R.C.

Cienfuegos to pierwsze miejsce które pozwoliło nam choć trochę oderwać się od wszechobecnego, jak na razie, kubańskiego biznesu turystycznego. Kiedyś Fidel powiedział, że ze spotkania turysty z kubańczykiem raczej nic dobrego nie może wyniknąć. Biznes turystyczny wziął sobie słowa El Comendante głęboko do serca i robi, co może aby przyjezdnych „nie dopuścić” na krok do kubańczyków. Tak więc wykupując wycieczkę objazdową po Kubie kompletnie jesteś w innym równoległym świecie, nie możesz mieć pojęcia o życiu Kubańczyków, nie możesz ponieważ z całą premedytacją te informacje są do ciebie nie dopuszczane. Szukając casas particulares w Cienfuegos po raz pierwszy nie rzuciły nam się w oczy wszędobylskie autokary TRANSTURU, komunistycznej agencji turystycznej organizującej „objazdy” po Kubie. Po raz pierwszy w restauracjach pojawiły się ceny w CUP-ach i po raz pierwszy nie spotkaliśmy „wariatów” którzy próbowaliby nam sprzedać 10 centów za dolara czyli 3 CUP-y z podobizną Che za 1 CUC z bliżej niezidentyfikowanym pomnikiem, pewnie rewolucji.

Do miasta przyjechaliśmy stopem z parką Hiszpanów. Bardzo jesteśmy im wdzięczni, że zabrali nas ze skrzyżowania, na którym smażyliśmy się kilka godzin w nadziei, że coś po nim przejdzie. Jeździło w sumie niewiele, kilka koników, wóz „od wody”, i czasami turyści w wypożyczonych chińskich „zabawkowych” samochodach niechętnie zatrzymujący się gdziekolwiek. Zabraliśmy ze sobą Kubańczyka, z którym zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, a który jechał gdzieś na „crusero – skrzyżowanie dróg”, aby się przesiąść na kolejnego stopa. Znakomicie znał drogę podpowiadając Hiszpanowi gdzie ma zwolnić, aby nie urwać koła na dziurach.

Wysiedliśmy w centrum Cienfuegos, miasta którego starówka została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Casę znaleźliśmy szybko w międzyczasie pożerając pysznego hamburgera w domowej kawiarence za 25 CUP – ów czyli za 1$. Dziwnie tanio jak na wyrób nie tylko z wyglądu, ale też ze smaku przypominający fast fooda z sieciówki. Choć z drugiej strony „oryginalne” kubańskie hamburgery przeważnie nie podobne w smaku i wyglądzie do niczego kosztują ułamek tej kwoty. Pierwszy raz mieliśmy możliwość rozsiąść się na głównym deptaku miasta tzw. Malecon, ciągnącym się wzdłuż wybrzeża i napić lanego piwa – Dispensady za 20 centów pykając cygaro za centów 4. To w Cienfuegos mieliśmy okazje poznać smak lodów w Coppeliach, których cena był tak niska, że resztą którą otrzymaliśmy pogardzał nawet lokalny żebrak. Tak, Cienfuegos bez tej całej komercyjnej otoczki zdecydowanie nam się spodobało. Choć poza cukierkowym Plaza de Armas i ciągnącym się w nieskończoność Malecon, którym dochodzi się do punktu widokowego na cyplu, miasto szybko się „kończy”. Tak więc aby się nie zanudzić J popłynęliśmy na twierdzę broniącą dostępu do zatoki. Bardzo ciekawa wycieczka gdyby nie fakt, że wracając nasz stateczek na 100 osób był „przygotowany” do efektownej katastrofy, w której zginęłoby z 500 osób.

Po odwiedzeniu Cienfuegos to z kolei my poczuliśmy krew, poczuliśmy powiew prawdziwego Kubańskiego klimatu, którym się zachłysnęliśmy i już wiedzieliśmy, że od tej pory nic już na wyspie nie będzie dla nas takie same. No może oprócz „megahitu”, „must see”, „perły” na turystycznej mapie Kuby – Trynidadu. 

+++
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miarę możliwości uaktualnianej:
+++
https://www.shutterstock.com/pl/g/rafal+cichawa/sets
+++
Zapraszamy na naszą stronę FB - Przygoda Podróżowania

+++
https://www.facebook.com/PrzygodaPodrozowania
+++