R.C.

Z zapomnianej plaży na końcu drogi nr 24 musieliśmy przejechać całe kubańskie „Oriente” aby dostać się na wybrzeże Karaibskie. Po drodze mieliśmy przesiadkę w Bayamo, gdzie zostaliśmy jakoś tak całkiem przypadkiem. Ja chciałem jechać pociągiem dalej na wybrzeże, ale Żaneta uparła się abyśmy zrobili przerwę w podróży i zostaliśmy w mieście. Z dworca podreptaliśmy na pieszo do centrum, na taksówkarzy całego Świata jesteśmy obrażeni więc nie korzystamy, ale było niedaleko. Centrum miasta jest zamknięte przede wszystkim dla dorożek których napędy, konie, mogłyby zasrać skwer przy kościele i najlepszym w mieście hotelu. A tak można siedzieć na ławeczce nie dusząc się w oparach końskich kup. Bo Bayamo to kubańska stolica dorożkarstwa. Chyba nigdzie na świecie nie można spotkać się z korkami w mieście spowodowanymi przez karety. Chyba nigdzie na świecie transport miejski nie jest oparty na dorożkach, ale nie jestem tego do końca pewien. Chyba nigdzie na Świecie nie ma fabryki produkującej taśmowo karoce!  Fabryka karoc, jak się okazało nie jedyna w rejonie znajduje się prawie w centrum miasta. Nic ciekawego do obejrzenia nie ma, ale sam fakt jest intrygujący. Karocę można kupić już za około 600$. Nowa wygląda tak jakby się nadawała do remontu, ale „resory” ma nowe. Zakład ledwo przędzie produkując kilkanaście karoc rocznie oraz remontując stare karoce. Powoli jednak przestawia się na produkcję pamiątek dla turystów. Z fabryki produkującej dorożki taką pamiątką jest miniatura dorożka, którą klepią, dosłownie młotkiem, z drutu  pracownicy zakładu. Takową dorożką, tylko w rozmiarze normalnym wróciliśmy do centrum za 0,08$. W sumie ten dorożkarski transport miejski działa w miarę sprawnie.

Państwowe Przedsiębiorstwo Gastronomiczne znaleźliśmy dość szybko, w rynku. Do pierwszego nie chciano nas wpuścić z powodu stroju. Brak długich spodni i pełnych butów dyskwalifikował całkowicie wstęp. Pełen portfel nie był specjalną kartą przetargową, ponieważ nawet nasz, na wpół pełny mógłby sparaliżować pracę PPG. Moglibyśmy na przykład trzy razy wykupić całe menu za powiedzmy 20$ i zostawić PPG bez środków do zaopatrzenia ludności w „comidę” – jedzenie. Po drugiej stornie rynku było mniej restrykcyjne przedsiębiorstwo zaopatrzenia ludności w „comidę” i tam mogliśmy skorzystać z dość miernego, dwustronicowego menu. Tak jak zawsze podeszła kelnerka i wykreśliła połowę dań z karty, bo zjedzono. Zostały na szczęście krewetki za 0,5$ i coś bliżej nie określonego za 1$, najdroższe pozycje w karcie. Zamówiliśmy obie podwójnie i po bliższym kontakcie z tym czymś za dolara doszliśmy do wniosku, że być może jest to koza. Wszystko popiliśmy piwem za 0,4$, które w tutejszych restauracjach nazywają dwojako. Bez zbędnych wygibasów językowych najtańsze piwo w kubańskich restauracjach nazywa się piwo butelkowe lub też piwo z etykietą. Dosyć to dziwne, ponieważ w każdym przypadku takowe piwo ma swoją nazwę. Być może ze względu na fakt, że nikt nie wie, które akurat dowiozą dzisiaj, pozostały nazwy powiedzmy ogólne, aby ręcznie pisane „menu” nie przepisywać co rusz ze względu na inną nazwę piwa.

Po pożarciu chyba kozy poszliśmy się przejść po mieście, które okazało się dość urokliwe. Na pewno pomógł w tym fakt, że położone jest na wzniesieniu w środku dżungli z pięknym widokiem na tutejsze pasmo gór z najwyższym szczytem na Kubie Piko Turkinio. Aby się do końca nie zamęczyć upałem i dreptaniem wróciliśmy do CP, którą znaleźliśmy w centrum i po krótkim targowaniu mieliśmy ją, z obowiązkową poranną kawą za 20$. Spaliśmy już chyba o dziewiątej wieczorem bo pobudkę mieliśmy rano dość wcześnie aby w miarę sprawnie przemieścić się do jednego z zakątków Kuby gdzie jeszcze komercja nie dotarła.

Droga była długa i gdyby nie fakt, że w połowie wysiedliśmy z autobusu, który jechał dokładnie tam dokąd chcieliśmy, upłynęłaby nam, na kubańskie warunki w luksusie, czyli w zużytym YOUTONGU na własnych miękkich, dziurawych, brudnych i zepsutych siedzeniach. A że się zgapiliśmy część trasy przejechaliśmy w klatce do przewozu bydła. W tych stalowych trumnach brakuje tylko rury doprowadzającej spaliny do środka. Już jesteśmy pewni, że kubańskie camiones  są najgorszym środkiem transportu na Świecie. Na ciężarówce z ryżem w Afryce jest zdecydowanie wygodniej i bezpieczniej, dopóki nie zaczną strzelać do siebie na drodze zwaśnione plemiona. Ale jak prawie zawsze nasz cel osiągnęliśmy przed dwunastą. Szybko się też okazało, że większość lokalsów jest tak jakby zawstydzona naszą obecnością.

+++
Zapraszamy również do galerii fotografii z podróży w miarę możliwości uaktualnianej:
+++
https://www.shutterstock.com/pl/g/rafal+cichawa/sets
+++
Zapraszamy na naszą stronę FB - Przygoda Podróżowania

+++
https://www.facebook.com/PrzygodaPodrozowania
+++