R.C.
Dość niespodziewanie staliśmy się świadkami przełomowego momentu w historii Kuby oraz jak przekazywała to telewizja Kubańska - całego Świata. 25 listopada o dziesiątej w nocy umarł El Comandante - Fildel Castro. To Fidel zmienił Kubę na kraj miodem i mlekiem płynący i dał przykład całemu Światu jak należy zorganizować nowoczesne Państwo. To Fidel wymyślił camionetes, niewolniczą pracę, przywiązanie do ziemi, 30 lat paki za zabicie krowy, to on, to no, to on. To on także pozwolił aby w jego idealnym państwie ludzie prowadzili żywot na wpół indiański w słomianych chatach, kibelkach w krzakach zajadając się „darmowym” ryżem. 
Fidel Kastro umarł. W naszym Capismo w którym mieszkaliśmy w sympatycznym domku nastała żałoba. Policjanci, dwóch na rowerach na 200 kilometrów tego dzikiego wybrzeża, zakazali grać na gitarach, wprowadzono prohibicję, szybko zorganizowano miejsce pamięci z wieńcem, zdjęciem El Comandante oraz książką kondolencyjną. Większość płakała przez co nastał paraliż decyzyjny kto ma zrobić poranną kawę … Nie na aż tak źle nie było. Kubańczycy, nie wiadomo dlaczego, naprawdę kochają El Comandante, co nie znaczy, że za nim rzewnie płakali. Chyba mają już wszystkiego dosyć, ale boją się o realia życia bez ich ukochanego wodza. Choć naprawdę wprowadzono prohibicję i zakaż jakichkolwiek imprez u nas w Campismo rum można było kupić „od ręki”. W drugim co do wielkości mieście na Kubie, Santiago de Kuba nie można będzie kupić nigdzie, no prawie nigdzie. A teraz historia.
Kuba zawsze miała przesrane. Na początku do brzegów wyspy przybił Krzysztof Kolumb, myślał, że odkrył Amerykę. W dzienniku pokładowym napisał, że dopłynął do jednego z najpiękniejszych zakątków Świata. A że mu się tak bardzo spodobało wyrżnął całą etniczną ludność aby mu nie zaśmiecała krajobrazu. Jego potomkowie „usprowadzili” czarnoskórych mieszkańców z Afryki aby zapieprzali w upale. Tak sobie kolonialiści gospodarzyli całe lata. 
Następnie Kubę „uratowała” Ameryka odbijając z rąk wyzyskiwaczy Hiszpanów. Amerykanie zamienili Kubę, a w pierwszej kolejności stolicę w kasyno i dom publiczny. Poza tym w miejsce pozyskiwania cygar i rumu dla pogrążonej w prohibicji Ameryki. Wyspiarzy traktowali jak śmieci, pławiąc się w luksusach w Hawanie. I jak już cała wyspa miała ich dosyć pojawił się on, El Comandante – Fidel Castro. Ze swoim ziomkiem Chegevarą próbowali kilka razy dopłynąć do wyspy i ją zdobyć w kilkudziesięciu chłopa. Niespecjalnie im się udawało i kilka łódek utonęło u wybrzeży Kuby, ich repliki stanowią teraz największą „atrakcję” w wielu miejscach na wyspie. Ale w końcu im się udało i wylądowali na Kubie, zjednali sobie ludność i „zrobili” rewolucję. Pogonili Amerykańców, księży, mafiosów, „imperialistów”, znacjonalizowani wszystko i cieszyli się, że wygrali. Amerykanie nie pozwolili się przepędzić tylko z bazy w Guantanamo która pozwala im kontrolować całe morze Karaibskie. Dla większości Kubańczyków lekcje historii zaczynają się i kończą na historii rewolucji. 
Na początku szło nieźle, przede wszystkim naród Kubański miał „swojego” wroga – Amerykę, która próbowała jeszcze odzyskać władzę na wyspie, całkiem niedawno w 1961 napadając na wyspę w Zatoce Świń ale Fidel dzielnie obronił niepodległości. Posiadanie wroga z którym można walczyć wydaje się dziś podstawą do rządzenia wielkimi grupami ludzi, których ten wróg jednoczy. Fidel nie specjalnie szukał wrogów wśród narodu, facet miał choć tyle oleju w głowie, aby nie dzielić społeczeństwa, które jest podstawą silnego państwa, on znalazł wroga - imperialistę, na zewnątrz i do 26 listopada 2016 roku do godziny 22 dzielnie z nim walczył. Ale cała reszta to już kompletna porażka. Najważniejsze stanowiska w państwie obsadził swoimi podkomendnymi, nawet u nas mają już oni swoją „puszystą” nazwę, którzy w boju może wykazali się dzielnością i odwagą ale o zarządzaniu państwem nie mieli pojęcia. Prawdopodobnie główny sanitariusz na placu boju został ministrem zdrowia, radiooperator ministrem łączności a zwiadowca ministrem służb specjalnych. Ludzie ci, bez doświadczenia, mierni ale wierni wodzowi rozłożyli państwo do zera tworząc twór w którym np. nikomu nie opłaca się nic robić. Kuba to chyba jedyne z niewielu miejsc na Świecie gdzie nikt nie jest zainteresowany aby cokolwiek ci sprzedać. Jeżeli Kubańczyk ma przygotować hamburgera to jest całkowicie załamany. Sprzeda go za 0,4$ sam na nim zarabiając pewnie ze 2 centy, piwo na Kubie kosztuje 1 $. Ten facet musi zrobić 50 hamburgerów aby napić się jednego małego piwa. Taka konstrukcja społeczna zwana jest potocznie komunizmem – wszystko jest wszystkich - równo dla każdego, czyli po „gówno”.
Dopóki cukier na Świecie się sprzedawał, Kubie wiodło się nie najgorzej, ale Świat nauczył się produkować cukier jakoś taniej i cała wyspa obsadzona „cukrem” zbankrutowała. Nastała bieda, ale pojawił się Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ruscy Kubie pomagali ile się dało skupując nadwyżki cukru, wysyłając w zamian na wyspę maluchy z Polski, czechosłowackie Jawy i próbując ze skutkiem negatywnym obdarzyć Kubę elektrownią atomową. Jej nieukończone ścierwo szpeci do dziś dzień krajobraz wokół fortu Jagua. Ale z kolei Ruscy zbankrutowali pozostawiając Kubę samą z tonami cukru na mieszkańca. Te tony cukru Kubańczycy próbują w jakiś sposób wchłonąć zajadając się nim do granicy absurdu i tucząc do kolejnej granicy. Jak można espresso posłodzić pięcioma łyżeczkami cukru? Po części próbują także ten cukier wypić pod postacią najlepszego na Świecie rumu. Na niewiele to jednak się zdało.
Wtedy pojawił się Obama który stwierdził, że jak Ruscy od was się odczepili i zabrali z wyspy swoje wojenne zabawki to chętnie zaprowadzimy u was nasze porządki. Ale jest jeden warunek, Fidel, człowiek który nas z wyspy wygonił i upokarzał przez lata musi zniknąć. I pewnie Fidel by wegetował jeszcze długi czas ale w Ameryce wybory może wygrać „Tryumf”, który ma w dupie Kubę z całą jej nadwyżką produkcji cukru. Więc El Comandante – Fidel Castro został poświęcony na rzecz współpracy z Ameryką co stawia jego WIELKĄ historię na głowie. 
Kubańczycy mają olbrzymi sentyment do Fidela ale mają też już dość wegetacji. Za sprawą Internetu mniej więcej dowiedzieli się, że są w „dupie”, w stosunku do większości Świata i nie specjalnie im się ta pozycja podoba. Tylko jeszcze w ślad za El Comandante musi pójść jego braciszek i reszta przydupasów. Ale chyba już niedługo bo na Kubie już nikt w Rewolucję nie wierzy.
Będąc w jednym z najbiedniejszych oraz najpiękniejszych rejonów na Kubie i co chyba najistotniejsze :-), w miejscu w którym El Comandante przypłynął na wyspę i chował się pod najwyższym szczytem - Pico Turquino w szczególny sposób odczuliśmy śmierć Fidela. W szczególny sposób nas ona nie zmartwiła :-).

+++
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miarę możliwości uaktualnianej:
+++
https://www.shutterstock.com/pl/g/rafal+cichawa/sets
+++
Zapraszamy na naszą stronę FB - Przygoda Podróżowania

+++
https://www.facebook.com/PrzygodaPodrozowania
+++