszym przystanku i z tłumem turystów przecisnęliśmy się przez wąską bramę Trinity College. Chcieliśmy zobaczyć słynną Book of Kells – jeden z najpiękniej ilustrowanych średniowiecznych manuskryptów.
Wchodząc do sali, gdzie przechowywano tę ewangelię, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy wchodzili do  środka Księgi. Na ścianach wisiały powiększone karty. Czterej ewangeliści pod postaciami zwierząt patrzyli na nas ze ścian, a kolorowe plecionki inicjałów, zwierzęta, drzewa Jozuego wyglądały w tym wszystkim jak dziwne, psychodeliczne tapety. Stojąc na tle tych tapet, zdaliśmy sobie sprawę, że ta księga jest jak dzisiejszy Dublin. Tak jak on, powstała w wyniku mieszania się kultur, języków i tradycji. Malowane „celtyckie” plecionki zdobiące strony ewangelii przybyły z dawnej Mezopotamii, zoomorficzne elementy zostały przyniesione do Irlandii przez Germanów i Piktów. A dziwnie wydłużone i wplątane we wzory postacie ludzkie przybyły z Bizancjum. Jednak w tym manuskrypcie te wszystkie symbole uzyskały nową jakość. Tak samo jak Dublin, ten ewangeliarz zasymilował, przetrawił i przetworzył stare symbole, zwyczaje i religie w coś nowego. Jedynego. Niepowtarzalnego…
Zostawiając za sobą salę z Księgą, weszliśmy do Long Room. Do Biblioteki, z regałami uginającymi się pod ciężarem blisko 200 tys. starych książek, strzeżonych przez marmurowe popiersia ludzi, którzy nauczyli Europę myśleć – Sokratesa, Szekspira, Bacona, Swifta...


Wyszliśmy z Trinity. Na chodniku klęczał ulicznymalarz i malował pastelami kopię jednego z obrazów Michała Anioła (1 euro). David pracował w tym miejscu od 20 lat. Od 20 lat był chodnikowym malarzem. Przez kilka tygodni był Michałem Aniołem, potem przez kilka tygodni Boschem albo Monetem. Czasami Pieterem Breughlem malującym Upadek Ikara. Ledwo widoczny Ikar wpadał do morza. I nikt tego nie zauważał.


Patrząc na pochylone plecy Davida, myślałem, że jest on jak ci tybetańscy mnisi tygodniami wysypujący piaskowe mandale, żeby potem wrzucić je do wody. Zniszczyć. Jego sztuka istniała tylko przez chwilę, kiedy powstawała. Tylko wtedy miała sens. Jednocześnie David w swoich podartych dżinsach wcale nie wyglądał na kogoś, kto skończył na niewłaściwym końcu łańcucha dobroczynności. On był szczęśliwy, istniejąc poza tym wszystkim, co się działo ze światem. Był szczęśliwy z tych paru euro wsypywanych do starego koszyka. A ja, po raz pierwszy w życiu, chciałem zabrać do domu chodnikowe płyty. Już oczyma duszy mojej widziałem na swojej ścianie kilka oprawionych w złote ramy chodnikowych płyt.


Parę metrów od Davida zobaczyłem moją Molly. Powabna ikona Dublina stała odwrócona plecami do Trinity. Jej długa suknia falowała na wietrze, a wózek z rybami i małżami wydawał się zatrzymany w ruchu. Podszedłem bliżej. Molly naprawdę miała piękny biust. Za ten biust trzymał ją jakiś polski turysta. I wtedy po raz pierwszy uwierzyłem, że Polacy potrafią się naprawdę zintegrować z dublińczykami.


Z moją żoną Asią poszliśmy w kierunku, w którym wydawała się iść Molly. Grafton Street była pełna ludzi. Klauni wiążący długie baloniki w jamniki i kwiaty, muzycy, tancerze, mimowie i turyści. Na  końcu ulicy był park z siedzącym na skale Oscarem Wilde’em. Pomyślałem, że taki pomnik może stać tylko w Dublinie – najsłynniejszy dubliński homoseksualista leżał na kamieniu i patrzył na niewielką figurkę młodej dziewczyny w ciąży, a za nią widział swój dawny dom, który został zajęty przez amerykański College.


Na kolejnym przystanku, w pobliżu Christ Church Cathedral, zaszliśmy do sklepiku wciśniętego w róg domu. W oknach wisiały miecze, herbowe tarcze i kartka z informacją, że tutaj można znaleęć genezę swojego nazwiska (22 euro, geneza nazwiska i herb na czerpanym papierze). Pyrka nie było, a Kowalski i Nowak okazali się posiadaczami herbów. I jak to w Dublinie bywa, człowiekiem zajmującym się irlandzką genealogią okazał się Polak z Olsztyna.
Wychodząc ze sklepiku, usłyszeliśmy koncert kościelnych dzwonów z Christ Church Cathedral – pierwszej chrześcijańskiej świątyni w Dublinie, zbudowanej w 1038 r. przez pierwszego chrześcijańskiego władcę wikingów.


Weszliśmy do środka. Najpierw zobaczyliśmy turystów, sklepik z pamiątkami oferujący wyjątkowo stylowe fartuszki do kuchni, potem średniowieczne kafelki na podłodze, a później światła wpadające przez witraże. Gotyckie łuki po liposukcji z nietypową dla kamieni lekkością wspinały się na ściany, metalowa klatka z sercem patrona Dublina – św. Wawrzyńca – tkwiła w rogu kaplicy. Niedaleko niej, na parapecie, w szklanej skrzynce zmumifikowany kot gonił zmumifikowanego szczura.


Zeszliśmy do podziemi. Katakumby poprzedzielane były grubymi słupami podpierającymi uginający się strop. Pod ścianami stały nagrobki, rzeźby. Znaleźliśmy się w sercu Dublina wikingów, którzy właśnie w tej okolicy w IX w. założyli Baile Atha Cliath – Miasto Przegrodzonego Brodu – czyli Dublin.
To właśnie kilkadziesiąt metrów od tego miejsca archeolodzy odnaleęli największą w tej części Europy pozostałość po osadzie wikingów. A w chwilę po tym odkryciu, z typowym dla dublińczyków poczuciem humoru, na miejscu tych wykopalisk postawiono rządowy biurowiec.


Możliwe też, że była to spóźniona zemsta dublińczyków na wikingach za to, że ci ich odkryli. Bo gdyby ich nie odkryli, dublińczycy żyliby sobie w spokoju. A tak są atrakcją turystyczną. Wyszliśmy z kościoła i mijając wbudowane w chodnik metalowe płyty z kopiami pamiątek po wikingach, zaszliśmy do dawnej siedziby synodu anglikańskiego Kościoła Irlandii – do dzisiejszej Dublini, czyli muzeum średniowiecznego Dublina. Niestety, tam okazało się, że średniowieczny Dublin nie był najlepszym miejscem do życia.


Po godzinie, wjeżdżając do browarów Guinnessa, odbyliśmy podróż w czasie – z epoki wikingów do czasów Ziemi obiecanej. Ceglane wysokie ściany, brama, która kiedyś wypluwała setki spracowanych robotników pachnących chmielem. Niektórzy pociągali skręty. Inni zmęczeni wsiadali do autobusów. Niebo musiało być wtedy szare. Zacinał deszcz. A w tle słychać było Międzynarodówkę albo nuconą przez kogoś pieśń o Molly Malone. Dziś przed wejściem do browaru stał konny powóz. Pod napisem z nazwą browaru pozowało kilku turystów. Nie było robotników palących tani tytoń.


Nie było Międzynarodówki, był tylko międzynarodowy tłum turystów. Taki XXI-wieczny odpowiednik Proletariusze wszystkich krajów łączcie się. Przy piwie. Weszliśmy do środka. Do szklanki guinnessa.Architekci tworząc Guinness Storehouse, wymyślili sobie, że całość będzie przypominała szklankę pełną guinnessa. Pintę obudowaną przez metalowe żebra browaru. Dzięki temu wszystko bardziej przypomina industrialne muzeum sztuki współczesnej niż browar. Metalowe wsporniki, sale wykładowe, sklepiki, wystawy, beczki, setki butelek po piwie i dziesiątki tablic pozwalających poznać jego historię.
Wjechaliśmy do podniebnego baru, na szczyt szklanki. Tam, gdzie zbiera się biała pianka piwa. A pianka w guinnessie jest tak samo ważna jak piwo. Po nalaniu należy odczekać jakieś 2 minuty, aż piwo się ułoży, i dopiero potem trzeba dopełnić szklankę do końca. Dlatego nawet w puszkach i butelkach guinnessa jest w środku mała plastikowa kuleczka, która pozwala nalać piwo tak, aby była pianka. Usiedliśmy z darmowym piwem na tarasie widokowym browaru. Troszeczkę poniżej białej pianki dachu.


Przez otaczające nas szyby, ścianki szklanki, widzieliśmy rozległą panoramę Dublina. Katedrę św. Patryka zbudowaną w miejscu, gdzie chrzcił w 450 roku nawróconych pogan i gdzie dziś można znaleźć pośmiertną maskę Jonathana Swifta i słynne drzwi z wybitą w nich dziurą, od których pochodzi powiedzenie „Dam sobie rękę uciąć”. Niestety, ze szczytu pinty piwa nie widzieliśmy posągu Sir Guinnessa, który pilnuje wejścia do katedry. Ale widzieliśmy dachy kamieniczek Temple Bar – centrum rozrywkowego, które jeszcze w XVIII w. słynęło z domów publicznych i podejrzanych spelunek, a dziś jest obowiązkowym punktem w programie każdej wycieczki do tego miasta.
Widzieliśmy także Bedford Tower strzegącą wejścia do Du-blin Castle, gdzie zachwyciła nas sala św. Patryka z wiszącymi u powały sztandarami i z malowidłem Vincenta Valdrego przedstawiającym alegorię związków Brytanii z Irlandią.


Widzieliśmy kolumnowe wejście do National Galery, gdzie szukaliśmy Caravaggia. Widzieliśmy obelisk Irlandczyka Wellingtona w Phoenix Park, który na pytanie, czy jest Irlandczykiem, odparł: Jeśli, ktoś się urodził w stajni, to nie znaczy, że jest koniem. Siedząca obok nas starsza kobieta zapytała:
– Państwo Polacy? Bo my też… z Anglii. Teraz przyjechaliśmy na zwiedzanie Dublina, a potem do Polski. Na wesele krewnej… Bo w Polsce, proszę państwa, to są wesela. Nie to, co w Anglii czy tutaj. Tam to dopiero ludzie potrafią się bawić…


Patrząc przez szybę, widzieliśmy kolejne miejsca, które odwiedziliśmy – Dublińskie Muzeum Pisarzy z biednym, ślepym misiem o zaszytych wargach i ze starym pianinem Joyce’a. Muzeum Narodowe z cudowną kolekcją złotych wyrobów z epoki brązu, zoo… Siedząc na szczycie szklanki piwa, zrozumieliśmy, że Dublin stał się dla nas kalejdoskopem. Widoki zlewały się w jedno. Kolorowe drzwi kamienic, pomalowane podobno po to, żeby wracający z pubu mężczyźni mogli nocą trafić do swoich domów. A nie do domów sąsiadek... Dwupiętrowe autobusy, które jak dziwne zwierzęta przeciskały się między kolorowymi kamienicami. I do tego rzeka Liffey, na której miały kiedyś pływać gondole – niestety, pomysł upadł, gdy jeden z rządzących nie potrafił rozwiązać problemu: „Czym będziemy karmić gondole zimą?”. Możliwe też, że na nasze przemyślenia miało wpływ darmowe piwo.


Żeby poznać dobrze jakieś miejsce, trzeba je przejść piechotą, trzeba się powłóczyć bocznymi uliczkami. Trzeba przysiąść na chwilę na jakimś krawężniku lub kawałku chodnika i patrzeć. Chłonąć, smakować, słuchać…Zgodnie z tą filozofią postanowiliśmy wsiąść do autobusu i pojechać nad morze. Żeby zobaczyć dublińskie foki. Dwupiętrowa jedynka (1,4 euro, ale nie mieliśmy drobnych i maszyna do biletów nie wydała nam reszty, więc za bilety zapłaciliśmy po 2 euro) wywiozła nas pod dublińską elektrownię. Pod jej murami, swoje przyczepy kempingowe rozbili travelersi. Irlandzcy „wędrowcy”. Na poboczu, koło starych przyczep, w brązowych doniczkach rosły rachityczne kwiaty i leżały porozrzucane dziecięce zabawki. Z tyłu wbijały się w niebo kominy elektrowni.

Wyszliśmy z pustego autobusu i wędrując wzdłuż plaży, weszliśmy na kamienny cypel niknący we mgle i w morzu. Zatoką Dublińską płynęły potężne statki. Czasami mgła rzedła i wtedy widać było za statkami przylądek Howth. Wiatr od morza niósł słony zapach i trudno było sobie wyobrazić, że w tym miejscu pracował kapitan William Blich (ten od buntu na „Bounty”). Trudno też było w tej mgle i w towarzystwie niewidocznych fok wyobrazić sobie, że dzięki kapitanowi to miejsce związane jest z tropikalną wyspą Pitcairn oraz z kokosowymi batonikami „Bounty”. Wyciągnąłem z kieszeni batonik i zacząłem go powoli gryźć, – miałem wrażenie, że zjadam historię i Dublin. Bez fok, ale z „Bounty” w żołądku podjechaliśmy na bazar w Blackrock – niewielki, wciśnięty między wąskie domy, antyki, używane ciuchy i markowe kremy z wyprzedaży po 1 euro.
Asia stanęła przed pokojową lampą w kształcie seksownych, kobiecych nóżek, 40-woltowa żarówka słabo świeciła pod fioletową spódniczką. – Z Polski? Fajnie… Wy to macie dobrze, bo tu już nie ma dobrych bazarów… Wszystko przez tę Unię. – zaczepiła nas krępa sprzedawczyni – Kiedyś to były bazary. Mogłeś sobie kupić tanie ciuchy albo przegrane kasety z dobrą muzyką, ale teraz wszystkich stać na wszystko… tak panie… Unia i dobrobyt zabiły nasze bazary. Teraz to tylko sklepy i sklepy. A jak można kupować w takim markecie… Tam nie ma miejsca na ludzi… Tam są tylko przedmioty. Bez duszy. Bez historii. Chcecie tę lampę? Popatrzyliśmy na lampę – wyglądała jak pół baletnicy z paryskich klubów. Dolne pół. Choć, trzeba przyznać, bardzo atrakcyjne dolne pół. Z kokieteryjnie zsuniętą pończoszką.
– Ma pani górę? – zapytała Asia.
– Nie. Było tylko to.


Wracaliśmy do Dublina z lampą pod pachą. Pod Trinity pomachał nam ręką David. Jego Michał Anioł dorobił się kolejnych fałd ubrania. Potem Davida zasłoniła nam amfibia i siedzący w niej tłum weekendowych wikingów w plastikowych hełmach. Plastikowe rogi, plastikowe złoto i prawdziwa amfibia z Viking Splash Tours.


Pomyśleliśmy, że najwyższy czas zostać wikingami. Wsiedliśmy do amfibii (20 euro na głowę). W środku zrozumieliśmy, że ta wycieczka to jedyna możliwość, żeby bezkarnie pokrzyczeć sobie na ludzi – nasz kapitan, przewodnik, wódz – czyli facet z największym hełmem – kazał nam ciągle wznosić w górę zaciśnięte pieści i krzyczeć na przechodniów.


I wtedy też zrozumiałem, że taki wiking nie miał łatwego życia – albo gwałty, rabunki i palenie wiosek, albo krzyczenie i wznoszenie pięści do góry – i na dodatek te uwierające głowę hełmy z rogami!


Gdy już zdarliśmy sobie gardła, wjechaliśmy do rzeki. Przed nami widać było tylko samotnego łabędzia, stary statek wyciągnięty na brzeg i przytulony do wody budynek studia muzycznego zespołu U2. Za studiem widać było ściany domów pomazane graffiti przez fanów Bono – Bono jest większy od Chrystusa. Mijając studio U2, nasz przewodnik-wódz zaczął śpiewać piosenkę o Molly Malone. ¸abędę odleciał.


Wtedy zrozumiałem, że nie mam szansy na palenie i gwałcenie. Ale jednocześnie zaczęło we mnie kiełkować podejrzenie, że wikingowie przybyli do Dublina, bo też poszukiwali Molly. Jej duch (według legend) ciągle wędruje po Dublinie wołając: „Ryby, ryby, ryyyby, ryyyby, świeże ryyyby, ryyyby…”.
Amfibia wikingów wyrzuciła nas w pobliżu Temple Bar. Zbliżał się wieczór, cienie domów robiły się coraz dłuższe. Na placyku, pośrodku Temple zobaczyliśmy śpiewającego jakąś niezrozumiałą polską piosenkę Pana Witka z Atlantydy. Kultowa na polskim wybrzeżu i w Warszawie postać śpiewała na kultowym dublińskim Temple Bar. Byliśmy w domu. W knajpie na rogu zamówiliśmy po polsku dwa piwa (4,6 euro za pintę). Kiedy piliśmy, słuchając Pana Witka, nasza dwunożna lampa warowała przy stole jak wierny pies.

Wylądowaliśmy na lotnisku Okęcie. Wpakowaliśmy się do autobusu. Po przejechaniu kilkunastu metrów autobus się zatrzymał. Po półgodzinie stojący obok mnie chłopak zadzwonił z komórki do domu.
– Kochanie, stoję w autobusie na lotnisku… nie, nie przyjechałem autobusem… tak, samolotem… nie, wszystko dobrze… czuję się też dobrze… mam tylko prośbę… tak wiem, że zawsze mam jakąś prośbę. Ale włącz telewizor i zobacz, czy przypadkiem nie podłożyli jakieś bomby na lotnisku? Dzięki i zadzwoń potem do mnie… taak, też cię kocham… nie, nie strzelają do nas…

NO TO W DROGĘ – DUBLIN

• Dublin – stolica i największe miasto Irlandii (ok. 500 tys. mieszkańców), położone na wschodnim wybrzeżu Zielonej Wyspy, u ujścia rzeki Liffey.

• Z Polski do Dublina latają bezpośrednio SkyEurope (z Krakowa – od ok. 130 zł w jedną stronę, 3 razy w tygodniu) oraz (z Warszawy) Ryanair, Aerlingus (cena biletu zależy od daty wylotu), a z linii regularnych – LOT (codziennie lub nawet 2 razy dziennie, bilet w dwie strony od ok. 500 zł). Ceny biletów z wszystkimi opłatami.

 

 Najlepiej przyjechać tu od kwietnia do czerwca – pogoda jest wówczas słoneczna, roślinność zielona, a turyści nie zalewają jeszcze wyspy. Za to latem wiele się dzieje, ponieważ w całym kraju organizowane są najprzeróżniejsze festiwale. Zimą jest szaro i ponuro – choć w pubach atmosfera bywa nad wyraz przytulna.

• Autobus z lotniska – 7 euro, transport na miejscu – bilet jednodniowy 6 euro (w tym transport z miasta na lotnisko), City Tour – 14 euro, Dublin Pass – 31 euro, przejazd pojedynczy do 4 przystanków – 1 euro, powyżej zwykle 1,4 euro (Uwaga! w autobusach nie wydają reszty!).

nfo-@sightseeing.ie
www.dublinpass.ie
• Na taksówki się nie macha – trzeba je wezwać telefonicznie lub wziąć z postoju.

• Pokój w hostelu (dla dwóch osób)  33 euro/noc (do tego opłata za sejf w hostelu 2 euro). Dormitorium – od 12 euro/łóżko poza sezonem.
Polecane noclegi:
• Hotele – z droższych Castle Hotel (Great Denmark St, Dublin 1), z tańszych – dormitorium w Barnacles Temple Bar Mouse (19 Temple Bar, Temple Bar, Dublin 2) – od 15 euro.
www.hostels-ireland.com

• 10 bananów – 1 euro, pizza 4 euro/kawałek, śniadanie w pubie – od 5 euro, woda do picia – 1,8 euro/butelka 1,5 l, cola – 2 euro/butelka 2 l, kanapka w sklepie – 2 euro, obiad w pubie – 9 euro, piwo w pubie, oczywiście guinness, 4–5 euro, piwo polskie – od 2 euro.
• Polecane restauracje: Bad Ass Cafe (Temple Bar) – pizza, Surma (na Camden Street) – jedzenie hinduskie, Talbot 101 (koło Szpicy) – dobre wegetariańskie jedzenie.
• Polecane puby: cała Temple Bar, ale jeśli chcecie posłuchać muzyki, polecamy Oliver ST. John Gokarty na Temple. Jeśli palicie, jednym z nielicznych miejsc na Temple Bar, które ma stoliki na zewnątrz i gdzie można palić, jest Hard Rock Cafe.
• Poza sezonem ceny w dormitorium już od 12 euro/noc.
• Jeśli na lotnisko w Dublinie dotrzecie przed 22.45, możecie kupić bilet w automacie i pojechać autobusem miejskim do centrum miasta za 6 euro lub kupić bilet jednodniowy za 6 euro, 3-dniowy za 11 euro, 5-dniowy za 17,3 euro (w cenie jest transport na lotnisko). Po 22.45 z lotniska kursują tylko autobusy prywatne za 7 euro.
• Można kupować owoce tylko na bazarze na Moore Street i żywić się jedynie polskimi zupkami (1 euro) w polskich sklepach, do tego kupować jedzenie w tanich supermarketach, a nie w knajpach.
• Woda z kranu nadaje się do picia bez przegotowania czy uzdatniania.
• Trzeba przygotować się na deszcz – w końcu masy wilgotnego powietrza znad Atlantyku muszą przesuwać się nad Irlandią.
• Piwo w sklepie kosztuje od 1,75 do 2 euro za guinnessa w puszce lub butelce. Można też kupić w pubie polskie lub czeskie piwo – w niektórych pubach od 2 euro
• Możecie zrezygnować z: udawania wikinga (zaoszczędzone 20 euro), z Dublin Pass (i wchodzić tylko tam, gdzie jest wejście za darmo), z Citytour i autobusów (i wszędzie chodzić piechotą).

•Ambasada RP w Dublinie, 5 Ailesbury Road, Ballsbridge, Dublin 4,
tel. (01) 283 08 55, faks (01) 269 83 09 (na wizytę trzeba się umówić).
www.dublin.polemb.net

National Geographic

Źródło: www.national-geographic.pl

Adres wersji on-line: http://www.national-geographic.pl/drukuj-artykul/dublin-w-48-godzin/