Lądujemy. Po szybkiej kontroli paszportowej na międzynarodowym lotnisku w New Delhi otwierają się wrota do świata dźwięków, farb i zapachów z kolorowych prospektów o Indiach. W hali przylotów nagabuje mnie młody tubylec w języku hindi-angielskim, czyli angielskim z bardzo mocnym akcentem hindi oferując swoje usługi. O ile zrozumiałam pyta, czy szukam przewodnika etc. Kręcę głową, ale ten nie ustępuje i co gorsza zjawiają się jeszcze dwaj następni. Kurczowo chwytam moje bagaże i torebkę wypatrując mojego kumpla Hindusa, który będzie częściowo towarzyszył mi w mojej podróży. Widząc, że mam towarzysza nagabujący mnie Hindusi znikają szukając następnej okazji.
Opuszczamy klimatyzowany budynek lotniska i w dosłownym tego słowa znaczeniu moje wszystkie zmysły- a mam ich w tym momencie chyba więcej niż pięć – doznają szoku. Największego szoku doznaje węch i słuch. India wita mnie niesamowitym do określenia zapachem i jest to zapach bardzo natrętny, do tej pory mi nie znany, na granicy z nieprzyjemnym. Do moich uszu dociera ryk wyjących klaksonów. Moje oczy zatyka smog kurzu i pyłu. W jednej sekundzie jestem oblepiona wszystkim, co pływa w powietrzu. Moja skóra jest lepka i mokra, włosy kleją mi się do czoła, w ustach zgrzyta mi piasek. Spoglądam za siebie na zatrzaśnięte drzwi lotniska, odwrotu nie ma.
Czekam na mojego Hindusa, który głośno negocjuje z panem od taksówek. W końcu daje mi znak – mamy taksówkę. Wokół Hindusa wyglądającego tu na szefa i dyspozytora taksówek w niesamowitym tempie gromadzą się inni taksówkarze wręcz zabijając się o nasz kurs. W końcu na nieznanych mi zasadach zostaje przydzielony nam szofer, który powiezie nas do niebiańskiej Agry z najpiękniejszym na świecie pomnikiem miłości Taj Mahal. Wsiadam do taksówki i wręcz przylepiam się do fotela o nieokreślonej farbie i jeszcze bardzie nieokreślonym zapachu. Mój bagaż ląduje na przednim siedzeniu koło kierowcy. Wyruszamy, oddycham z ulgą lodowatym powietrzem z klimatyzacji. Ze wszystkich stron dobiegają mnie jęczące klaksony. Hindusi tak dają sobie znać, że wyprzedzają. A że ruch jest niesamowity i wyprzedza się tu bezustannie, wszystko się zlewa w jeden przejmujący ryk. Mogę zapomnieć o moich planach o ucięciu sobie drzemki po długim męczącym locie.
Nagle zatrzymujemy się na poboczu obok innego auta, nasz szofer daje znam znak, żebyśmy wysiedli. Zamieram ze strachu, przed moimi oczami w mgnieniu sekundy przemigają wszelkie możliwe horror-scenariusze. Zmieniamy auto, dlaczego nikt nie wie. Mój bagaż ląduje tym razem na dachu przywiązany sznurkami. Próbuję oponować. Nie chcę mieć na moim świeżo upranym, pachnącym ubraniu tej lepkiej mazi, co na mojej skórze. Moje perswazje nie odnoszą skutku. W końcu szantażuję, że wysiadam. Bagaż trafia ponownie na siedzenie obok kierowcy. Jedziemy dalej.
Jesteśmy gdzieś w New Delhi, korek niesamowity, na każdych światłach oblegają nas nędzarze, pukając w szybę auta dają znaki, że są głodni. Hinduska dziewczynka o pięknym, niespotykanym zielonym kolorze oczu uśmiecha się do mnie trzymając niemowlę zawinięte w brudne szmaty. Skąd ona ma te zielone oczy? Krążymy juz od prawie dwóch godzin po Delhi, zaczynam wątpić, czy nas szofer zna drogę. Mam wrażenie, że nigdy stąd nie wyjedziemy. Wszystko wydaje mi się takie obłędne. Znów postój. Musimy tankować. Kolejka po benzynę jak za czasów PRL-u. Zaczynam się poważnie wkurzać i żałować mojej podróży do Indii. Do tego muszę do toalety. Wysiadam i zatyka mnie potworny smród spalin pomieszanych z fekaliami i nie wiem czym jeszcze. Oto słynny świat zapachów Indii... Zatrzaskuje drzwi z powrotem. Tak ma wyglądać ten ponoć piękny kraj? Ponownie próbuję wystawić nos i zbadać co tak cuchnie...
Idziemy na stację benzynową. Mój Hindus prosi sprzedawcę o wpuszczenie mnie do prywatnej toalety coś mu tłumacząc, po czym sprzedawca patrząc na mnie z politowaniem  wskazuje mi obskurne, niedomykające się  drzwi. Wchodząc wstrzymuje oddech i obrzydzenie, chce zawrócić, ale mój kumpel wpycha mnie do niej mówiąc, że lepszej tu nie znajdę. Teraz rozumiem, dlaczego nie poszliśmy do publicznej... Przesiąknięta „zapachami Indii” i oblana potem docieram do taksówki i dziękuję Bogu, że urodziłam się w Europie.
Zatankowaliśmy, ruszamy dalej. Jedziemy po czymś, co jest tutejszą autostradą. Na pasie zieleni pasą się krowy. Na prawo i lewo piętrzą się zapchane ludźmi po dach pojazdy. Jeździ tu się czym się da i do kiedy się da! Przed nami pełźnie wypchany po dach mini autobus. Na rurze wydechowej stoi trzymając się otwartej klapy tylnich drzwi młody Hindus, kobiety siedzą gęsto upchane w środku. Ta jazda nie ma końca. Jesteśmy od jakiś czterech godzin w drodze. Lodowate powietrze z klimatyzacji staje się nie do zniesienia. Na zewnątrz 35 stopni a ja wyciągam sweterek. Kierowca przykręca chłodzenie. Mam wrażenie, że jest jeszcze zimniej.
Nagle zjeżdżamy z naszej drogi. Przerwa na jedzenie. Rozglądam się za jakąś restauracją i widzę tylko szopy kryte przegnitymi dechami i płachtami szmat. Siadamy przy stołach skleconych z desek. Obok nas siedzi hinduska rodzina oblizując palce z żółtej mazi, która znajduje się w blaszanych miskach. Miski te następnie wędrują do starca, który siedzi przy hydrancie i myje je brudną szmatą umoczoną w zimnej wodzie. Przechodzi mnie głód, wcinam ostatniego snikersa. Jednak aromatyczny zapach hinduskich potraw nie daje mi spokoju. Snuje się wokół mojego nosa i drażni moje kubki smakowe. Próbuję walczyć z chęcią spróbowania potrawy. W końcu zanurzam kawałek tandoori roti - placek hinduskiego chleba i kosztuję jednego specjału. Zwalczam początkowe obrzydzenie i próbuję dalej... Zapominam o starcu, blaszanych miskach i brudnej szmacie...
Jestem w Indiach - kraju niesamowitych kontrastów. W końcu dociera do mnie, że jeśli chcę poznać ten kraj, muszę zaakceptować jego inność, starać się być jego częścią. Czy mi się to uda? Mam przed sobą dwanaście dni. Pięć w Agrze i resztę w Delhi. Czy pokocham ten kraj? Czy może będę z niecierpliwością odliczać dni do mojego powrotu? Jedziemy dalej, powoli zbliżamy się do celu. Ryczące auta i wszechobecne krowy już tak nie szokują, odwzajemniam ciekawe spojrzenia Hindusów, w ustach mam smak kurkumy...