Jestem w historycznym mieście Agra w zachodniej części stanu Uttar Pradesh w Indiach. Częściowo ochłonęłam i doszłam do siebie po pierwszym szokującym spotkaniu z tym krajem. Za chwilę podjedzie po nas hinduski rodzaj taksówki czyli trzykołowa auto riksza bądź jak ktoś woli „tuk-tuk”. Po raz kolejny przekartkowuję przewodnik w poszukiwaniu interesujących celów. Moja lista „Co chcę zobaczyć w Agrze” jest już nieźle wypełniona. Zaczynam sama mieć drobne wątpliwości, czy uda się ją zrealizować. Decyduję się na słynną świątynię miłości Taj Mahal. Jestem okropnie podekscytowana, bo podróż rikszą jest świetną możliwością bezpośredniej konfrontacji z otoczeniem.

Wychodzimy z hotelu, nasz kierowca radośnie szczerzy zęby, a raczej to co po nich zostało. Pierwsza myśl: szkorbut! Widziałam kiedyś wstrząsające zdjęcia dotkniętych tą chorobą i myślałam, że czasy szkorbutu już minęły. Ruszamy w kierunku Taj Mahal. Staram się skupić na okolicy, lecz myśl o szkorbucie nie daje mi spokoju, tym bardziej, że nasz tuk-tuk kierowca, co chwilę spluwa czerwono-brunatną flegmą. Nie wytrzymuję i pytam mojego Hindusa, co mu dolega. „Nic, on żuje liście tytoniu”. No takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Po prostu mnie zamurowało. Jak się później okazało amatorów żucia tabaki było tu więcej i spluwania także.

Jedziemy tuk-tukiem, na prawo i lewo kolorowe riksze, skrzeczące minibusy, ryjące motory, zdezelowane rowery i zaprzęgi konne. Przyczepy, naładowane po niebo często ciągnięte są przez samych hindusów. Pomiędzy tym wszystkim ze stoickim spokojem przechadzają się święte krowy. Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał jakieś 500 lat temu i że znajduję się w jakiejś zaklętej pętli. Mijamy kolejne prymitywne sklepiki, obskurne jadłodajnie, zielone stragany, kryte papą slumsy, przed którymi na klepisku bawią się półnagie dzieci. Tuk-tuk, tuk-tuk... Na poboczu golibroda goli prymitywną brzytwą swojego klienta, który siedzi na drewnianym krześle przed pękniętym, zachlapanym lustrem. Ciekawe ilu hindusów już dzisiaj zostało ogolonych tym samym narzędziem? Tutaj takim pytaniem nikt się nie przejmuje. Po lewej na osmolonych ogniem cegłach stoi wielki gar z olejem. Smażą się w nim półokrągłe placki. Wyglądają jak nasze pierogi. Nad tym czuwają dwaj zlani potem kucharze. Uśmiechają się zachęcająco i zapraszają na poczęstunek.
Ogarnia mnie jakieś dziwne poczucie szczęścia. W tym okropnym zamęcie, hałasie i prymitywności jest coś, co urzeka. Jest to hinduska pogoda ducha i kompletne pogodzenie się z własnym losem. Wszystko funkcjonuje tu w swoim naturalnym rytmie.

Dojeżdżamy. Po parkingu gonią się małe małpki. Przed wejściem na teren Taj Mahal ustawiła się już niezła kolejka. Panie na lewo, panowie na prawo. Wszyscy stoją bardzo ciasno jeden przy drugim czekając cierpliwie na kontrolę. Idziemy do kasy po bilety wstępu. Jak się okazuje dla obcokrajowców jest extra kasa i extra wejście, no i oczywiście extra cena. Za mój bilet płacę jakieś sześć razy tyle co Hindusi. Za to nie muszę stać w długiej kolejce w prażącym słońcu. Ale mój towarzysz musi i na nic zdają się dyskusje. Ochroniarze w hinduskiej części mają pełne ręce roboty, podczas gdy ich koledzy sprawdzający obcokrajowców leniwie stąpają z nogi na nogę. Mój kontroler przemielił mi kompletnie moją torebkę, po czym wyciągnął z niej butelkę z wodą i kazał mi się z niej napić. Popatrzyłam się na niego jak na wariata. Wcale nie miałam w tym momencie ochoty na wodę, która w czasie drogi już się nieźle nagrzała. No chyba nie mam w niej trutki, ale na odczepnego wzięłam łyk i ostentacyjnie przełknęłam. Niebiańska świątynia Taj Mahal stoi otworem!

Przed nami jeszcze tylko do przejścia plac z ogromną bramą z czerwonego kamienia a za nią... Wstrzymałam oddech. Żadne zdjęcie, żaden prospekt, żaden film nie jest w stanie oddać piękna, jakie ujrzałam. Na końcu szerokiej i długiej alei rozciąga się jeden z siedmiu nowych cudów świata - świątynia miłości Taj Mahal. Została ona wzniesiona przez cesarza Shah Jahana z dynastii Wielkich Mogołów, na pamiątkę przedwcześnie zmarłej, najbardziej kochanej żonie Mumtaz Mahal. Choć Shah Johan miał wielki harem, Mumtaz zawładnęła jego sercem, a śmierć jej głęboko go dotknęła.
Aby wejść na bezpośredni teren świątyni trzeba ściągnąć obuwie, bądź nałożyć workowe ochraniacze. Wybieram to drugie. Hindusi spacerują tu na bosaka, albo w skarpetach. Na placu wokół mauzoleum w cieniu odpoczywają w grupkach hinduskie rodziny. Kobiety w swoim kręgu, mężczyźni z mężczyznami. Rozkładam się na mile chłodnym marmurze z moimi przewodnikami i studiuję historie tego cudownego miejsca.

Świątynia ta jest zbudowana z jasnego marmuru, a jej budowa trwała dwadzieścia dwa lata (1632–1654). Ponoć pogrążony w smutku monarcha po zakończeniu budowy Taj Mahal miał wydać rozkaz obcięcia kciuków wszystkim budowniczym, aby ci już nigdy nie byli w wstanie zbudować podobnej budowli. Spaceruję po licznych alejach i rozmyślam nad niesamowitym kontrastem między tym miejscem a obskurnymi, brudnymi slumsami biedoty. Grupka chichoczących się dziewczynek budzi mnie z rozmyślań. Wymachują przede mną aparatem fotograficznym. Domyślam się, że chcą żebym zrobiła im zdjęcie, więc przytakuję. Ku mojemu zdziwieniu zostaję oblegana przez nie, a jedna z nich robi nam fotkę. No nie, moja blada twarz i jasne włosy najwyraźniej robią tu wrażenie! Po tym dołączają do nas kolejni chętni na zdjęcie ze mną i tak zostaję gwiazdą Taj Mahal...