Twórcom ludowym, rzemieślnikom których poznaję, bardzo, ale to bardzo zależy na tym, żeby produkt, który wychodzi spod ich ręki, był dokładnie taki, jaki od „zawsze” powstawał w ich otoczeniu, ich społeczności lokalnej. To znaczy, żeby w ich mniemaniu był idealny, o takich samych proporcjach, kształcie, kolorach, jak wszystkie jego poprzedniki. To dość trudne wyzwanie, szczególnie dla osoby, która dopiero się uczy…

Rzemieślnicy pracują szybko, celem jest gotowy wyrób. Sam proces ich uczenia się przebiega bez jakiejś większej refleksji, czy to dzielenia go na etapy, czy powtarzania poszczególnych części według jakiejś ustalonej reguły. Jest podyktowany potrzebom domowej produkcji i konkretnych zamówień. Dzieci najpierw przyglądają się pracy doświadczonych plecionkarzy, a następnie są dopuszczane do pomagania w wybranych etapach. Najczęściej zaczynają od sprzątania, segregacji materiału i wreszcie wyplatania poszczególnych etapów – od najłatwiejszych, do – najczęściej po kilku latach – trudniejszych. W ten sposób zdobywanie wiedzy i umiejętności przebiega „dość” intuicyjnie, na zasadzie obserwacji i samodzielnego doświadczania. Te wspomniane „kilka” lat rzeczywiście robi różnicę dla kogoś, kto chciałby nauczyć się wyplatać tradycyjne plecionki, szczególnie takie, których nie uczy żadna szkoła, kurs, warsztat… Jeśli mam zaledwie kilka dni, to jak włączyć się w ten proces? Jak przekonać tych wszystkich wspaniałych, „odwiecznych” mistrzów, żeby pozwolili mi chociaż spróbować?

Chociaż, tak naprawdę, jak o tym myślę, to ich namawianie trwa już kilka dobrych lat… Najpierw wzajemne poznawanie się podczas wielu godzin wywiadów prowadzonych przez nas badań etnograficznych, ponowne odwiedziny, kilkadziesiąt wypitych herbat i kaw „po turecku”, wysłanych i otrzymanych listów, telefonów i prezentów, myśli przelanych na „papier” w postaci m.in. „Plecionkarskim szlakiem Wisły” (Serfenta 2009), wreszcie filmów i godzin spędzonych w pracowniach, warsztatach, ogrodach – wszędzie tam, gdzie poszczególni plecionkarze pracują.

No i właśnie w 2016 roku zaczęłam próbować na całego. Uczyć się od tych plecionkarzy, których pracę do tej pory podziwiałam, ale „tylko” obserwowałam. Zaczęłam więc przedzierać się przez te wszystkie napiętrzone przeszkody, jak odległość, czas, zdobycie materiału i wszelkie inne, żeby zanurzyć ręce w pachnącej słomie, użyć igły do szycia, nauczyć się robić słomiane piękne pętelki, wypleść kosz zwany „opałką” i „kabłącokiem”, wzory wybitnie tradycyjne i obecne w naszej kulturze chyba „od zawsze”.

Jednym z pierwszych koszy był właśnie wiklinowy „kabłącok” - niezwykle praktyczny i użytkowy. Stabilny dzięki wpleceniu w jego konstrukcję mocnych elementów – kabłąka, stojaka i obginki, które w dalszej kolejności posłużą jako ramy i jednocześnie nóżki. „Kabłącoki” czy też „kabłuncoki” (zależnie od zapisu) powstają w Lucimi, plecionkarskiej wiosce w woj. mazowieckim i są cały czas w użyciu. Ich głównym przeznaczeniem jest przenoszenie i przechowywanie warzyw – głównie ziemniaków (inna funkcjonująca nazwa tego kosza to „kartoflok”) i jabłek. Kosze te są bardzo charakterystyczne dzięki specyficznej konstrukcji, która sprawia, że tylna ściana jest płaska, przez co idealnie nadaje się do ustawiania pod ścianą w przeciwieństwie do standardowych koszy wiklinowych, które mają okrągłe dna i takie kształty.

„Kabłącok” jest bardzo trudnym do nauczenia koszem, głównie dlatego, że w Lucimi nikt dotychczas …nie uczył jego wyplatania. Miejscowi plecionkarze wykonują go więc intuicyjnie, na przykład przez odtwarzanie proporcji w m.in. dnie „na oko”. To przekłada się następnie m.in. na to, że po prostu nie potrafią wytłumaczyć zasad, którymi dobrze byłoby się kierować i których szukam dla ułatwienia. W ten właśnie intuicyjny sposób powstaje nie tylko dno, ale też wysokość ścian („waszt”) i co wydaje mi się najtrudniejsze – samo zakończenie zwane „załomówką”.

Domyślam się, że właśnie z tego powodu tak trudno twórcom jest „oddać” powstający kosz. Trudno przekazać wiedzę, jak go wykonać, więc …najlepiej zrobić go samemu. To dlatego jeśli pracujemy razem i mam pytanie – co dalej, albo skąd wiedzieć, że po tym etapie jest kolejny – oni najczęściej zabierają mi „kabłącok” z ręki, żeby kontynuować za mnie. Chcą tak naprawdę pomóc, żebym się nie męczyła, żeby powstał właśnie taki, nie inny i dlatego, że nigdy dotąd nie byli pytani o to, jak go wykonać… To dla nich zagadka, dlaczego dziewczyna z miasta chce się tego wszystkiego dowiedzieć? Dla nich plecionkarstwo to element zwykłego życia na wsi, czasem trudny, czasem nieprzyjemny. Wykonywany najczęściej zimą, w dużej mierze związany z pracą na zewnątrz, m.in. ścinką wikliny ostrym nożem (tylko niektórzy plecionkarze w Lucimi używają kosiarek i tylko jedna osoba do tego celu używa sekatora). Plecionkarstwo tradycyjnie występuje tu jako element gospodarki, jest sposobem dorabiania do skromnych emerytur. To my, osoby z zewnątrz, nazywamy go dziedzictwem kultury, czy artystycznym rękodziełem. To, co dla tych wszystkich osób jest codzienne i zwykłe, dla mnie odwrotnie - jest niezwykłe. Pociągają mnie kształty, wzory, sploty, naturalne kolory i wreszcie - możliwości zastosowania plecionek w nowy sposób, nadania im nieznanych dotąd kształtów, wplecenia materiałów do tej pory nie używanych. Poruszenie nowych dróg i możliwości, samodzielne tworzenie i dzielenie się tą fascynacją.

O swój „kabłącok” muszę więc zawalczyć i już niedługo zrobię to kolejny raz podczas warsztatów plecionkarskich w Bibliotece w Przyłęku – gminie Lucimi. Mistrzynią będzie Pani Todzia – Aleksandra Teodozja Sowińska, czyli człowiek klucz, otwierający wszystkie lokalne drzwi. Pewnie jeszcze nie raz będę zabierać z jej rąk swój kosz i przypominać, że podczas warsztatów tak naprawdę chodzi o to, żeby nauczyć i, że w tym przypadku najważniejsze są umiejętności, a nie gotowe wyroby…

 

Paulina Adamska

 

Wpis w ramach Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Pracownie mistrzów plecionkarstwa”.