
Próbowałam. Naprawdę. Spakowałam szklane butelki, oddzielnie plastikowe (zgniecione, koniecznie z odkręconymi korkami!), gazety włożyłam do kartonu równiutko… Przyjechała śmieciarka, a pan z obsługi wrzucił to wszystko na jedną kupę w ciężarówce.
– Jak to – zapytałam – przecież to były POSEGREGOWANE ŚMIECI!
– W tej mieścinie jest pani chyba jedyną segregującą klientką. Czy mam przyjeżdżać do pani specjalnym samochodem? – zaśmiał się.
Tak jest od kilku lat, odkąd mieszkam pod Warszawą w małej gminie leżącej w otulinie Puszczy Kampinoskiej (!). Przez cały ten czas wożę
do miasta worki z podzielonymi śmieciami i potem jak wariatka wrzucam po jednej butelce do segregatorów stojących na większych osiedlach. Oszczędzam wodę, prąd, używam najczęściej toreb ekologicznych i dziwię się głupocie ludzkiej – jak można rozrzucać butelki i puszki po pięknej, zielonej okolicy? Upominam znajomych i chyba mają mi to za złe, ale wierzę, że trzeba. Nawet modnie jest być teraz EKOLOGICZNYM…
Niestety, w trakcie moich dalekich podróży przekonuję się niemal na każdym kroku, że mało jest nas – domorosłych ekologów – na świecie. Mówienie o ochronie środowiska to domena społeczeństw najbardziej zatruwających nasz glob, bo najbardziej uprzemysłowionych, czyli Europy i Ameryki Północnej. Stanowimy jednak zaledwie 16,5 proc. ludności świata! Tymczasem w Ameryce Południowej, Afryce i Azji ludzie walczą z biedą i głodem, kogo więc obchodzi tam segregowanie śmieci?! Jak wytłumaczyć prostemu człowiekowi, że nie powinien zabijać chronionych zwierząt, skoro za futro dzikiego kota może wykarmić całą rodzinę przez wiele miesięcy? Rocznie wylewamy hektolitry ścieków do rzek, wycinamy lasy, wyjaławiamy glebę... Czy zatem moich kilka energooszczędnych żarówek i wywożenie makulatury do skupu robi różnicę? Wierzę, że tak.
Martyna Wojciechowska
Dodaj komentarz
Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.