Zobaczyć orkę

2 lipiec 2009
Zobaczyć orkę

Nie ma chyba na świecie nurka, który po obejrzeniu filmu o przygodach sympatycznego Willy’ego – tytułowego bohatera filmu uwolnić orkę – nie chciałby, choć przez chwilę popływać w towarzystwie tych fascynujących zwierząt. Ja też nie byłem wyjątkiem.

Zastanawiałem się, gdzie mogę obserwować w naturze te zwierzęta. Dowiedziałem się, że największe populacje żyją w Atlantyku w okolicach Islandii i Norwegii oraz w Pacyfiku u wybrzeży Alaski i Kanady. Zdecydowałem się na Norwegie, ale nie tylko z powodu odległości. Po pierwsze, orki pacyficzne polują na duże zwierzęta, głównie foki i pingwiny, przepadają także za łososiami. Natomiast orki z Morza Norweskiego odżywiają się śledziami, sporadycznie tylko polując na większe ofiary. O ile jestem w stanie uwierzyć, że wygłodzony waleń w szale zerowania mógłby ewentualnie uznać mnie za fokę, to przy moich blisko dwóch metrach wzrostu pomyłka z kilkunastocentymetrowym śledziem jest całkowicie wykluczona. Po drugie, w USA i Kanadzie przepisy dotyczące ochrony waleni są rygorystyczne przestrzegane, przez co praktycznie nie da sie podpłynąć w ich pobliże. Bez porównania lepiej wygląda sytuacja w Norwegii – przepisy sa  tam bardziej liberalne. Wybrałem wiec Norwegie, a dokładniej Lofoty. To właśnie w chłodnych i bogatych w plankton wodach tego archipelagu od ponad 20 lat ogromne ławice śledzi szukają schronienia późną jesienią. Za rybami przybywają orki, a za nimi ludzie.

Pierwsze spotkanie


Do portowego miasteczka Svolvar na Lofotach przybywam pewnego listopadowego dnia. U nabrzeża Anker Bridge czeka mój pływający hotel – kuter Odin, który mieści na pokładzie do 10 osób plus załogę. Wieczorem, gdy wszystkie osoby mające wziął udział w tygodniowym safari są już w komplecie, oglądamy diaporamę oddającą nastrój pierwszych kilku wypraw „Orca Diving”. Zorganizowało je jedno z najlepszych centrów nurkowych w Norwegii, mające siedzibę w małej osadzie Stromsholmen oddalonej o kilkaset kilometrów od Lofotów. Właśnie tamtejsi nurkowie pierwsi zaczęli organizować „safari” z orkami, a na wyprawy zapraszać najlepszych fotografów podwodnych z całego świata.

Wypływamy wczesnym rankiem. Jasno zaczyna się robić dopiero po godz. 9.00 (w listopadzie słońce pokazuje się tu nad horyzontem tylko na kilka godzin). Krajobraz wokół jest ekstremalnie różny od tego, co dotychczas kojarzyło mi się z nurkowaniem: ośnieżone skaliste zbocza zanurzają się w krystalicznie czystej wodzie. Płyniemy do miejsca, gdzie poprzedniego dnia rybacy widzieli kilka żerujących stad orek. Od czasu gdy Olav – organizator naszej wyprawy – pomógł rybakom uwolnić z sieci zaplątane zwierzę, zawsze może liczyć na najświeższe informacje. Są one naprawdę cenne, bo nawet na Lofotach odszukanie orek nie jest proste.

Zaczęliśmy ich wypatrywać ze sterówki, z pokładu, a nawet specjalnie przygotowanego do tego celu bocianiego gniazda. Po chwili setki metrów przed nami pojawiły się pierwsze płetwy grzbietowe. Po ich kształcie i wielkości łatwo rozpoznać płeć: u samców są dużo większe, blisko dwumetrowej długości i ostro zakończone, zaś u samic lekko zakrzywione do tyłu – przypominają trochę płetwy ogromnych rekinów. U nasady każdej z nich znajduje się tzw. szara plama. To trochę jak linie papilarne u ludzi – każda ma swój charakterystyczny kształt i wielkość. Doświadczeni obserwatorzy na jej podstawie potrafią rozpoznać poszczególne osobniki.

Przed nami płyną dwa duże samce i kilka samic. Szybko zakładamy skafandry, zabieramy maski, płetwy, balast i przesiadamy się do pontonu. Już wcześniej ustaliliśmy, że pierwszego dnia będziemy nurkować na bezdechu, a zestawów powietrznych zaczniemy używać, gdy już się oswoimy z zimną wodą i widokiem ogromnych zwierząt. Nawet mi to odpowiadało: wiedziałem, że orki, podobnie jak wszystkie inne delfiny, nie lubią szumu powietrza wydychanego z automatów. Na bezdechu będzie łatwiej się do nich zbliżyć.

Historia nurkowania z orkami

Kilkanaście lat temu trzech młodych Norwegów podjęło próbę obejrzenia pod woda zwierzęcia, którego noworodek waży 180 kg, a jego rodzice dorastają do 10 m długości i mogą ważyć ponad 8 ton. Zapaleńcy, dzieląc miedzy siebie obowiązki, ustalili, że jeden będzie pływał jako przynęta, drugi będzie go ubezpieczał w wodzie, a trzeci na wszelki wypadek zaczeka na łodzi. Gdy pojawiły się sie pierwsze drapieżniki, „przynęta” doszła do wniosku, ze jednak w łodzi będzie jej lepiej. Nurek, który pozostał sam w wodzie, był tak zajęty robieniem zdjęć, że nie dostrzegł dezercji kolegi. Dopiero gdy orki odpłynęły, dało się zauważyć dziwną bladość twarzy i towarzyszący temu wytrzeszcz oczu nurka. Wprawdzie przyjaźń się skończyła, ale szlak zastał przetarty. Orki nie okazywały wrogich zamiarów i, co najważniejsze, nie próbowały traktować ludzi jako potencjalnego posiłku. Nic dziwnego wiec, że z każdym rokiem przybywało chętnych chcących zobaczyć je w naturze. Początkowo były to pojedyncze grupy zawodowych fotografów i naukowców, z czasem zaczęli się pojawiać zafascynowani waleniami pasjonaci nurkowania.


  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Komentarze

  • Do moderacji
    2010-02-19 08:11

    ciekawie, można się dużo dowiedzieć. fascynujące było by zobaczyć orkę w naturze:) dziekuję za coś ciekawego do przeczytania:) pozdrawiam

Autor

Ostatnio czytali

  • keva
  • avalon
  • joan
  • Karolllina

Czytali także

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się