Piszą, Piszą, że Aleja Baobabów, to najczęściej fotografowany plener Madagaskaru. Pytasz, szanowny czytelniku, kto tak pisze. Odpowiadam, że Lonely Planet oraz francuski Le Guide du Routard. Pewnie mają rację. Dlatego jadąc do Baobabów nie liczyłem na ciszę, spokój, chwilę refleksji, a spodziewałem się żabojadzkich tłumów, dziesiątek panienek w kolorowych ciuszkach spacerujących między drzewami, legionu fotografów i armii sprzedawców lokalnego badziewia. Wszystkie moje prognozy się sprawdziły. Międzynarodowe piękności pozowały na tle olbrzymów, ich mężczyźni skrzętnie ten fakt dokumentowali, potem wszyscy szczęśliwi szli kupować słomianego baobaba lub w najlepszym przypadku baobaba rzeźbionego. Tylko ja i jeszcze jakiś Józek  z obłędem w oku biegaliśmy, polując z aparatem na szyi na chwilę pejzażu bez turysty. Piszą też, że baobaby najlepiej oglądać o wschodzie lub zachodzie słońca. Francuski turysta woli zachód. Nic dziwnego. Żeby dotrzeć do Alei przed wschodem, trzeba wstać o 4 rano. A przecież nie po to się jedzie na wakacje, żeby się zrywać tak wcześnie. Dziś subiektywne spojrzenie na baobaby z okolic Morondawy o zachodzie słońca. Baobaby rzeczywiście robią wrażenie. Wysokie jak 5-piętrowy budynek, grube prawie jak Dąb Bartek, naturalnie ustawione w kilkudziesięciometrową aleję. Uczeni datują ich wiek na ponad 700 lat. Okolice Morondawy obfitują w te rzadkie drzewa. Niestety do niedawna masowo wycinane przez malgaskich wieśniaków. Aż trudno uwierzyć, że do dziś nie utworzono tu żadnego rezerwatu przyrody.