-Korzystał Pan z tej apteczki?

– Na szczęście nie. – Ubranie, które przez miesiąc nosił Pan na pustyni, było z wełny nowozelandzkich merynosów. To tkanina, który bardziej kojarzy się z ochroną przed mrozem niż upałem.– Z tych ubrań korzystają załogi stacji polarnych, żeglarze i ci, którzy potrzebują komfortu i doskonałego zabezpieczenia termicznego w trudnych warunkach. Pierwszy raz usłyszałem o nich od mojej żony – Ady. Zapewnienie, że można je nosić tygodniami bez prania, w ustach największego wroga nieświeżych skarpetek brzmiało przekonywująco. Wełna ma jeszcze jedną wspaniałą właściwość: zapewnia ochronę przed promieniowaniem UV, dzięki czemu mogłem jechać w pełnym słońcu przez cały dzień, nie ryzykując poparzeń albo udaru.

– Od Pana wyprawy minęło półtora roku. Jak z perspektywy czasu ocenia Pan tę podróż?

– Cywilizacja bombarduje nas coraz mocniejszymi wrażeniami. Chciałem odetchnąć od tego zgiełku. Od niepamiętnych czasów ludzie udawali się w miejsca pustynne, by w samotności spotkać się z samym sobą. To spotkanie zmieniło mnie bardziej, niż mogłem przypuszczać. Potrzebowałem kilku miesięcy, by przetrawić doświadczenie, które stało się moim udziałem. Nie czułem się wówczas gotów ani o tym mówić, ani pisać. W czasie mojej wyprawy Ada pracowała jako nauczyciel języka angielskiego na tropikalnych wyspach Wallis i Futuna. Po powrocie oboje czuliśmy się wytrąceni z naszych światów – jej brakowało laguny pełnej kolorowych ryb, mnie spalonych słońcem wydm, ona tęskniła za świeżymi kokosami, ja podnosiłem z chodników wyrzucane przez ludzi jedzenie. Odnalezienie wspólnego języka zabrało nam trochę czasu, każde jednak wyniosło ze swej przygody cenne doświadczenia. Uważam, że wyprawa jest udana, jeśli wracasz z niej lepszym człowiekiem. Jeśli wewnątrz ciebie nic się nie zmienia, przedsięwzięcie nie ma sensu. Pobyt na pustyni przewartościował moje życie, pozwolił docenić to, co zwykłem przyjmować za pewnik. Wielu nazywa moją wyprawę ekstremalną, ale w istocie żadna ekspedycja nie zasługuje na to miano. Miliony ludzi na co dzień żyją w warunkach trudniejszych niż te, w których jechałem, ale nie mają filtrów, namiotów, ciepłych ubrań! Korzystając z zainteresowania wyprawą, wspólnie z międzynarodową organizacją Water Aid zbieramy fundusze na realizację projektów zapewniających czystą wodę mieszkańcom najuboższych rejonów świata. Dzięki jej środkom powstało już kilkanaście studni w Papui-Nowej Gwinei.

– Jakie ma Pan następne plany?

– Moim marzeniem jest wyprawa rowerem na biegun południowy. Najpoważniejszy problem znów sprowadza się do tego, jak stworzyć maszynę zdolną do przemierzenia tym razem białej pustyni. Tej zimy będę testować kilka własnych projektów na lodowcach w Nowej Zelandii. Będzie to kolejny krok w stronę konstrukcji, którą można jeździć w każdych warunkach. Nawiązałem już kontakt z ekspertami z baz arktycznych. Jeśli można podzielić wyprawę na sferę marzeń, przygotowań i realizacji, to ta jest ciągle w sferze marzeń, powoli przybierających realną formę. 

  1. Do ulubionych
  2. Drukuj

Dodaj komentarz

Ostatnio czytali

  • tami

Aktualności

Blogi NG

Forum

Dla prenumeratora

Prenumeratorów naszych magazynów zapraszamy do odwiedzania Klubu Prenumeratora.
Znajdziecie w nim między innymi: konkursy z nagrodami, zniżki w sklepie, zaproszenia na wystawy oraz imprezy National Geographic. Dodatkowo istnieje możliwość poddania swoich zdjęć ocenie przez profesjonalnych fotografów. To jednak tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowaliśmy dla naszych prenumeratorów.

X

Dodaj komentarz

Aby zamieścić ten komentarz, musisz należeć do społeczności National Geographic.

Zarejestruj się Zaloguj się