Kilka lat później…  

Zmierzając na wschód, w kierunku Rącznej pod Krakowem, zastanawiam się co się zmieniło od mojej ostatniej obecności. Rączna okazała się miejscowością wyjątkową. Wtedy, nasza wizyta przypadła na przełom czerwca i lipca, przed prawie każdym domem suszyły się snopki czerwonej, okorowanej wikliny pozwalając nam trafić bezpośrednio do plecionkarzy. To właśnie tam poznaliśmy tajemnice gotowania i mechanicznego korowania wikliny. I też tutaj dotarła do nas z całą mocą smutna rzeczywistość rzemieślników – uzależnienie od lokalnych powiązań, niskich cen narzucanych przez hurtowników, zmęczenie i uciążliwość pracy, która do tej pory wydawała się nam tak fascynująca…
Teraz jest początek zimy, dochodzi godzina 16, na zewnątrz już ciemno. Bez trudu odnajduję właściwy dom. Znaczy go zielona łąka i rozpadająca się stodoła. Z bijącym sercem wspinam się w górę w kierunku maleńkiego domku. Światło się świeci, ze środka dochodzi cichy szmer radia. Głośno pukam w okno. Nie czekam długo, już po chwili zgrzyt klucza w zamku, pani Zosia wiedziała, że przyjedziemy. Chwilę patrzy na mnie w milczeniu…, widzę że się cieszy, że czekała. Dla mnie to też wzruszające spotkanie. 4 lat temu wszyscy bardzo polubiliśmy tą samotną starszą kobietę, która od samego początku podeszła do nas z życzliwością, bez lęku oferując gościnę i nocleg. Wiele razy opowiadała nam o podejrzliwości sąsiadów i ich straszeniu urzędem skarbowym, nawet po czasie, gdy potwierdziło się, że naszym celem jest dokumentacja zanikających rękodzielniczych technik. Sami też doświadczyliśmy owej, miejscowej nieufności – nie wszyscy chcieli z nami rozmawiać, zdarzyło się, że mimo oczywistej obecności domowników, nikt nie otworzył nam drzwi… Początkowo dziwiła nas ta sytuacja, teraz rozumiem, że miejsca takie, jak Rączna żyją swoim życiem. Sieć powiązań i układów, dostawcy, odbiorcy, tylko rewolucja z zewnątrz może to zmienić. I to też świadczy o kolorycie tego miejsca, które „dotykam” bardzo delikatnie, nie naruszając utkanej z dawna struktury.
Wchodzę jednak w nią zaprzyjaźniając się z panią Zosią, słuchając jej, zadając pytania. Od naszego ostatniego spotkania w moim życiu wiele się zmieniło, dziś odwiedzam ją z rodziną, ponad roczny synek biega żwawo po jej malutkim pokoju, śmiało rozrzucając wiklinę, śmiejąc się do gospodyni. A w jej życiu jakby czas stanął w miejscu. To samo wnętrze, ta sama chustka na głowie, ta sama praca – grodzenie i ta sama cena za jej efekty. Miałam nadzieję, że choć to się zmieniło. Pani Zosia od rana do wieczora grodzi malutkie koszyczki z białej albo czerwonej, okorowanej wikliny, tzw. kubki, kubusie. Do tego kupuje wiklinę, a że wyplata z tzw. sin, czyli wiklinowej taśmy, sama ją przygotowuje. Zbiera do niskiej emerytury, którą wypracowała w miejscowej spółdzielni koszykarskiej, założonej jeszcze w 1931 r., a wszystko, co ponadto przesyła jedynej wnuczce. Pytam ją, jak będzie spędzać nadchodzące Święta, mówi, że u wnuczki, ale pojedzie dopiero jak ugrodzi to, co ma ugrodzić, bo pracować trzeba. Zasiadamy na chwilę do jej warsztatu z nadzieją, że choć trochę jej pomożemy.
Na zniszczonych formach do „kubusiów” widać ślady wieloletniego używania gwoździ i młotka, trzeba zrobić nowe. Gdy Marek oddaje jej prawie wypleciony koszyczek, jej sprawne ręce dokańczają dzieła jak automat, jest niezwykle szybka. Gdy momentami zapada cisza, zastanawiam się, czy jej nie przeszkadzamy, ale gdy mówimy, że zrobiło się późno, pani Zosia po cichu prosi: „Nie jedźcie, zostańcie u mnie na noc” i oferuje małe łóżko w tym pokoju - kuchni, w którym sama sypia i nad którym wisi święty obraz sprzed 100 lat. Patrzę na jej twarz, teraz smutną i zadumaną, rozumiem, że milczenie skrywało wzruszenie. Gdybyśmy mieszkali bliżej, moglibyśmy grodzić z panią Zosią i uczyć się od niej obróbki wikliny, wsiąkać w życie wsi, próbować zrobić dla tego miejsca coś więcej. Nie wiem jednak, czy w ogóle jest możliwość zrobienia czegoś ponadto niż wizyty od czasu do czasu? Czy ktokolwiek potrzebuje tutaj działań animatorów z zewnątrz, zmiany dotychczasowej sytuacji, misternie uplecionej tkanki powiązań?
Zastanawiam się też, jak po czasie, inaczej mogą wyglądać prowadzone przez nas badania terenowe. Jak wiele płynie ze zwykłej obecności, obserwacji, uważności, gdy wszystko, co na liście pełnej pytań już zapytane i zanotowane. Jak bardzo liczy się ta konkretna osoba i ta jedyna chwila. Będąc w Rącznej liczyłam też na odwiedziny u jeszcze jednego grodzarza – pana Staszka Kamieniarza, który kilka lat temu wyśpiewał nam swoją piosenkę „Jestem synem grodzarza”, o koszykarzu, który wyrusza na wojnę, zostawiając w domu dziewczynę i plecionkarskie narzędzia („Plecionkarskim szlakiem Wisły”, Stowarzyszenie Serfenta 2009, s. 86). Niestety, do spotkania nie dojdzie, pan Staszek zmarł pół roku temu. Chciałam pokazać mu film, w którym występuje jako jeden z głównych bohaterów, wiem, że na niego czekał, a ja zjawiłam się w Rącznej o to pół roku za późno.
Paulina Adamska-Malesza
Więcej zdjęć z Rącznej w galerii:
A few years ago…

Towards the east, to the Rączna village near Krakow, I wonder what has changed since my last attendance. Rączna turned out to be exceptional. Then, our first visit was at the end of June and begining of July and at almost every home there were drying bundles of red, barked willow allowing us to go directly to the basketmakers. It was there that we learned the secrets of cooking and mechanical peeling of willow. And also there it came to us - sad reality of craftsmen - reliance on local connections, low prices imposed by wholesalers, fatigue and vexation of work that until now seemed to us so fascinating ...
Now is the beginning of winter, comes about 16 hour, already dark outside. I easily find correct house. It is marked by green meadow and decaying barn. With my pounding heart I’m climbing up towards the tiny cottage. The light is on, I can hear a quiet murmur of the radio. Knocking loud in the window. I'm not waiting long, after a while, sound the key in the lock, Mrs. Zosia knew we would come. For a moment she is looking at me in silence... I can see she enjoys, waited for us. For me, it is also a moving meeting. 4 years ago we all really liked this lonely older woman who, from the very beginning, who treated us with kindness, without any fear, providing us hospitality and accommodation. Many times she told us about suspicious of her neighbors and their scaring of the tax office, even when after the time it was confirmed that our goal is to document vanishing craft techniques. We also experienced this, local distrust - some of them didn't want to talk to us, not everybody opened the door despite the obvious presence of family members... At first, we wondered this situation, now I understand that such places like Rączna live their life. Network connections and system: suppliers, customers, only a revolution from the outside can change this. And it also testifies about the colour of the place, which I’m “touching” very gently, without prejudice this structure woven long ago.
But I'm going into it having Zosia as a friend, listening to her, asking questions. Since we last met, a lot of things have changed in my life, now I’m visiting her with my family, my more than the annual son is running after her tiny room, he’s throwing wicker, laughing at her. And in her life the time is stood still. The same interior, same scarf on her head, the same work - fencing (dialect word for basket weaving) and the same price for its effects. I hoped that although this has changed. Mrs. Zosia from the morning to the evening weaves tiny baskets of white or red, barked willow. Baskets are called kubki, kubusie. She also has to buy willow and prepare it because she’s using the willow ribbon. She collects to low pensions, which developed in the local basket cooperative, which was founded here in 1931, and all that is above transmits to her only granddaughter. I'm asking her how she will be spending coming Christmas? And she is saying that in her granddaughter house, but will go only when finish her work with baskets. We’re sitting down for a moment in her workshop with a hope that it will help a little bit.
There are a lot of places of using nails and a hammer on the damaged forms for these tiny baskets, it is need to make a new one. When Mark gives her almost woven basket, her smooth hands finishe work like a machine, she is extremely fast. When the moments of silence is coming, I wonder if we bother her, but when we say it is late, Zosia asks quietly: “Don’t go, stay here for the night” and offers a small bed in this room which is a kitchen in the same time, where she also sleeps and where the sacred 100-years old picture is hanging. I look at her face, now sad and thoughtful and I understand that silence concealed her moving. If we lived closer, we could do fencing with her and learn from her about the processing of willow, soak in the life of the village, trying to do more for this place. But I don’t know whether it is possible to do something more than a visit from time to time? Does anyone here needs a team of activities from outside, changes in the current situation, in intricately woven structure of the relationships?
I wonder also, how, after time, our research may look. How much comes from simply being present, observing, mindfulness, when everything on the list you already know, when all the questions were asked and recorded. How much this particular person, and this only moment are precious. Being there, in Rączna, I also wanted to see another basketmaker – Mr. Staszek, who, a few years ago, sang a very special song for us “I’m the son of basketmaker” about the man, who goes to the war, leaving the girl home and his weaving tools (“Weaving trail of Vistula”, Serfenta Association 2009, p 86). Unfortunately, the meeting can’t happen, Staszek died six months ago. I wanted to show him the film, where he acts as one of the main characters. I know he was waiting for this and I arrived here six months too late...
Paulina Adamska-Malesza
More pics in the gallery:
http://www.national-geographic.pl/foto/fotografia/fotografia-5359009be4/