Powoli oddalamy się od wyjących klaksonów i zatłoczonych ulic Agry. Coraz mniej ruchu, ciszej i bezludnie. Po raz pierwszy od mojego przyjazdu do Indii, jesteśmy kompletnie sami na wyboistej drodze do Fatehpur Sikri. Jeszcze przed chwilą tłum Hindusów przebijał się pod zamkniętym szlabanem, dosłownie tuż przed groźnie ryczącym pociągiem. Zamknęłam oczy, żeby nie być świadkiem masakry. O dziwo, nikt nie trafił pod koła pociągu, a na dodatek zanim otwarto przejście kolejowe, wszyscy rzucili się ku nie mu, podnosząc solidarnie szlaban. A co by było, gdyby nadjechał drugi pociąg? Automatycznie spróbowałam wyobrazić sobie taką sytuację w Monachium. Parę krzepkich Bawarczyków z piwną opuchlizna brzuszną i w skórzanych portkach, nie mogąc doczekać się otwarcia szlabanu, podnosi go i pakuje się tuż pod przejeżdżający pociąg. Wyobrażenie to było tak absurdalne, że parsknęłam śmiechem. Nie raz krzyczano za mną jak na pustej, dosłownie wymarłej ulicy przechodziłam na czerwonym świetle i to do tego tuż pod komisariatem policji. Niemcy zawsze grzecznie czekają, aż włączy się zielone, a każdy „Rotgänger” (przechodzący na czerwonym) spotyka się z komentarzami oburzonych miłośników porządku i przestrzegania prawa.

Tuk tuk, tuk tuk, wsłuchuję się w rytm naszej rikszy. W hotelu próbowali wcisnąć nam taksówkę i pewnie w myślach pukali się w czoło, że taki kawał drogi chcę dobrowolnie poruszać się trzykołowym pojazdem. Moja fascynacja rikszą przebiła jednak wygodę. Oczywiście, że po paru godzinach jazdy będzie mnie bolał tyłek. Uszy, oczy i przestrzenie między zębami będę miała zatkane piaskiem, a moje ubranie upodobni się do krajobrazu jak kameleon. Jestem gotowa na te wszystkie niedogodności. Podróżowanie rikszą to jak grać w filmie, który leci w zwolnionym tempie. Możemy szczegółowo rejestrować każdą jego klatkę, bez konieczności przewijania.

Mijamy parę prostych wiejskich osad. Po lewej w rozległym bajorze pływają krowy. Widok pływających krów wprawił mnie w ogromne zdziwienie. Normalnie kojarzę krowę z łaciatym stworzeniem pasącym się na łące. I jakim stylem ma ona niby pływać? Krówką??? Nie zdążyłam się nadziwić, kiedy drogę zaszły nam dwie kolorowo ubrane Hinduski z wielkimi misami na głowach. Misy wypełnione miały pod brzegi krowim łajnem. Musiałam mieć niesamowite znaki zapytania w moich oczach, bo mój hinduski towarzysz bez pytania wyjaśnił mi, na czym polega recycling krowich odchodów. Kobiety robią z nich placki, suszą na słońcu i zbierają je na opał, bądź sprzedają na rynku. Taki mały gówniany biznes!

Przed nami jeszcze dobre kilkanaście kilometrów, więc postanawiam uciąć sobie pogawędkę z moim hinduskim przyjacielem. Skaczemy z tematu na temat. Tak niewiele wiem o tym fascynującym mnie kraju i tyle rzeczy mnie nurtuje.  Z tematu świętych i wszechobecnych krów schodzimy na temat hinduskich małżeństw. Historia zawarcia małżeństwa mojego towarzysza podróży zwala mnie z nóg. Ten oto wyśmienicie wykształcony mężczyzna, po studiach w Europie, świetnie władający obcymi językami, ożenił się z kobietą, którą nie widział przed ślubem, a którą wybrał mu ojciec! Żenić się nie chciał, ale głowa rodziny zdecydowała, że już na ożenek pora i nie było zmiłuj się. Prosto to mu przez gardło nie przeszło. Wywnioskowałam, że stosunki jego z ojcem są napięte. Mówiąc o nim kurczowo zaciskał pięści. Wyrwało mi się automatycznie: „Ale jak nie mogłeś powiedzieć, że na ożenek masz jeszcze czas i że żonę wybierzesz sobie sam???” Nie mógł! Hinduska rodzina dla jego członka to jak dla nas ZUS, PZU i inne ubezpieczenia razem wzięte. Kiedy jest się w potrzebie, to właśnie rodzina wspomaga cię finansowo. Bez niej byś przepadł. Jest ona najlepszym i jedynie ogólnie dostępnym ubezpieczeniem społecznym na życie w Indiach. Największym nieszczęściem dla Hindusa byłoby wyklęcie z rodziny. To z nią jest się związanym przez całe życie.

Ojciec mojego Hindusa przedstawił mu parę zdjęć z pannami do wyboru i z krótkim opisem w stylu: wiek, wykształcenie, zawód ojca i braci. Wybrał pierwszą z brzegu, bo wszystkie były do siebie podobne! W tym momencie myślałam, że robi ze mnie balona, ale wyglądał jak najbardziej poważnie. Aby panna młoda weszła do jego rodziny, ojciec jej musiał zapłacić ojcu pana młodego niezły haracz, a kontrakt małżeński to niesamowita masa negocjacji i układów. Ogólnie w kulturze hinduskiej narodziny dziewczynki nie są radosnym wydarzeniem, bo żeby ją wydać za mąż potrzebne są niemiłosierne pieniądze. Do dziś spotyka się morderstwa żeńskich niemowląt, dokonywanie aborcji ze względu na płeć dziecka, czy zabójstwa kobiet dla posagu. Pomimo wielu zmian w hinduskim społeczeństwie, wyzwolenie i równouprawnienie kobiet pozostawia wiele do życzenia.
Swoje małżeństwo mój Hindus przedstawił mi bardzo obrazowo. Małżeństwo to jak praca w grupie. Nie musisz kochać każdego z jej członków, aby funkcjonowała i żeby projekt był sukcesem. No niezłe porównanie sobie wymyślił. Ale najbardziej zaskoczyło mnie jego przekonanie o słuszności tego, co mówi. Jego kompletna akceptacja swojej sytuacji i pogodzenie się z praktykami, które stosuje jego kultura.

Miałam właśnie zadać kolejne pytanie, ale nasz kierowca bez uprzedzenia zjechał na pobocze w kierunku grupki podejrzanie wyglądających Hindusów, którzy błyskawicznie oblegli naszą rikszę. No nieźle biała baba, czyli niezły łup do obrabowania. W całym zamęcie i wskazywaniem na moją osobę, dotarło do mnie tyle, że chcą nam wsadzić przewodnika, który oprowadzi nas po Fatehpur Sikri. Ponoć dwa razy taniej, niż przewodnik na miejscu. Wkurzyłam się na naszego kierowcę, bo to on wrobił nas w tą sytuację. Pewnie dostaje w łapę, za nagonienie naiwnych turystów. O napiwku ode mnie może zapomnieć! Każe mu jechać, a ten nic. Oniemiał, czy co? No dosłownie jasny szlag mnie trafił. Nagabujący zaszli sami z ceną, ale nie zeszli z naszej rikszy. Za nic w świecie nie chcieli pojąć, że nie chcemy żadnego przewodnika i że nie działają na mnie żadne ich perswazje. Mój Hindus spokojnie i stanowczo odmawiał i ignorował wszelkie ich propozycje. Nic nie pomogło. W końcu ostentacyjnie wyciągnęłam telefon i powiedziałam, że dzwonię po policję. Zadziałało! Odpuścili. Szczerze mówiąc, takiej reakcji się nie spodziewałam. Zapamiętam  to sobie na następny raz.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Przed wejściem oczywiście powtórka z rozrywki. Nagabuje mnie jeden przewodnik za drugim. I ta sama odpowiedź: „Nie chcę, dziękuję. Nie potrzebuję.” „Jak to nie, spuszczę z ceny, specjalnie dla pani. A skąd pani jest? Z Polski?”
Koleś prawie złamał mnie czystą polszczyzną: „Tanio, tanio dla miłej pani”, ale obiecałam sobie, że się nie dam. Ten dalej nie odstępował mnie ani na krok. Złożył moje buty w depozycie, przyniósł nowe kapcie (przed większością świątyń w Indiach, trzeba ściągać buty), założył mi wściekło różową chustę okrywającą nogi i rozpoczął swoją litanię o historii Wielkiego Meczetu i całego zespołu architektonicznego dawnej stolicy Imperium Mogolskiego. Nadawał jak katarynka i już byłam gotowa zapłacić mu za niegadanie, kiedy znów mnie zagiął wstawką po polsku. W końcu machnęłam ręką i koleś dumnie oprowadzał nas po kolejnych zabytkach, recytując fakty, które i tak już wcześniej znałam z przewodnika. Szczerze mówiąc Hindus miał niezłe umiejętności perswazji. Nie dość, że mnie urobił na swoje usługi to jeszcze za jego poleceniem zapłaciłam frycowe za dwa żółwie, kupione od handlarzy. Jak się później dowiedziałam, za każdy zakup przez jego turystów dostaje niezłą prowizję. No ale być w Indiach i nie zapłacić frycowego, to tak jak być w Paryżu i nie widzieć Wieży Eiffla!