Obok Singapuru nie da się przejść obojętnie. Jedni określają to państwo jako sterylnie czyste, inni jako nudne, a spotkałem się też z określeniem: cukierkowo kolorowe. Jeśli zderzymy to z zakazem żucia gumy oraz faktem, iż gospodarka tego kraju jest obecnie najszybciej rozwijającą się na świecie, to o zawrót głowy nie trudno. Zapraszamy na kilka dni w tym przedziwnym mieście. Państwie? No właśnie...


Państwo kar

Do Singapuru przyjechaliśmy pociągiem z Kuala Lumpur. Było miło, czysto i przyjemnie. Pierwsze jednak, co rzuciło nam się w oczy to tabliczki ostrzegające o wygórowanych karach za palenie w miejscach publicznych (nic dziwnego), śmiecenie (też dziwić nie powinno), ale żucie gumy lub picie w metrze trochę nas sparaliżowało. Kary są nie byle jakie – zaczynają się od 500S$, czyli około 1000 zł. Może zaboleć, a takie koszulki jak na zdjęciu powyżej to chyba najczęściej kupowane pamiątki z Singapuru.

Gdy byliśmy w Singapurze „na tapecie” była publiczna rozprawa na temat graffiti. Znaczy się, nie był to żaden konkurs międzynarodowy, a sprawa rząd Singapuru kontra dwóch obcokrajowców, którzy dokonali zbrodni –na jednym z wagonów kolejki MRT namalowali graffiti. Jeden, bodajże Szwajcar pracował w Singapurze, wiec został zatrzymany i skazany na 15 ratanowych batów i 2 miesiące w więzieniu. Natomiast jego kolega z UK, już podobno był w Hong Kongu. Co więc zrobił rząd Singapuru – wystąpił o ekstradycję!! Tak proszę państwa – tutaj nawet za splunięcie na chodnik można zapłacić mandat w wysokości 1000S$! A co, jak już pluć to z klasą!

Sterylny kraj

Za zaostrzonymi przepisami idzie właśnie wszechobecny porządek. Spotkanie papierka leżącego na ziemi graniczy z cudem, a odwiedzona przez nas China Town była najbardziej sterylną jaką kiedykolwiek widziałem. Wszystko kolorowe, ślicznie odmalowane i wręcz niechińsko zadbane. Tym samym w mojej opinii singapurska China Town jest jednym z najnudniejszych miejsc w mieście i raczej warta tylko krótkiego spaceru. Bo co to za China Town, gdzie chińczyk nie pluje i papiery nie walają się po bruku… no przepraszam bardzo. Singapur łamie prawo wizerunkowe China Town. Co najmniej podałbym go do Trybunału w Hadze.

Sterylna China Town w Singapurze

Kocioł kulturowy

Podobnie jak w Malezji, tak i w Singapurze spotkać możemy żyjących koło siebie Chińczyków, Malajów i Hindusów jednak tutaj zdecydowana większość społeczeństwa to Chińczycy, którzy to sterują krajem. Na ulicach Singapuru często można spotkać obcokrajowców z zachodu, którzy bynajmniej nie są turystami. Wielu z nich osiadło tutaj na stałe i podjęło pracę lub otworzyło swoje firmy. Singapur potrzebuje wykształconych fachowców i inwestuje w nich, ale nie dlatego, że brakuje ich wśród Singapurczyków. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż ludzie z zachodu wnoszą powiew świeżości i modernizują (jeśli można tak powiedzieć) myślenie tubylców. Singapur ceni sobie innowacyjność w biznesie, technologii, ogólnie gospodarce. Tę innowacyjność przywożą właśnie obcokrajowcy. Singapurczycy ze względu na swoje korzenia są bardziej pracowitymi naśladowcami.

Wszystko to sprawia, że najpowszechniejszym językiem w państwie jest angielski, którym włada ponad 85% zamieszkujących kraj. Pozostałe trzy oficjalne języki to chiński (mandaryński ), malajski i tamilski. Ciekawostką jest to, że singapurscy Chińczycy nie lubią, gdy mówi się na nich Chińczycy. Oni są Singapurczykami. Sytuacje wygląda inaczej w Malezji, gdzie chińska część Malezyjczyków często podkreśla, że są Chińczykami, a ich korzenia są w Chinach.

Zabudowa

W Singapurze poza China Town (dzielnica chińska) można znaleźć też tzw. Little India (Małe Indie) oraz dzielnicę arabską. Serce Singapuru to jednak część kolonialna, gdzie po raz pierwszy prawie 200 lat temu swoją stopę postawił Tomas Stamford Raffles – człowiek, który porośniętą lasami namorzynowymi wyspę przeobraził w jeden z najszybciej rozwijających się gospodarczo regionów na świecie. Dziś w dzielnicy tej ponad kolonialnymi budynkami góruję szklane drapacze chmur jakże charakterystyczne dla panoramy tego miasta. Tę zaś najlepiej obejrzeć z okien restauracji znajdującej się na szczycie Swiss Hotel lub z...

...basenu w chmurach

Bo czy wiecie co przedstawia fotka poniżej? Tak właśnie, ta latająca łódź? Co to? Kto zgadnie?


Tak, dobrze myślicie – są to trzy wieżowce połączone jednym dachem, a na nim najdłuższy na świecie podwyższony basen. Inwestycja, która pochłonęła 5,6 miliarda dolarów. Wg założeń ma być kolejną wizytówką nowoczesnego Singapuru po lotnisku i nocnym wyścigu Formuły1,

Poza basenem w trzech wieżowcach mamy m.in.  ogromne kasyno z 500 stołami do gry i ponad  1500 automatami, hotel, restauracje i kino. Zatrzymałbym się na kasynach, bo…

…hazard rozpędza Singapur

Analitycy twierdzą, że to właśnie zniesiony zakaz hazardu w Singapurze rozgrzał gospodarkę tego kraju do tego stopnia, że w drugim kwartale 2010 w porównaniu do równoległego w roku poprzednim, PKB brutto wzrosło o 19,3%! Wszystko to dzięki inwestorowi Las Vegas Sands Corp., który z Singapuru chce zrobić hazardową stolicę regionu. Już dziś do państwa Lwa ściągają najbogatsi „turyści” w Azji. O ile trend się utrzyma Singapur ma w tym roku szansę pobić Chiny nawet w ujęciu rocznym, bo w kwartalnym już je pobił. Zobaczymy…

Zieleń
Jeśli jednak myślicie, że Singapur to tylko wieżowce, kasyna to jesteście w błędzie. Tutaj myśli się też o zieleni. Parki miejskie, ogromne zoo, ogród botaniczny i moim zdaniem najpiękniejszy park orchidei na świecie dobitnie świadczą o planowaniu z głową przestrzeni miejskiej. Bo jak mogłoby być inaczej mając do wykorzystanie tak niewielki obszar? W Singapurze jest też coś co nazywane jest nocnym safari. Podobno polega to na tym, że jedzie się jakimś pojazdem przez park pełen dzikich zwierząt, ale zobaczyć można co najwyżej ich błyszczące oczka, bo „show” jest to chyba większe dla samych zwierząt niż dla ludzi. Jednak nie byłem, nie sprawdziłem, tylko zasłyszane i zaczytane z for internetowych… naciągaczy w Singapurze nie spotkałem, więc nikt mnie na owe „show” nie namówił. Kto wie, może szkoda...


Sport narodowy
Sport narodowy jak przystało na aktywność ruchową najczęściej uprawiany jest w weekend i wcale nie mam na myśli biegania, gry w popularnego w tej części Azji badmintona, czy ćwiczeń Tai Chi. Sport narodowy Singapurczyków to przemierzanie centr handlowych. Kto więcej, kto dłużej i… wcale nie chodzi o same zakupy. Tu chodzi o zabicie nudy i ucieknięcie przed białymi czterema ścianami, ah no i najważniejsze… schronienie się przed przeraźliwie nieznośnym klimatem. Upał połączony z koszmarną wilgotnością w rozgrzanym mieście tworzy ów trend do przemierzania kilometrów w centrach handlowych.

Zakupów szał
Co ciekawe mieszkańcy tego dziwnego państwa często wybierają tak drogę z domu do racy i z powrotem, aby jak najdłużej iść przez centra handlowe lub inne pasaże. Dlaczego? Bo na zewnątrz jest nieznośnie gorąco, a budynki bez klimatyzacji w Singapurze można policzyć chyba na palcach jednej ręki. W centrach handlowych jest chłodno! NIE! Przepraszam! Tam jest przeraźliwie zimno! Na polu (sorry, jestem z Małopolski) +/- 40 stopni, a w środku 20 stopni mniej i suche powietrze. To właśnie w Singapurze zafundowałem sobie trwającą prawie 10 dni pamiątkę z podróży pt. potworne przeziębienie. Na zewnątrz żar leje się z nieba. W środku ciarki z zimna biegają po ciele, a całe ubranie mokre z potu, który nas wcześniej oblewał. Czy trzeba coś dodać?

Aby mieszkańców Singapuru bardziej nakręcić do uprawiania ich narodowego sportu w weekendy organizuje się wyprzedaże np. książki o 70% taniej tylko w sobotę i niedzielę. Książki w Singapurze czy Malezji są bardzo drogie więc taki „off” działa na zmysły. Po pierwsze wyciąga z nudnych mieszkań, po drugie przyciąga do naszego sklepu. I tak w koło, co tydzień gdzie indziej.

Komunikacja miejska

Czego by tu o Singapurze nie powiedzieć, komunikacja w Singapurze działa bez zarzutu. Wszystko jest klarownie przedstawione. Mapki na każdym kroku informują nas gdzie pójść, gdzie się przesiąść i za ile dojedziemy do następnego „shopping mall”. Tak punktualnego i CZYSTEGO metra moje oczy nie widziały jeszcze nigdzie na świecie, a było już tego trochę. Chylę najniższe pokłony przed tymi, którzy komunikację miejską w Singapurze zaplanowali, wykonali i utrzymują w tak idealnym stanie do dziś. Choć pewnie jakieś graffiti nadało by wagonikom innego wymiaru. ;)

Merlion - symbol Singapuru

Warto, nie warto?
Mieszkać bym tutaj nie dał rady, ale wpaść na 5 dni – bardzo proszę. Zdecydowanie warto, gdyż obok Singapuru przejść obojętnie się nie da – to jest pewne. Tutaj wszystko jest naj i to z wysokim połyskiem choć wszystko pod kontrolą, która moją słowiańską fantazję bardzo zniewala. Fantazja jednak ma to do siebie, że zniewalana być nie lubi. Dużo lepiej czuje się ona w prawdziwej, czasem brudnej i zatłoczonej, ale nigdy nie zamkniętej w sztywne ramy Azji. Prawdziwej Azji.

Singapur to prawdopodobne miasto przyszłości, które dla mnie osobiście jednak nie ma żadnej duszy, którą znaleźć można choćby w niedaleko oddalonym Hong Kongu. W Hong Kongu, w którym też triumfuje materializm i konsumpcja, ale ciągle miesza się ona z chaotyczną Azją, jaką wielu z nas kocha. Obejrzyj pełną galerię zdjęć z państwa-miasta Singapur