Desperacka "destynacja" na letnią depresję

Pomysł wydawał się pełen wad. Do tej pory jak ognia unikaliśmy odwiedzania najpopularniejszych wakacyjnych lokalizacji z uwagi niechęć do miejsc pełnych hord zwiedzających, zatłoczonych plaż i innych ubocznych skutków masowej turystyki. Szanse przeżycia takiej "przyjemności" zwiększają się jak wiadomo w sezonie, gdy większość populacji przybywa do miejsc, gdzie są plaże, gdzie jest ciepło i (nie zawsze) tanio. Mimo swoich wad zaplanowanie urlopu na południu Europy w szczycie sezonu uznaliśmy za konieczne w celu wyleczenia letniej depresji (tak, letniej, my mamy inaczej ;) i aby bieżące sprawy nie wyssały z nas resztek energii.
Upatrzyliśmy sobie kilka "destynacji", które wydawały się jedynym słusznym rozwiązaniem, ale niestety okazało się, że nie ma już wolnych miejsc w samolocie, hotelu, na promie i ogólnie niczego nie ma. Również w biurach podróży chętnych na co ciekawsze "lasty" było tylu, jakby poza nami wczasów poszukiwało nagle pół Polski. To wszystko sprawiło, że staliśmy się jeszcze bardziej zdesperowani i gotowi na wszystko. Zaczęłam się powoli łamać i gdy ciążyła już nad nami wizja odwołania urlopu albo spędzenia tygodniowych wczasów na polskiej wsi (nie żebym miała coś przeciwko) zwolniła się oferta wczasów na Minorce.

Pomysł zrodził się spontanicznie, więc nie obyło się bez wątpliwości. Zniechęcały mnie skojarzenia z Majorką, czyli dokładnie tym, czego chcieliśmy uniknąć podczas urlopu. Gdy jednak zgłębiłam temat w Internecie okazało się, że wyspa ma inny charakter i sezon urlopowy wygląda tutaj inaczej niż na pozostałych wyspach Balearów, na których ciąży stereotyp miejsc mocno imprezowych (chodzi przede wszystkim o Majorkę i Ibizę). Szczególnie zachęcający wydał mi się fakt, że większość terenów stanowi rezerwat biosfery objęty ochroną, a więc wszystko na wyspie powinno odbywać się w zgodzie z naturą. Lokalne władze kontrolują rozwój przemysłu turystycznego i starają się ograniczać ilość miejsc noclegowych do minimum. Miałam nadzieję, że Minorka pozytywnie nas zaskoczy.

I tak też się stało. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że spontaniczne decyzje często okazują się strzałem w dziesiątkę.


Bombowy początek

Urlop rozpoczęliśmy bombowo - dosłownie i trochę ironicznie. Podjechanie pod terminal lotniska Okęcie okazało się niemożliwe. Pobieżna ocena sytuacji (samochody policji, tłum i ogólne zamieszanie) wystarczyła by uznać, że coś tutaj nie gra, a dokładniej nic nie lata. Gdy doczłapaliśmy się z walizkami pod terminal okazało się, że chodzi o alarm bombowy. Znaleźliśmy ostatni skrawek cienia, w którym mogliśmy zastanowić się nad naszym dalszym losem. Po godzinie dotarł do nas sygnał, że możemy wlewać się z tłumem do środka. "Check-in" odbył się w tempie zaskakująco ekspresowym. Później nastąpiło jeszcze krótkie koczowanie dla odmiany przed wejściem do gate'a i w końcu wyruszyliśmy w drogę.

Po około 3 godzinach lotu, który minął szybko i nie zdążył nas za bardzo zmęczyć, wylądowaliśmy na Minorce. Lotnisko na przedmieściach Maó (stolicy wyspy) wcale nie było takie kameralne jak się spodziewaliśmy, choć oczywiście do olbrzymich na pewno zaliczyć go nie można. Co ciekawe, tuż po przylocie (zbliżała się godzina 21:00) było już kompletnie opustoszałe.

Gdy wyruszyliśmy do hotelu ściemniało się już, więc niewiele mogliśmy dostrzec z okien autobusu. Główne wnioski to: duża ilość pól i zieleni, mała ilość zabudowań i ludzi.Minorkę o długości zaledwie 45 km i szerokości 18 km przecina tylko jedna autostrada C721, która łączy dwa miasta: dawną stolicę Ciutadellę i położoną na przeciwległym krańcu wyspy aktualną - Maó. Obie miejscowości nie są metropoliami, ale mieszka tam ponad połowa z 75 tys. populacji. Pozostałe, nieliczne miejscowości są bardzo niewielkie. Jak zdążyliśmy się przekonać autostrada biegnie przez mało zurbanizowane tereny. Podczas przejazdu minęliśmy zaledwie trzy małe miasteczka - Alaior, Es Mercadal i Ferreries.

Po około godzinie dość monotonnej drogi docieramy do hotelu zlokalizowanego w miejscowości Cala en Blance położonej na zachodnim krańcu wyspy i oddalonej 4 kilometry od Ciutadelli. Zostawiamy nasze bagaże i udajemy się na kolację w nadziei, że pozostały jeszcze jakieś ochłapy. Hotasa Sea Club to aparthotel nastawiony głównie na rodzinne wakacje o czym świadczy kompleksowe wyposażenie każdego apartamentu w aneks kuchenny z lodówką, pokaźny zestaw naczyń, mikrofalówkę itp. Najbardziej przypadło nam do gustu urządzenie oznaczone na włączniku wielkim napisem "Faro" (zapewne nazwa producenta), czyli duży wentylator znajdujący się nad łóżkiem w sypialni. Urządzenie po rozkręceniu dawało podmuch tak silny, że w zestawie z klimatyzacją można się było przewietrzyć i wychłodzić za wszystkie czasy. Kojący szum wiatraka wynagradzał nam brak szumu fal, gdyż wprawdzie widok "Sea View" był, ale morze było poniżej kilkunastometrowego klifu, na którym się znajdowaliśmy, że ciężko było je usłyszeć bez ponadprzeciętnie dobrego słuchu. Dla nas główną zaletą hotelu było jego położenie - bliskość Cutadelli, ścieżek dla pieszych i miejsc widokowych. Oczywiście nie obyło się bez narzekania na brak radia w sypialni, bowiem mój małżonek uwielbia, gdy coś brzęczy w głośnikach 24h na dobę.


Full english Minorka

Śniadanie okazuje się typowym "full english breakfast". Głównymi składnikami szwedzkiego (a raczej angielskiego) stołu są jajka, smażone kiełbaski, bekon, fasolka w sosie pomidorowym, smażone pieczarki, pomidory oraz hash brown, czyli placki ziemniaczane w brytyjskim stylu. Takie śniadaniowe menu nie dziwi, bowiem większość przybywających na wyspę gości stanowią Brytyjczycy. Widok z rana dań ociekających tłuszczem raczej mnie odrzucał, więc pierwszy poranny posiłek spotkał się z moją głęboką niechęcią i zdaniem, że dam radę przeżyć na bułce z serem żółtym. Postanowiłam jednak zaryzykować. Testując pierwszy kawałek bekonu zastanawiałam się nad celowością spożywania z rana tylu gram tłuszczu. Okazało się, że cała tajemnica tkwi w poczuciu sytości, ale nie przejedzenia, dzięki czemu można bez trudu spędzić dzień aktywnie do samej kolacji. Po kilku dniach stałam się fanką "full english breakfast", a dzisiaj tęsknię za takim posiłkiem. Szybko zapadła decyzja, że pierwszy weekendowy poranek po powrocie przeznaczymy na przygotowanie śniadania a'la Hotasa Sea Club.

Pierwszym miejscem, jakie zwiedzamy tuż po śniadaniu jest lokalny market, w którym dokonujemy zakupu zgrzewki wody mineralnej - woda z kranu nie jest na wyspie zdatna do picia.
Uzbrojeni w 2 litry picia urządzamy sobie na początek małe "tour" po okolicznych plażach. Podobno na Minorce jest ich aż 120, więc wędrujemy po miasteczku Cala en Blance i najbliższych okolicach w nadziei, że prędzej czy później odnajdziemy ścieżkę prowadzącą do kąpieliska. W sumie odkrywamy kolejne 3 plaże, które okazują się małymi zatoczkami z odrobiną piasku otoczonego skałami. Są ładne, ale mniejsze niż się spodziewaliśmy i przez to dosyć zatłoczone (są tak małe że 10 osób można uznać za tłok). Na Minorce brakuje długich i szerokich plaż, zaś tych kilka nielicznych jest dostępna zazwyczaj tylko od strony morza albo po długiej pieszej wędrówce. Najdłuższa, licząca około 4 km, znajduje się w miejscowości Son Bou. Postanawiamy odpuścić sobie kąpiel i podążamy dalej przed siebie.

Zlokalizowane wzdłuż ulicy liczne restauracje i sklepy z pamiątkami świecą pustkami. Albo wszyscy jeszcze śpią, albo turystów faktycznie jest mniej niż życzyliby sobie tego sprzedawcy. Przed okolicznymi barami i restauracjami widać "full" szyldów i reklam o treści: "Full english breakfast", co wskazuje dość jednoznacznie na nację, która jest głównym odbiorcą owych komunikatów. W odróżnieniu na przykład od Wysp Kanaryjskich na Balearach słychać prawie wyłącznie hiszpański i angielski. Brytyjczyków łatwo poznać na ulicy - wyróżniają się nie tylko karnacją, ale również zachowaniem. My, mimo nieznajomości hiszpańskiego staramy się operować podstawowymi zwrotami, oni zaś wykazują zdecydowany opór przed użyciem choćby podstawowych słów hiszpańskich i porozumiewają się z miejscowymi wyłącznie po angielsku. Być może dlatego kilka osób bierze nas za Hiszpanów i zaczyna "nawijać"; do nas po swojemu. Widać, nie byliśmy wystarczająco jednoznaczni. To miłe, więc nie wyprowadzamy ich z błędu.


Zamieszkajmy w cudnej Ciutadelli

Podczas spaceru po Cala en Blance staramy się nawigować w stronę Ciutadelli. Gdy po pewnym czasie natrafiamy na odpowiedni drogowskaz zapada szybka decyzja, że pokonamy pieszo 4 kilometry dzielące nas od miasteczka. Trasa nie jest zachwycająca - po jednej stronie chodnika jest umiarkowanie ruchliwa ulica, a po drugiej pola, na których poza pustką dostrzec można tylko niewielkie kamienne stożki i pasące się zwierzęta. Pola odgrodzone są od ścieżki niskimi murkami z kamienia, które stanowią charakterystyczny materiał budowlany dla większości ogrodzeń na wyspie. Tajemnicze, kamienne budowle porozrzucane po polach i w wielu innych miejscach to pozostałości osad talayotyckich sprzed tysięcy lat. Wśród nich można wyróżnić talayoty - stożkowate wieże, taule - wysokie budowle w kształcie litery "T" i navety - kształtem przypominające odwróconą łódź. Po tej kulturze zostało tutaj ponad 1500 takich budowli, których przeznaczenie nie jest do końca znane.

Po około godzinie drogi wkraczamy do Ciutadelli, która wydaje się dość senna i pusta. Idziemy wąskimi uliczkami, następnie za drogowskazem prowadzącym do portu kierujemy się ulicą w dół i naszym oczom ukazuje się mały most, po którego obu stronach znajduje się pokaźna liczba jachtów i żaglówek, nieco dalej zaś położony jest terminal promowy. Wzdłuż portu ciągnie się pas restauracji, z których dociera do nas przyjemny zapach świeżo smażonych ryb. Na wzniesieniu znajdującym się nad nami widoczne są okoliczne zabudowania oraz ratusz miasta. Wchodzimy na górę, aby zobaczyć panoramę portu, który równie ładnie wygląda z tej perspektywy, jak i z poziomu nabrzeża.
Następnie kierujemy się na północ w stronę przystani i docieramy do fortu Castell de Sant Nicolau strzegącego wejścia do portu. Przy budowli stoi pomnik admirała Davida G. Farraguta, bohatera amerykańskiej wojny domowej a jednocześnie potomka minorkańskich emigrantów. W 1867 odwiedził rodzinną wyspę swoich przodków i otrzymał tytuł honorowego syna miasta Ciutadella.




Po krótkim odpoczynku w towarzystwie Farraguta wracamy na spacer licznymi, wąskimi, brukowanymi uliczkami, zamkniętymi dla ruchu samochodowego, czasami tak wąskimi, że bez trudu można dotknąć dłońmi ściany domów stojących naprzeciw siebie. Architektura miasta ma południowy charakter, przeważają kamienice z XVIII i XIX w., z których większość posiada oznaki upływu czasu - obdrapania, odstającą farbę. Nie całe miasto tak wygląda, gdyż na jego obrzeżach powstają nowoczesne osiedla, ale na szczęście utrzymane są w konwencji niskiej, kilkupiętrowej zabudowy. Podoba mi się, że całe miasteczko posiada spójny wygląd i charakter.
Kamienice pomalowane są na białe lub jasne, pastelowe kolory, posiadają w większości drewniane, zielone okiennice i drzwi. Domy wydają się nieco opustoszałe. Widać, że na co dzień Ciutadella wiedzie spokojny i leniwy żywot, choć w pewnych fragmentach nie jest pozbawiona pewnej dozy rozgardiaszu i chaosu. Specyficzny klimat miasta sprawia, że czujemy się trochę jakbyśmy przenieśli się w przeszłość. Spokój nie oznacza jednak, że miasto jest nudne. Bynajmniej. Potrafi zaskoczyć jak np. wtedy, gdy całkiem blisko centrum w jednym z parków spotykamy chodzące sobie kury i koguta. Nie wiem skąd się tam wzięły, ale chodziły sobie beztrosko między stojącymi na parkingu samochodami i nie wyglądały na zestresowane. W przeszłości jednak miasto wiele przeszło - zostało zrównane z ziemią przez Katalończyków, splądrowane przez Turków, przechodziło z rąk do rąk. W XVII w. Ciutadella odrodziła się, została odbudowana i stopniowo stała się rezydencją najbogatszych obywateli.

Mimo, że lokalne władze starają się nie dopuścić do niekontrolowanego rozwoju turystyki na wyspie to jednak docenia się tutaj korzyści, jakie można z tego czerpać, przez co takie miasta portowe jak Ciutadella czy Maó są dość dobrze przygotowane na wizytę przyjezdnych. Przykładem może być niemały wybór restauracji i sklepików z różnego rodzaju pamiątkami, przy czym całość ma w większości ma kameralny i nienachlany charakter. Wybór kolorowych sukienek, szali, kapeluszy może płeć piękną przyprawić o zawrót głowy. Do takiego stroju obowiązkowo należy zakupić znane minorkańskie sandały - dobór odpowiedniego rozmiaru, koloru, wzoru nie powinien stanowić problemu. Pełno jest również rozmaitej biżuterii. Jestem uzależniona od kolczyków, więc mąż ma przerąbane.

Ciutadella urzeka nas swoim spokojem, naturalnością i charakterem. Na spacer uliczkami miasta każda chwila jest dobra, dlatego też Ciutadellę odwiedzamy prawie codziennie. Zdjęcia zaś najlepiej wykonywać w trakcie sjesty, kiedy to uliczki pustoszeją zupełnie, a miasto wygląda na zupełnie opuszczone. Wszystko wygląda wtedy jeszcze piękniej.
Obowiązkowo należy odwiedzić Ciutadellę tuż przed zmierzchem. Wyjątkowo spokojne miasto odżywa wieczorem, nabiera innych barw i charakteru. Pięknie podświetlony port wypełnia się spacerowiczami, restauracje i kawiarnie zapełniają się turystami oraz miejscowymi. Przybywa straganów, które kuszą spacerujących jeszcze większą ilością pamiątek. Na większych placach muzycy rozkładają instrumenty i przygotowują się do wieczornych występów. Można zaobserwować również pewne osobliwe, wieczorne zjawisko. Mieszkańcy okolicznych kamienic (szczególnie Ci starsi) wystawiają przed swoje domy drewniane, kuchenne stoły i krzesła, spotykają się z sąsiadami, z którymi żywo dyskutują, obserwują przechodniów i odpoczywają delektując się zapachem i klimatem miasta. Drzwi do domów często pozostawiają otwarte, więc przechodząc obok ma się wgląd we wnętrze kamienic.

Z Ciutadelli wracamy korzystając z lokalnej komunikacji miejskiej, a dokładniej linii 61 firmy Torres. Komunikacja na Minorce działa w sposób, który bez wahania można uznać za perfekcyjny. Przy postoju dla autobusów w centrum miasta kupujemy bilet i grzecznie ustawiamy się w kolejce przy jednym ze świetnie oznakowanych przystanków. Autobus podjeżdża, uśmiechnięty kierowca wysiada i ustawia się przy wejściu do pojazdu. Kolejnych podchodzących wita radosnym "Ola!", sprawdza bilet i zaprasza do środka. Zanim zdążymy mu podziękować sam odpowiada "Gracias". Jaka miła odmiana! Kto by pomyślał, że poruszanie się komunikacją miejską może być tak przyjemne i wygodne! Nigdzie wcześniej nie widzieliśmy tak dobrze oznakowanych przystanków, dostępnych wszędzie rozkładów, życzliwych i sympatycznych kierowców i przede wszystkim nad wyraz punktualnych autobusów (o ile już człowiek zorientuje się jak czytać rozkład jazdy), nie wspominając już o wysokim standardzie takiego podróżowania - wygodne siedzenia, klimatyzacja.


Wieczorne spektakle i koncerty natury

Chodzenia nam zawsze mało, więc po kolacji urządzamy sobie spacery po najbliższej okolicy, a chodzić naprawdę jest gdzie. Wystarczy zboczyć z głównej drogi i odnaleźć początek szlaku dla pieszych, których podobnie jak ścieżek rowerowych jest na wyspie pełno. Na naszej mapie jest nawet zaznaczony szlak prowadzący dookoła całej wyspy, chociaż oględziny "na żywo" każą powątpiewać czy aktualnie jest on do przebycia na całej swojej długości.

Nieopodal naszego hotelu, za kamiennym odrodzeniem odkrywamy początek właśnie takiej ścieżki. Niepozorna droga, na której pasą się na co dzień kozy, owce i inne zwierzaki wygląda na mało uczęszczaną, ale słupki porozrzucane co kilka metrów ewidentnie wskazują na szlak w kierunku Cap de Bajoli - najdalej wysuniętego na zachód punktu wyspy. Spacer szlakiem dla pieszych to zazwyczaj droga po różnej wielkości kamieniach i pofałdowanych skałkach, które u wybrzeży zamieniają się w urwiste klify. Podchodząc bliżej wybrzeża trzeba uważać, żeby nie stoczyć się po kamieniach prosto do turkusowej wody. Spacerując wzdłuż brzegu w kierunku Cap de Bajoli odkrywamy po drodze piękno cypla zwanego Pont D'en Gil. Wysunięta w kierunku morza skała skrywa efektowne przejście, a znajdująca się pod wodą jaskinia jest częstym miejscem odwiedzin żądnych wrażeń płetwonurków. W promieniach zachodzącego słońca krajobraz wygląda wyjątkowo mistycznie. Od tej chwili przychodzimy tutaj prawie codziennie, by przed snem pokontemplować ten widok.


Podczas jednej z takich wizyt na cyplu, gdy spokojnie oczekiwaliśmy na zachód słońca, zaczepiła nas pewna hiszpańska para wykonująca zdjęcia do pewnego hiszpańskiego magazynu o podróżach. Bez wahania zaproponowałam więc, że ustąpimy im miejsca, aby nie wchodzić w kadr. Okazało się jednak, że chodzi im o coś zupełnie przeciwnego, a mianowicie, żebyśmy bynajmniej nie ruszali się nigdzie, a nawet wspólnie z nimi zapolowali do fotografii, której celem było pokazanie kilku osób podziwiających minorkański zachód słońca. To nietypowe spotkanie utwierdziło nas w przekonaniu, że Pont D'en Gil to miejsce wyjątkowe. Kolejnego wieczoru przybyliśmy na klify w pełni wyposażeni w sprzęt foto i cierpliwie oczekiwaliśmy na "złotą godzinę".

W odległych od kurortów zakątkach nietrudno znaleźć miejsca, które wydają się nietknięte ludzką stopą. Jedynymi dźwiękami, jakie możemy usłyszeć w takich miejscach są fale rozbijające się o klify oraz odgłosy ptaków i owadów, które szczególnie o zmierzchu przystępują do koncertowania. Uwielbiam repertuar świerszczy i cykad. Niektóre owady potrafią też nieźle przestraszyć. Podczas jednego z wieczornych spacerów o mało nie nadepnęłam na ogromnej wielkości konika polnego (a w zasadzie coś, co wyglądało jak konik polny pod lupą). Na szczęście zarówno ja jak i on odskoczyliśmy w porę w przeciwnych kierunkach. Nie wiem, kto się bardziej przestraszył. On zamarł w bezruchu, a ja przyspieszyłam kroku, aby czym prędzej znaleźć się w hotelu na wypadek gdyby ów osobnik okazał się zwiadowcą gotowym zwołać całą armię podobnych do siebie towarzyszy.


Angielskie klimaty

Nadeszła pora na zwiedzenie dalszych zakątków wyspy, a w szczególności jej wschodniego wybrzeża z aktualną stolicą wyspy Maó (hiszp. Mahón).
Po dotarciu do miasta udajemy się w stronę portu, gdzie zakotwiczone są rozmaitej wielkości promy chętne zabrać turystów w rejsy dookoła Minorki i na znajdujące się nieopodal skaliste i bezludne wysepki. Jednym z takich promów rozpoczynamy godzinny rejs po porcie Maó. Po raz kolejny przekonujemy się o niebywałej przejrzystości znajdującej się wokół wody, o czym świadczą cienie rzucane na dno przez mijane łodzie i jachty. Zachwycamy się również stojącymi wzdłuż wybrzeży pięknymi willami i mniejszymi domkami letniskowymi. Tak ładnie położonego lokum trudno nie pozazdrościć.


Po relaksie na wodach Morza Śródziemnego odwiedzamy znajdującą się nieopodal portu destylarnię dżinu Xoriguer, w której mamy okazję skosztować rozmaitych lokalnych alkoholi. W sumie na naszą degustację czekało ustawionych na beczkach około dwudziestu butelek, więc bez mocniejszej głowy i większej ilości czasu nie sposób było wszystkiego spróbować.
Najpopularniejszym lokalnym trunkiem na wyspie jest dżin oraz zrobiona na jego bazie pomada, czyli koktajl z ginu i lemoniady. Do tego zasmakowaliśmy w rozmaitych likierach - zwłaszcza o smaku kawowym i kakaowym. Wszystkie te wspaniałe trunki można oczywiście nabyć na miejscu (tudzież na lotnisku po odpowiednio wyższej cenie).
Spacer po stolicy rozpoczynamy od dotarcia do punktu widokowego, z którego podziwiamy ogromny (5 km długości, 900 m szerokości, 30 metrów głębokości) port w całej okazałości. To właśnie jemu stolica zawdzięcza swoje znaczenie. Port w Maó jest najgłębszym naturalnym portem na Morzu Śródziemnym i największym po Pearl Harbor na świecie. Wejścia do niego broni ogromna forteca La Mola oraz Fort de Marlborough zbudowany przez Brytyjczyków.

Samo miasto natomiast jest dużo bardziej zatłoczone, mniej tutaj spokoju i melancholii, jakiej można zaznać w Ciutadelli. Klifowe położenie Mahón powoduje że tamtejsze ulice wznoszą się i opadają. Podobnie jak w dawnej stolicy zabudowania to głównie kamienice w pastelowych, ale również bardziej wyrazistych np. czerwonych kolorach. Domy posiadają bardziej eleganckie fasady i okna z szybami przesuwanymi w pionie. Architektura miasta jest bardziej angielska (tzw. kolonialna) niż hiszpańska, przez co mniej przypada nam do gustu.
Ciutadella składająca się praktycznie w całości z gmatwaniny wąskich uliczek wydaje się przyjemniejsza niż bardziej zatłoczona i wyglądająca bardziej powszechnie stolica. Nie oznacza to jednak, że brakuje miejsc, po których można pospacerować. Wizytę można zakończyć zakupami na placu w centrum miasta, gdzie znajduje się targ wypełniony straganami z mniej lub bardziej oryginalnymi pamiątkami i elementami garderoby. Ciekawostka: podobno majonez pochodzi z Maó.


Biała Binibeca

Po zakończeniu zwiedzania Maó wyruszamy ku malowniczym osadom w głębi wyspy. Jedną z ciekawszych miejscowości jest Binibeca. Znajduje się tutaj resort o nazwie Binibica Vell wybudowany w 1968 roku w stylu typowym dla architektury śródziemnomorskiej. Białe, niewysokie, o ciekawych kształtach zabudowania mają imitować tradycyjne budownictwo wiosek rybackich. Domki oddzielone są wąskimi, zacienionymi uliczkami, przez które trzeba się prawie przeciskać. Klimat resortu robi wrażenie, dlatego też jest to jedno z częściej odwiedzanych przez turystów miejsc.

Kąpiel w Cala en Porter

Następnym przystankiem jest inna miejscowość na południowym wybrzeżu Minorki o nazwie Cala en Porter. Znajduje się tutaj bardzo ładna, piaszczysta plaża - jedna z większych na wyspie. Korzystając z tej okoliczności postanawiamy wreszcie zażyć kąpieli. Amatorów opalania i pływania nie brakuje, ale wielkość plaży sprawia, że obecność innych osób nie przeszkadza aż tak bardzo. Wyraźnie odczuwalne jest silne zasolenie wody, ale to nic w porównaniu z jej czystością, która sprawia, że kąpielą można się delektować bez końca. Niestety czas mamy ograniczony, więc po wyschnięciu wdrapujemy się po schodkach znajdujących się przy plaży na niewielkie wzniesienie, aby przed odjazdem chwilę podelektować sie z góry urokiem zatoki.


Chillout w jaskini

Popołudnie spędzamy na południowym wybrzeżu w Cala en Porter, gdzie znajduje się kolejna bardzo popularna atrakcja na wyspie - naturalna jaskinia Cova d'en Xoroi położona 50 metrów nad poziomem morza.

Miejsce wygląda mrocznie, a legenda, która jest z nim związana jest równie ponura. Podobno jaskinia była zamieszkana przez tajemniczego pirata o imieniu Xoroi, który pewnego dnia porwał z miejscowej wioski młodą dziewczynę i uwięził ją w swojej kryjówce na kolejne 10 lat. Kiedy pewnej zimy wyspa została pokryta śniegiem, mieszkańcy dotarli po śladach do wspomnianego sekretnego miejsca, w którym znaleźli Xoroi, zaginioną dziewczynę i trójkę ich synów. W obawie przed uzbrojonymi przeciwnikami mężczyzna rzucił się ze skał do morza, a następnie to samo uczynił jego najstarszy syn. Kobieta zaś i pozostała dwójka dzieci zamieszkali w miejscowości Alaior, gdzie żyli spokojnie do końca swoich dni.

Do środka jaskini schodzimy po stopniach wykutych w skale, wzdłuż których znajduje się drewniana barierka, która zabezpiecza turystów zapatrzonych w spektakularne widoki przed stoczeniem się na sam dół urwiska. Wewnątrz jaskini urządzono bar i miejsce na organizowane tutaj ambientowo-elektroniczne imprezy prowadzone często przez znanych na całym świecie DJ'ów. Aranżacja wnętrza i jego klimat idealnie się wpasowuje w nasz gust, przez co miejsce to robi na nas bardzo duże wrażenie. Prosimy w barze o dwa drinki z pomadą i siadamy na drewnianej ławie w głębi jednej z grot. Sączymy nasz napój przy dźwiękach muzyki chillout delektując się tym oryginalnym miejscem. Naturalne światło dzienne wpadające do jaskini przez niewielkie prześwity w skale wzbogacone jest delikatnym kolorowym oświetleniem tworzonym przez zwieszone pod sufitem butelki połączone ze sobą świecącymi w różnych kolorach przewodami ledowymi.
Pomada w takim miejscu smakuje wybornie. Szkoda, że czasu mamy niewiele, bo wskazane by było pobyć tutaj dłużej, szczególnie po zmroku, kiedy klimat jest zapewne jeszcze bardziej wyjątkowy. Na pożegnanie nabywamy w sklepie z pamiątkami jedną z wielu dostępnych płyt z muzyką, którą jeśli chodzi o gatunek można opisać jako chillout z "ambientowymi" naleciałościami. Po powrocie do domu dźwięki z jaskini i pomada pomogą nam przywołać wspomnienia z tego miejsca.


Wielki mały El Toro

Podróż od wybrzeża do wybrzeża kończymy wizytą na najwyższym - choć z drugiej strony nie aż tak wysokim (358 metrów n.p.m.) - wzniesieniu na wyspie o nazwie El Toro.

Z pochodzeniem nazwy góry związane są dwie teorie. Jedna z nich (ta prostsza do ogarnięcia) nawiązuje do arabskiego słowa "Al Thor", które oznacza tyle co "wysoki punkt". Alternatywną etymologię stworzyli natomiast średniowieczni chrześcijanie. Zgodnie z ich legendą miejscowi wieśniacy (lub mnisi - różne źródła, różne wersje) zauważyli pewnego pięknego dnia tajemnicze światło na zboczu góry. Ruszyli więc w jego kierunku, zaś po drodze spotkali byka (po hiszpańsku El Toro). Jakkolwiek absurdalnie to brzmi ów byk dopomógł miejscowej ludności (lub mnichom - dla przypomnienia, że mamy kilka wersji) odnaleźć (równie tajemniczy) posąg Matki Boskiej skryty w jednej ze skał na wzgórzu. Bez względu na to, która z teorii jest bardziej prawdziwa, figurka Matki Boskiej z El Toro jest uważana za patronkę wyspy i znajduje się w sanktuarium na szczycie góry. Z tej okazji wielu mieszkańców jak również przyjezdnych odbywa mniej lub bardziej regularne pielgrzymki na szczyt wyspy.
Na szczycie góry znajduje się również figura Chrystusa z rozłożonymi ramionami podobna do tej, która znajduje się w wielu innych miejscach na świecie. Postawiona została dla uczczenia pamięci mieszkańców Minorki, którzy zginęli w wojnie kolonialnej pomiędzy Hiszpanią a Marokiem w latach 20-tych XX wieku. Podobny posąg widzieliśmy zaledwie kilka miesięcy temu w punkcie widokowym w Garajau na Maderze.

Podczas krótkiego postoju na górze El Toro możemy podziwiać panoramę całej Minorki. Daleko w dole rozpoznajemy miejscowości Fornells, Es Mercadal oraz przylądek Cap de Cavalleria. Wzniesienie zlokalizowane jest w samym sercu wyspy w połowie drogi między Maó i Ciutadellą, tak więc przy sprzyjającej pogodzie dostrzec można nawet sąsiednią Majorkę.





Coś dla podniebienia


Degustacja w destylarni i drink w jaskini rozbudziły naszą ochotę na więcej. Na wieczór nabywamy więc w pobliskim sklepie butelkę pomady. Tradycyjnie pomadę tworzy się mieszając gin Xoriguer i lemoniadę. My natomiast do wysokiej szklanki wrzucamy kilka kostek lodu i plasterek cytryny, a następnie wypełniamy ją gotową, zakupioną pomadą i tonikiem, aby napój stał się lekko gazowany. Nasz hotelowy pokój ani trochę nie przypomina niestety jaskini Cova d'en Xoroi, ale drink i tak smakuje bardzo wybornie. Taka mieszanka to idealny sposób na orzeźwienie i relaks po całym dniu spędzonym na słońcu. Delektujemy się do późna smakiem napoju i snujemy plany na kolejne dni.
Jako dodatek do pomady polecam lokalny przysmak - ser Mahon. To dosyć tłusta, ale pełnowartościowa, pyszna przekąska, którą podobnie jak inne specjały z mleka krowiego i owczego oraz lokalne alkohole można nabyć w większości miejscowych sklepów.

W sklepach i na lotnisku można także zakupić Sangrię - popularny, hiszpański napój alkoholowy o głębokim, czerwonym kolorze robiony na bazie wina z dodatkiem owoców i soków owocowych. Podobnie jak pomada idealnie orzeźwia w połączeniu z lodem i cytryną. Sangrię można akurat bez problemu upolować w Polsce (chociaż to nie to samo), ale my zasmakowaliśmy w niej dopiero podczas pobytu na wyspie.


Południe - Cala en Bosch

Dzień bez odwiedzenia Ciutadelli to dzień stracony. Kolejnego poranka ponownie wybieramy się pieszo do miasta, chociaż tym razem trasą, która uchodzi za bardziej przyjemną. Większość drogi prowadzi obok ścieżki rowerowej ciągnącej się wzdłuż wybrzeża. Trud marszu w pełnym słońcu trochę łatwiej znieść, gdy zamiast ulic i pól można podziwiać skaliste wybrzeże z ukrytymi gdzieniegdzie zatoczkami oraz mijane luksusowe wille, otoczone zielenią komponującą się z kolorem drzwi i okiennic.

Po dotarciu do miasteczka ponownie korzystamy z lokalnej komunikacji. Autobusami firmy Torres odjeżdżającymi z Ciutadelli można dojechać do większości najciekawszych miejsc znajdujących się na południu, północy i wschodzie wyspy. Linią 65 wybieramy się na południe w kierunku Cala en Bosc.


Wysiadamy kilka przystanków wcześniej niż większość turystów - w okolicy przylądka Cap d'Artrutx. Nad skalistym i opustoszałym wybrzeżem stoi wysoka latarnia morska. Stąd na piechotę wyruszamy już w stronę miejscowości Son Xoriguer na plażę Cala en Bosch. Główną atrakcją miejscowości jest dość duże jak na minorkańskie standardy kąpielisko, które tłumnie okupują mieszkańcy pobliskiego hotelu oraz turyści z innych miasteczek. Dogodna komunikacja (autobus z Ciutadelli kursuje tutaj co kilkanaście minut) sprawia, że jest to atrakcyjne miejsce dla miłośników plażowania. My wolimy spacer szlakiem dla pieszych prowadzącym wzdłuż brzegu i fotografowanie widocznego z daleka przylądka i latarni morskiej.


Północ - Cala Morell

Dla zachowania równowagi ostatniego dnia pobytu jedziemy z kolei na północ wyspy - w kierunku plaży Cala Morell będącej częścią dzielnicy mieszkalnej o tej samej nazwie. Standardowo przybywamy do Ciutadelli, a następnie przesiadamy się w autobus linii 64. Po drodze staramy się odgadnąć, dlaczego w przeciwieństwie do innych autobusów ten akurat kursuje tylko 3 razy dziennie. Odpowiedź pojawia się chwilę po przybyciu na miejsce, gdy przekonujemy się o mało turystycznym charakterze Cala Morell, o czym świadczy brak hoteli i sklepów z pamiątkami. Jedyną atrakcją wydaje się plaża otoczona platformami dla amatorów kąpieli i łowienia ryb oraz wysokimi klifami zapełnionymi białymi willami. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest skała zwana z racji charakterystycznego kształtu "Słoniem", która wygląda jakby broniła wstępu do zatoki. Okolica prezentuje się okazale, ale sama plaża sprawia wrażenie mniej piaszczystej i czystej od chociażby wczorajszej Cala en Bosch. Rezygnujemy z kąpieli, a ponieważ do autobusu powrotnego mamy do zagospodarowania 4 godziny to zgodnie już z tradycją postanawiamy odnaleźć szlak dla pieszych. Spacerujemy ulicami miejscowości mijając kolejne wille i apartamenty do wynajęcia, ale poszukiwania szlaku są mało owocne. Nagle jednak przy jednej z ulic dostrzegamy różowy drogowskaz. Wszystkie większe atrakcje turystyczne na Minorce są oznaczone właśnie takimi dobrze widocznymi znakami.


Za pośrednictwem takiego właśnie znaku docieramy do jednej z najważniejszych pozostałości archeologicznych po kulturze talayotyckiej na wyspie. Jest to liczący sobie ok. 4 tys. lat zespół jaskiń wykutych w skale przez ówczesnych osadników, który służył im przede wszystkim jako miejsce zamieszkania, ale prawdopodobnie część konstrukcji stanowiła miejsce pochówku zmarłych (stąd często całe miejsce nazywane jest nekropolią). Groty zawierają wewnętrzne filary, okrągłe otwory przypominające okna, zewnętrzne patia, a jedna z większych jaskiń pełniąca rolę grobowca posiada płaskorzeźbę nawiązującą do klasycznych motywów architektonicznych. Jaskinie sprawiają wrażenie jakby jeszcze do niedawna były zamieszkałe. Miejsce wygląda naturalnie, nikt na szczęście nie wpadł na pomysł, aby je skomercjalizować w jakikolwiek sposób. Niedaleko wejścia stoi tylko jedna tabliczka z krótkim wyjaśnieniem pochodzenia opisanych jaskiń.

Do autobusu powrotnego zostaje nam jeszcze trochę czasu, więc wracamy w okolicę plaży i wchodzimy na szczyt jednego z klifów  stąpając uważnie po różnokolorowych skałkach i kamieniach, następnie usadawiamy się w cieniu jednej ze skał i urządzamy sobie krótki odpoczynek przed powrotem do Ciutadelli.





Chwila oddechu

Minorka jako objęty ochroną rezerwat biosfery jest idealnym miejscem dla osób, które zamiast tłumów i rozrywek wolą spokojny wypoczynek blisko natury z odrobiną "południowego" luzu. Brak hoteli-wieżowców, ograniczona ilość kurortów i sztucznych atrakcji turystycznych odróżnia to miejsce od wielu innych wakacyjnych lokalizacji. Pełno tutaj natomiast malowniczych zatoczek, groźnych klifów, tajemniczych kamiennych budowli. Stęsknionym cywilizacji wyspa oferuje przechadzki po labiryntach wąskich uliczek Maó i Ciutadelli, które mogą trwać bez końca, a wspomnienia ich sielskiej atmosfery pozostają na długo w pamięci. Miłośnicy spędzania czasu w wodzie mają do wyboru ponad setkę w większości ukrytych między skałami plaż i zatok z krystalicznie czystą wodą, natomiast na "szczury lądowe" i miłośników pieszych wędrówek czeka prawie dwa razy tyle kilometrów szlaku przybrzeżnego "Camí de Cavalls" prowadzącego dookoła wyspy. Nawet w szczycie sezonu łatwo tutaj znaleźć sposób, miejsce i czas na zaczerpnięcie oddechu.